Bronisław Geremek o wydarzeniach w marcu 1981


Fragment książki Krzysztofa Czabańskiego, Marzec 81. Bydgoszcz, dokumenty, komentarze, relacje, Archiwum „Solidarności”, Wydawnictwo Most, Warszawa 1987, s. 103-106.


Byłem wówczas w Gdańsku. Rozmawiałem dwukrotnie telefonicznie z Rulewskim jeszcze przed wejściem sil bezpieczeństwa do sali WRN. Rulewski informował, że sytuacja robi się niepokojąca. Do Gdańska zadzwonił też min. Ciosek informując, że sytuacja w Bydgoszczy jest bardzo napięta. Powiedziałem mu – zgodnie z informacjami Rulewskiego – że nie ma żadnego powodu do obaw; gromadzący się przed siedzibą WRN ludzie są spokojni, delegacja „Solidarności” opuści gmach WRN zaraz po napisaniu wspólnego komunikatu z radnymi WRN. W rozmowach z Rulewskim mówiliśmy o okupacji gmachu, tłumacząc Rulewskiemu, że najważniejsza jest sprawa rolników i że nie należy tworzyć nowych punktów konfliktowych. Wałęsa radził Rulewskiemu, żeby ten wyszedł z gmachu WRN (razem z radnymi) i pisał komunikat w siedzibie MKZ. Rulewski argumentował, że na zewnątrz gmachu WRN czekają ludzie i trzeba im przedstawić gotowy komunikat. Powiedział, że nie ma mowy o okupacji i te wspólnie z „młodymi radnymi” prowadzą sprawę do szybkiego zakończenia.

Kolejny telefon z Warszawy, także od Cioska, zawiadamia nas jednak o decyzji wejścia milicji na salę WRN, gdzie znajdują się delegacje radnych i „Solidarności”. Było to przed szóstą po południu. Poprosiliśmy wówczas o umożliwienie kontaktu z gmachem WRN, na co Ciosek powiedział, że starania zostaną podjęte, ale nie może nam zagwarantować pozytywnego efektu. Rzeczywiście, nie mogliśmy rozmawiać z Rulewskim, podyktowałem więc list do niego (dzwoniąc do bydgoskiego MKZ), w którym przekazałem mu uzyskaną informację z prośbą o próbę przekazania. Niestety, kordon milicji wokół WRN uniemożliwił przekazanie listu.

Do Bydgoszczy pojechałem już z Warszawy, wraz z Tadeuszem Mazowieckim. Docierają tam także koledzy z Gdańska, a potem z innych miast. Dzielimy się na dwie grupy, część jedzie do Warszawy na rozmowy z przedstawicielami rządu, część bierze udział w rozmowach z komisjami państwowymi w Bydgoszczy. Ja przez pierwsze dni pozostaję w Bydgoszczy. Rozmawiałem z Rulewskim w szpitalu, uczestniczyłem w pracach MKZ i powołanego w Bydgoszczy ośrodka koordynacyjnego.

Najpierw przyjechał wiceprokurator generalny Żyto wraz z zespołem. Kontakty z tą grupą układają się od początku źle. Postawa zespołu Żyty miała duże znaczenie dla zwiększenia napięcia wśród działaczy MKZ. Grupa ta nie prowadziła rozmów, tylko językiem prawniczym zbywała postulaty delegacji bydgoskiej; językiem prasy odpowiadała na rezolucje zakładów pracy. Było to całkowite rozmijanie się dwóch dyskursów, dwóch języków. Ani przez moment nie było sytuacji negocjacyjnej; negocjacja jest to przecież próba zrozumienia czego chce druga strona. Przeciwnie, z drugiej strony co pewien czas padały groźby – o użyciu sił policyjnych dla zapewnienia porządku; takie są obowiązki władzy państwowej, argumentowano.

Przyjazd komisji Bafii, wydawało się, zmienił te sytuację. Ale to było tylko chwilowe złudzenie. Myślę, te komisja Bafii otrzymała polecenie, aby wytworzyć sytuacje negocjacyjną. Rezultat tego był jednak mierny. Głównie dlatego, te komisja nie miała praktycznie żadnych pełnomocnictw, a spotkała się z niesłychanie już napiętą atmosferą oraz bardzo konkretnymi postulatami MKZ.

Jak wiadomo, rozmowy w Warszawie także do niczego nie doprowadzają. W tej sytuacji odbywa się dramatyczne posiedzenie KKP. Moim zdaniem, to jeden z kluczowych momentów w historii „Solidarności”. Zderzyły się tam dwie postawy, dwa sposoby myślenia.

Mniejszościowy mówiący, że kompromis jest formą uzyskiwania prawa do istnienia, poszerzenia pola swobód, z poczuciem zmęczenia większości, że władzy wszystko trzeba wyrwać, no, a skoro ona taka jest, to trzeba wreszcie przycisnąć ją do muru, żeby zrozumiała, iż naród jest po stronie .Solidarności”.

Pierwsza decyzja KKP była po myśli tendencji radykalnej. Osobiście byłem zdecydowanie przeciwny koncepcji bezterminowego strajku generalnego, tłumacząc członkom KKP, że w gruncie rzeczy taki strajk jest to program zdobycia władzy. Decyzja KKP oznaczała również zerwanie z Wałęsą, który opuścił posiedzenie. Jedyne, co udało nam się wówczas osiągnąć, to anulowanie wszystkich czasowych głosowań i przełożenie posiedzenia na rano.

Przed kolejnym posiedzeniem odbyło się wiele rozmów. Jedne z zakładami pracy, gdzie powtarzało się, że członkowie Związku oczekują rozwiązania a nie konfrontacji. Inne z częścią członków KKP. W gruncie rzeczy wszyscy chcieli tego, co mówił nam Rulewski w szpitalu: nie chodzi o to, żeby się mścić, tylko, żeby uzyskać to, iż takie sytuacje nie będą się nigdy więcej zdarzyć. Tak naprawdę przecież – wbrew propagandzie – „jastrzębi” w Komisji Krajowej nie było wiele. No, parę osób „nieprzemakalnych”, to wszystko. Choć prawdą jest, te w atmosferze emocji, a tak było w Bydgoszczy, ich demagogia zyskiwała poparcie. W spokojnych rozmowach jednak zwyciężał racjonalizm myślenia, argumenty. Dlatego też niemal wszyscy przyznawali nam rację i rano jut bez problemów KKP przyjęła wariant negocjacyjny.

Niestety, rozsądna decyzja została obwarowana nierozsądnymi warunkami. Zespół negocjacyjny został zobowiązany do nierealnej procedury demokratycznej. Wyniknęło to, jak myślę, głównie z braku doświadczenia, z nieumiejętności zdania sobie sprawy z konsekwencji narzuconych zespołowi zobowiązań. Było to zwycięstwo tendencji radykalnej. Ktoś może powiedzieć, że sama decyzja o strajku generalnym była radykalna, pamiętajmy jednak, co stało się wówczas. Pobicie czołowych działaczy „Solidarności” było odebrane słusznie jako zamach na cały związek, odpowiedź mogła być tylko jedna – tak samo stałoby się w każdym kraju demokratycznym. Zapowiedzi strajku generalnego towarzyszyła jednak propozycja gotowości rozmów. A gdyby strona rządowa nie była gotowa do porozumienia, to trudno. Wszyscy byliśmy wówczas jednomyślni: przystępujemy do strajku. Wyjścia trzeba byłoby szukać w trakcie strajku.

Wyjeżdżając z Bydgoszczy miałem uczucie, że KKP wytworzyła dla kraju szansę na rozwiązanie, ale jednocześnie wiedziałem, że szansa ta jest bardzo nikła. Cała sprawa od początku zawikłana, ciemna wyraźnie gdzieś inspirowana i prowadzona; nieszczęśliwa była taka seria przypadków. Dlatego należało się liczyć ze wszystkim.

Wreszcie poniedziałek. Przeddzień strajku generalnego. Przyjeżdżamy na rozmowy do Pałacu Namiestnikowskiego na Krakowskim Przedmieściu. Sądzimy, że szansa na porozumienie jest bardzo mała. Poprzednie kontakty ze stroną rządową nie pozostawiały co do tego złudzeń. Mówiono o manewrach i o uwarunkowaniach międzynarodowych. Gdański sztab decyzyjny miał świadomość sytuacji, dlatego też m.in. wiedział doskonale o implikacjach ewentualnego strajku węzła kolejowego w Inowrocławiu. Ze strony rządowej ani razu nie poruszono sprawy tego strajku, choć wystarczyło, żeby w rejonie bazy wojsk radzieckich pojawił się jakiś transparent, aby natychmiast wytykano nam to w rozmowach. W toku spotkania szanse na porozumienie redukują się do zera. Druga strona przemawia, a nie negocjuje. Następuje ostra wymiana zdań. Mówią wszyscy uczestnicy rokowań, z obu stron. Przedstawiciele rządu kategorycznie odrzucają jakąkolwiek rozmowe o postulatach ogólnych (związek rolników, środki masowego przekazu itd.), obiecują jedynie rozpatrzenie w nieokreślonej przyszłości postulatów bydgoskich (wyciągniecie konsekwencji wobec winnych wydarzeń w WRN). W pewnym momencie min. Krzak mówi mniej więcej tak: wyobraźmy sobie, że wychodzę z psem na spacer i mój pies pogryzł sąsiada, czy to znaczy, że sąsiad przychodzi do mnie i okupuje mój dom?! Wtedy mówię do min. Krzaka, że w gruncie rzeczy doszliśmy do przedmiotu sporu – bo tu chodzi o tego psa! Pies musi mieć kaganiec. I my żądamy nałożenia kagańca i o tym mówmy. Nastąpiła przerwa. Jest wczesne popołudnie. Prawdę mówiąc, przerwa jest dlatego, że już nie było o czym rozmawiać. Nie ma mowy o porozumieniu. W przerwie rozmawiam z posłem Janem Szczepańskim. Mówi on, że nie widzi szans na porozumienie i chciałby w związku z tym spytać, czy w czasie strajku generalnego byłyby możliwe negocjacje. Odpowiadam, że ci, którzy ogłaszają strajk, mogą również podjąć rozmowy, mogą też strajk przerwać, skończyć. Szczepański dodaje, że on osobiście jest sceptyczny co do realności takich negocjacji, jednak w łonie Sejmu jest inicjatywa, żeby w razie strajku generalnego podjąć jakąś misję pojednawczą. Ale, dodał, cóż w tym systemie znaczy Sejm… Ja z kolei dodałem, że negocjacje w czasie strajku są czymś całkiem różnym od negocjacji przed strajkiem, i trzeba sobie z tego zdawać sprawę.

Dużo rozmawialiśmy w gronie naszego zespołu, przeświadczenie było jedno: strona rządowa nie ma pełnomocnictw do zawarcia porozumienia, rozmowy zaś służą jedynie przewlekaniu, są grą.

Rakowski przysłał mecenasowi Siła-Nowickiemu kilkuzdaniową karteczkę, mówiącą wprost, że już teraz właśnie biegnie czas, kiedy w każdej chwili może zapaść decyzja o wojskowej interwencji Paktu Warszawskiego w Polsce, że manewry trwają i mogą nagle zmienić swój charakter. Kartka obiega naszą stronę.

Wracamy na sale, gdzie nic się nie zmienia. Ciosek proponuje, abyśmy spróbowali jeszcze jednego sposobu: po dwie osoby z każdej strony pójdą do pokoju obok pisać projekt wspólnego oświadczenia, może się uda?

Z naszej strony poszedł doc. Chrzanowski i ja. Praca nad oświadczeniem była trudna, przedstawiciele rządu wynajdywali trudności natury prawnej, że np. rząd nie może zobowiązać się w imieniu sejmu i prokuratury itp. Główny spór dotyczy oczywiście kwestii rejestracji związku rolników. Przedstawiciele rządu absolutnie nie chcą się zgodzić na zapis w tej sprawie, my zaś mówimy, że bez tego zapisu nie jest możliwe przygotowanie nawet projektu wspólnego oświadczenia. Wreszcie prof. Zawadzki (przedstawiciel rządu) mówi, że w takim razie zapiszemy to, a najwyżej rząd nie przyjmie tego zapisu, zobaczymy.

Wracamy na salę. Delegacja „Solidarności” akceptuje projekt oświadczenia; przedstawiciele bydgoskiego KKZ uzgadniają swoje stanowisko telefonicznie i po wielu staraniach uzyskują akceptację dla oświadczenia. Zaważył na tym, jak sądzę, osobisty autorytet szefa bydgoszczan, Krzysztofa Gotowskiego. Czytane są punkty oświadczenia i na każdy z punktów ogólnych przedstawiciele rządu mówią kolejno: nie. Rakowski milczy. Wówczas Wałęsa oznajmia, te to nie ma sensu, że „Solidarność” nie ma czasu na jałowe gadanie, że wracamy do Gdańska i rozpoczynamy strajk; skoro rząd nie chce kompromisu, to trudno. Wstaje od stołu. I to nie była gra, żaden gest taktyczny. Wszyscy mieliśmy takie przekonanie. Wtedy Rakowski niespodziewanie mówi, że akceptuje punkt o rolnikach. I kolejno akceptuje wszystkie punkty oświadczenia. Jesteśmy kompletnie zaskoczeni, sądziliśmy, że Rakowski nie ma pełnomocnictw, okazało się, że ma – i to daleko idące. A więc akceptacja „Solidarności” rolników? Zdawało się to nieprawdopodobne. Bardziej wiarygodne zdawały się przyrzeczenia ukarania winnych za zajścia bydgoskie. Stało się odwrotnie.

Podpisujemy porozumienie. W łonie zespołu negocjującego „Solidarności” nie było żadnych kontrowersji. To, co później mówili publicznie Jurczyk i Gwiazda, nie było wcześniej, podczas prac zespołu, w jakikolwiek sposób sygnalizowane, ujawniane. Wydaje mi się, że Jurczyk i Gwiazda ugięli się pod presją bardzo negatywnej oceny porozumienia warszawskiego ze strony ich środowisk, ze strony działaczy ich otaczających. Uświadomili sobie, że nastąpił rozziew między tym, co zwykle mówili, a tym, co podpisali w Warszawie.

Wychodzimy z Pałacu Namiestnikowskiego z poczuciem ulgi i zaskoczenia, że porozumienie było możliwe.

Porozumienie warszawskie było sukcesem Związku. Spójrzmy na to z perspektywy: czym bylibyśmy, gdyby „Solidarność” nie istniała jeszcze przez ponad osiem miesięcy, gdyby nie odbył się jej Zjazd itd.? Gdyby po raz pierwszy po wojnie społeczeństwo nie wybrało swoich przedstawicieli?

Najważniejsze zaś, że zyskaliśmy czas na próbę dostosowania się wzajemnego „Solidarności” i systemu władzy. Okazało się, że władza nie chce się dostosować, ale przecież nie wolno nam było tego zakładać a priori. Podobnie jak nie mogliśmy próbować, czy prawdą są groźby rządu o interwencji wojskowej ZSRR. Manewry i wojska radzieckie zgromadzone nad granicą to były fakty, a nie straszaki bez pokrycia. Według analiz amerykańskich dwukrotnie po sierpniu 1980 r. groziła Polsce interwencja zbrojna ZSRR: raz w grudniu 1980 r. i drugi raz w marcu 1981 r. (13 grudnia 1981 r. odbył się już bez presji tego zagrożenia.)

Myślę, że bez otwarcia archiwów nie będziemy wiedzieli, czym był kryzys bydgoski. Wiele elementów jednak wskazuje na to, że była to prowokacja kompleksu policyjnego, centralnie przez ten kompleks sterowana i chyba z potężnymi siłami wspomagającymi. Okazało się przecież, że ukaranie bezpośrednio odpowiedzialnych za użycie milicji i sposób jej działania jest praktycznie niemożliwe. Równie dobrze mogła być to gra prowadzona przez obce służby specjalne, jak i przypadkowa sytuacja rządząca się później logiką wewnętrzną wydarzeń. Z tym, że w każdej hipotetycznie możliwej sytuacji decydujący był moim zdaniem element następujący: struktury państwa uległy destabilizacji, jedyny kompleks nie naruszony przez Sierpień to kompleks policyjny, i oto następuje zderzenie „Solidarności” z tym kompleksem…

Jaka jest prawda, może się kiedyś dowiemy?


Źródło: http://www.abcnet.com.pl/pl/artykul_zas.php?art_id=45&w=p&token=

Dodaj komentarz