Andrzej Gwiazda o „Porozumieniach marcowych”


Fragment książki Gwiazda miałeś rację, z Andrzejem Gwiazdą rozmawiała Wiesława Kwiatkowska, Gdynia 1990, s. 125-133 i 9-11.


Andrzej Gwiazda na plakacie w III rocznicę powstania "Solidarności"


– Porozumienie marcowe było niewątpliwie jednym z najciekawszych momentów „okresu „Solidarności”. Czy mógłbyś przypomnieć krótko przebieg tego konfliktu?

– Od tamtego czasu minęło 9 lat. Trzeba tu przypomnieć nie tylko przebieg zdarzeń, ale i atmosferę psychiczną tamtego okresu. Ze względu na przebieg afery marcowej, na czoło wysuwa się pozytywny stosunek do nowego premiera – Jaruzelskiego. Kraj zalała fala szeptanych plotek o „pozytywności generała”. Że nienawidzi Rosjan, że dobry Polak, że patriota, antykomunista. Że wojskowy generał nie znosi SB – oczyścił już wojsko, a teraz oczyści z ubeków cały kraj. Tylko, że tę ostatnią rewelację zaserwowało źródło z całą pewnością ubeckie. Społeczeństwo przyjmowało te supozycje z większą rezerwą niż „politycy”. Na dwa tygodnie przed „marcem”, 13.03.81 r. na wiecu w Radomiu Wałęsa mówił: „Nie powinniśmy się cofać, ale nie powinniśmy wyniszczać też samych siebie strajkami. Zwłaszcza wobec ciężkiej sytuacji gospodarczej kraju. Nowy premier-generał, to widzimy, że chce dobrze. Potrzebny jest nam silny, rozsądny rząd, który nie będzie przeszkadzał, ale też musi on mieć czas, żeby poprzestawiać meble, a stare wyrzucić do lamusa. Myślę, że ten rząd siądzie z nami do stołu. Będzie nam służyć, a nie rządzić”. Podobnie myślała większość działaczy, mimo że generał nie zrobił nic, co by usprawiedliwiało takie poglądy. Nie zgodził się na rejestrację NZS, nie zgodził się na rejestrację związku zawodowego rolników. Okupacja budynku WRZZ w Rzeszowie nie przyniosła rezultatów, od 1ó marca rolnicy okupowali więc budynek ZSL w Bydgoszczy, żądając legalizacji swego związku zawodowego. „Solidarność” bydgoska zaangażowała się w sprawę rolników bardzo mocno. Prezydium WRN wysłało MKZ-owi ó zaproszeń na posiedzenie rady w dniu 19 marca. Na posiedzenie udało się 25 osób, a pod budynek zostały wezwane delegacje zakładów pracy. W posiedzeniu brał udział wicepremier Mach. Posiedzenie zostało niespodziewanie zerwane bez dopuszczenia „Solidarności” do głosu. 45 radnych pozostało na sali, odrzucono projekt okupacji budynku Urzędu Wojewódzkiego i postanowiono ogłosić wspólny komunikat. O godz. 19.00 wojewoda z prokuratorem zażądali opuszczenia sali za 10 minut. Po tym czasie weszło 200 milicjantów, lecz Rulewski odmówił wyjścia do czasu ukończenia komunikatu. Milicja cofnęła się, a po podpisaniu komunikatu weszła ponownie i usunęła delegację „Solidarności” z sali. W ciemnych korytarzach i na podwórzu jacyś cywile pobili działaczy „Solidarności”. Trzy osoby z Rulewskim znalazły się w szpitalu.

Prezydium KKP przybyło w nocy do Bydgoszczy i ogłosiło gotowość strajkową. 20 marca zespół ekspertów rządowych rozmawiał z MKZ Bydgoszcz. 21 marca Rakowski wezwał Wałęsę na rozmowy. Wzięli w nich udział: Bujak, Jurczyk, Wałęsa oraz Celiński, Mazowiecki i Siła-Nowicki. „Rozmowy” sprowadzały się do wysłuchiwania połajanek i gróźb Rakowskiego. 23 marca zebrała się w Bydgoszczy KKP, która po dramatycznej walce z Wałęsą uchwaliła strajk ostrzegawczy na 27 marca a generalny na 31 marca, ustaliła żądania strajkowe i wybrała MKS, który otrzymał z ramienia KKP pełnię władzy w związku, jednak bez możliwości zmiany lub obniżenia żądań strajkowych bez zgody KKP.

25 marca delegacja „Solidarności” w składzie: Gotowski, Gwiazda, Jurczyk, Słowik, Wałęsa z Celińskim, Mazowieckim i Siła-Nowickim, rozmawia z rządem. Przebieg rozmów – jak 22 marca.

27 marca – czterogodzinny strajk ostrzegawczy. Po południu – druga tura rozmów.

28 marca Prymas Wyszyński rozmawia z Jaruzelskim. Następnie Jaruzelski z prezesem PAN – Giejsztorem a Kania z prezydium PAN (Giejsztor, Małcurzyński, Penderecki, Szczepański, Wajda, Szaniawski). W międzyczasie powstaje „Zespól Dobrych Usług” w składzie: Giejsztor, Szaniawski i Święcicki. Zespól ten, według Holzera (,,Solidarność – geneza i historia”) 30 marca przed południem spotyka się z „Solidarnością”, co jest nieprawdą.

29 marca rozpoczyna się plenum KC. 30 marca – końcowa faza rozmów. Tekst porozumienia opracowują Geremek i Chrzanowski z Bafią i Zawadzkim. Treść porozumienia zostaje uzgodniona między Wałęsą a Rakowskim, z pominięciem pozostałych członków zespołu.

Tyle historii. Opieram się tu na historii „S” Holzera. Sam uczestniczyłem w wydarzeniach dopiero od 23 marca, czyli od zebrania KKP. Poprzedzający tydzień byłem na Światowym Kongresie WZZ w Delhi.

– Jakie były, twoim zdaniem, przyczyny tego wydarzenia i rachuby władz?

– Oficjalna wersja „S” zawarta jest w uchwale KKP: „Akcja, jaka miała miejsce 19 marca 81 r. w Bydgoszczy, jest oczywistą prowokacją wymierzoną w rząd generała Jaruzelskiego”. Wałęsa swe opinie wyraził na wiecu w Bydgoszczy: „…Nie wszyscy z władzy są źli. Niektórym chcemy zawierzyć”; a na konferencji prasowej: „…akcja była wykalkulowana przez jakąś grupę… Premier był w tym czasie zajęty sprawami wojskowymi.” Te opinie wyjaśniają motywy postępowania Związku. Nic nie mówią o motywach przeciwnika.

Wszystkie znane fakty świadczą, że już w czasie rozmów sierpniowych w 80 r. PZPR była zdecydowana rozbić „S”. Różnice opinii sprowadzały się wyłącznie do problemu – jak i kiedy. Jedni uważali, że „S” trzeba załatwić politycznie, inni – że policyjnie. Jaruzelski jako wojskowy wiedział, że do wojny trzeba się samemu przygotować, a przede wszystkim przygotować przeciwnika. „Wydarzenia bydgoskie” mogły więc mieć na celu:

1. próbę przyspieszenia rozprawy z „S”,

2. „rozpoznanie przeciwnika walka.” (patrz-regulamin piechoty),

3. Obronę Urzędu Wojewódzkiego przed okupacją.

Znane fakty w równej mierze świadczą za i przeciw każdej z tych możliwości. Jedynym celem prowokacji jest zdobycie argumentów propagandowych. Pobicie działaczy związkowych działało odwrotnie. Stawiało „S” w sytuacji zaatakowanego a rząd, milicję, PZPR – w sytuacji bandyty i prowokatora. O prowokacji można by mówić, gdyby udało im się nakłonić Rulewskiego do okupacji budynku. Lub gdyby do budynku weszło nie dwustu, ale trzech milicjantów i sprowokowało bójkę ze związkowcami. Kilkakrotne wzywanie związkowców do opuszczenia budynku też koncepcję prowokacji podważa. Przecież Rulewski mógł wezwania usłuchać i po prostu wyjść.

Najpoważniejszym argumentem za tym, iż była to prowokacja jest sposób zerwania posiedzenia WRN. Kilkakrotne wezwania do opuszczenia sali, użycie 200 milicjantów (wykluczające możliwość oporu) dla usunięcia związkowców, jak również to, że zamiast ó zaproszonych, przybyła delegacja 25-osobowa, może świadczyć, że wojewoda przestraszył się okupacji. Stąd paniczne zerwanie posiedzenia. Ale po co był tam Mach i dlaczego związkowców bito? Można by budować zawiłe kombinacje z zawijasem – kto z kim, przeciw komu – jak Kuroń po śmierci ks. Jerzego.

Jeśli przyjmiemy, że było to rozpoznanie, jak „S” zachowa się w konfliktowej sytuacji – znikają wszystkie znaki zapytania. Wszystkie sprzeczności i niedorzeczne elementy akcji stają się logiczne i konieczne. Ten pozorny chaos pomyłek pozwala, stosownie do zachowania się „S”, obarczyć win” wicepremiera, majora, kaprala milicji, nie wykryć sprawców lub też ogłosić ich bohaterami. Jedynie przeciwko TEJ koncepcji nie świadczą żadne fakty.

Wypada jeszcze zastanowić się nad pytaniem: jeśli „siły” manipulujące „S” uważały, że była to rzeczywiście prowokacja przeciwko „naszemu generałowi”, dlaczego tak gwałtownie blokowały wystąpienia „S” przeciwko „przeciwnikom” Generała?

– W jakim stopniu czujesz się odpowiedzialny za fakt podpisania porozumienia? W odczuciu przyjaciół Twój list otwarty do Wałęsy niczego nie wyjaśnił. Był ogólnikowy i mógł sprawić wrażenie, że chodzi po prostu o władzę w Związku.

– I słusznie. Mój list nie miał niczego wyjaśniać. Chodziło w nim wyłącznie o władzę. O sposób sprawowania tej władzy i o to, czy władza ma nadal spoczywać w ręku statutowych organów Związku, czy też w ręku grup manipulujących przewodniczącym. Związek listu otwartego z „porozumieniem warszawskim” był tylko taki, że w marcu po raz pierwszy tak jaskrawie i jawnie złamano zasady podejmowania decyzji, a więc zasady sprawowania władzy obowiązujące w „S”. Uważałem, i uważam do dzisiaj, że niezależnie od oceny samego odwołania strajku, sposób tego odwołania musiał stać się przedmiotem ogólnopolskiej dyskusji. Dyskusja ta winna zakończyć się podjęciem ustaleń, czy w „S” przywracamy zasady demokracji, czy rezygnujemy z nich na rzecz dyktatury. Najgorszym rozwiązaniem było pozostawienie sprawy nie załatwionej. Prowadziło to bowiem do dwuwładzy. Stałego konfliktu między KKP a Wałęsą. Stan taki musiał doprowadzić do głębokiego osłabienia Związku. I rzeczywiście doprowadził.

Za sposób odwołania strajku czuję się odpowiedzialny, chociaż nie czuję się winny. Pełniłem wówczas funkcję wiceprzewodniczącego Związku. A na takim stanowisku ponosi się odpowiedzialność za wszystko, co się w Związku dzieje. Przewodniczący nie może się tłumaczyć, że nie wiedział, że mu nie powiedzieli, przewodniczący jest po to, żeby wiedział. Dałem temu wyraz, podając się do dymisji na zebraniu KKP. Natomiast nie czuję się odpowiedzialny za wtórne skutki „nieporozumienia warszawskiego”. Uważam, że można było ich uniknąć. Więcej nawet, uważam, że przy właściwym postawieniu sprawy, z wyciągnięciem dyscyplinarnych konsekwencji wobec grupy negocjującej, Związek mógł wyjść z tej afery wzmocniony. List otwarty do przewodniczącego był ostatnią, rozpaczliwą może, próbą ratowania „S” przed fatalnymi skutkami procesu, jaki wystąpił w marcu. Był sygnałem dla członków, że „S” schodzi na drogę prowadzącą do klęski.

– Czy porozumienie było momentem przełomowym w historii „S”?

– Tak. Lecz nie sam fakt porozumienia, nie sam fakt, że było ono złe. I nawet nie fakt, że grupa negocjująca postąpiła sprzecznie ze swoimi uprawnieniami. „Nieporozumienie warszawskie” zapoczątkowało bardzo specyficzny proces, którego mechanizmu wciąż jeszcze nie rozumiem. Odwołanie strajku generalnego wywołało wśród członków „S” niezmierne oburzenie, ale też ulgę. Ludzie odważnie i z determinacją stawali do walki, ale oczywiście nieco się bali. 10-dniowe przeciąganie gotowości strajkowej spowodowało ogromne napięcie nerwów. Wielu działaczy włożyło ogromny wysiłek w organizowanie strajku. I naraz okazało się, że cały wysiłek, strach, poświęcenie i emocje były niepotrzebne. To wszystko było na nic. Zostało ot, tak sobie, wyrzucone na śmietnik. Cały kraj ogarnęła fala zniechęcenia.

Obrady ujawniły rażące nieliczenie się ze statutem i zdaniem jedynej władzy związkowej – KKP. Rażące złamanie zasad demokracji. Lecz okazało się, że tych karygodnych przewinień dopuścił się ukochany Lech Wałęsa w kraju rozszalała się kampania: ratujmy Wałęsę! Na adres KKP zaczęły spływać kolejno teleksy popierające porozumienie. Rzekomo od załóg. Komisje zakładowe kolejno oświadczały, że te „poparcia” nie są ich autorstwa. W gdańskim „Unimorze” zastano sekretarza PZPR, gdy nadawał teleksem całą listę takich poparć w imieniu różnych zakładów. Na Śląsku zidentyfikowano ponoć, że „poparcia” były nadawane z jakiejś plebanii. W akcję „obrony Wałęsy” zaangażowane zostały środki czerwonych i silnie poparł je Kościół. Obrona Wałęsy i porozumienia, czyli obrona metody nieliczenia się ze zdaniem władz „S” została utożsamiona z obroną jedności Związku. Zapoczątkowana na KKP gwałtowna dyskusja o demokracji i wewnętrznej praworządności Związku wyszła na forum publiczne, ale szybko została stłumiona propagandą „jedności”. Byłem przerażony. Aby publiczną dyskusję pobudzić napisałem list otwarty do Wałęsy. Lecz ludzie niechętnie wracają do spraw przykrych. Z ulgą witali, że Wałęsa zdejmuje z nich odpowiedzialność za decyzje i ich skutki.

Ta obrona Wałęsy i jedności w połączeniu z rezygnacją i zniechęceniem wywołanym zmarnowaniem tak wielkiej determinacji i napięcia poprzedzających odwołanie strajku, zaowocowała niechęcią do podejmowania jakichkolwiek akcji związkowych. Nie mówiąc już o strajkach. Związek stał się niezdolny do walki. Nawet słowa „strajk” nie wolno było użyć na związkowym forum. Prasa związkowa lokalne strajki nazywała „przerwami w pracy”! Rozczarowanie nurtu aktywnego wykorzystali zwolennicy ustępstw. Podnosząc hasło „jedności” wcale nie kryli się, że dążą do likwidacji związkowej demokracji i jawnie opowiedzieli się za dyktaturą. Poglądy, których nikt przed marcem nie odważyłby się wygłosić na forum związkowym, teraz zdobyły prawo obywatelskie. Gdy Wałęsa w Łodzi wezwał do wyborów nowych władz, jego słowa: „teraz ludzie walki są już nam niepotrzebni, teraz potrzebni są nam ludzie organizacji” zostały przyjęte jako wyborcze wytyczne. Stan marazmu i cofania się „S” trwał do października, kiedy dla ludzi stało się jasne, że przez 7 miesięcy „odprężenia” Związek nie odniósł ani jednego sukcesu, natomiast zdążył zatwierdzić przyszłe podwyżki na wszystkie artykuły i wydać apel o pracę w wolne soboty. Mimo pesymistycznych ocen kierownictwa, załogi intuicyjnie wyczuły niebezpieczeństwo i rozpoczęły akcje na własną rękę. Lecz Związek nie miał już czasu, aby się podnieść z marcowego upadku.

– Jakie były kulisy „porozumienia marcowego”?

– Kulisy nie zostały dotychczas ujawnione. Znają je tylko uczestnicy spisku, ci jednak będą milczeć, gdyż sprawa była i jest jeszcze bardzo niepopularna. Bardziej pouczające od ujawnienia, kto z kim knuł i za czyimi plecami, wydaje mi się przedstawienie atmosfery i sytuacji, w jakiej pracowała grupa negocjacyjna.

Posiedzenie KKP w Bydgoszczy było burzliwe. Im Wałęsa zajmował bardziej ustępliwe stanowisko, tym delegaci regionów byli bardziej radykalni i bojowi. Wykraczających poza zdrowy rozsądek próbuję na stronie mitygować. „Pieprzysz – odpowiadają – przecież chodzi o to, żeby wyjść na swoje, gdy Wałęsa sprzeda połowę, a nawet trzy czwarte tego, co tu ustaliliśmy”. W końcu KKP wybiera KKS i uchwala dość umiarkowane żądania. KKS przejmuje funkcje prezydium, a z chwilą rozpoczęcia strajku stanie się jedyną władzą Związku. Regiony rezygnują z niezależności. KKS-owi nie wolno tylko zmienić lub złagodzić żądań strajkowych, ani odwołać strajku bez stuprocentowego spełnienia żądań. Prawo do zmian lub ustępstw zastrzega sobie KKP dla siebie. Grupa negocjacyjna została wyłoniona ze składu KKS-u.

Mieszkaliśmy w hotelu. Był on niewątpliwie dobrze „zradiofonizowany”, nie mogliśmy więc omówić taktyki pertraktacji. Można to było zrobić po drodze – w lesie, lecz czemuś wyjechaliśmy późno. Po drodze zwiedzamy klasztor… No a później gnamy 180 km/godz., nie zwalniając nawet we wsiach i miasteczkach. Opiece boskiej możemy zawdzięczać, że nikogo nie przejechaliśmy. Wysiadają kolejne fiaty. Przesiadamy się do tych szybszych, pozostawiając na szosie członków licznej „świty”. I dalej 180-ką…

W końcu z opóźnieniem docieramy do Warszawy. Pierwsze spotkanie, to połajanka Rakowskiego i wniosek Wałęsy o odroczenie. Następnego dnia rząd przesuwa termin z godz. 10.00 na 12.00, 15.00, w końcu na piątek. To znów nie pozwala nam uzgodnić taktyki, mieszkamy wszak tam, gdzie zawsze – w hotelu „Solec”, który jest dosłownie wytapetowany mikrofonami.

Komisja rządowa gra na oczywistą zwłokę. Proponują nam rozmowy robocze w zespołach – biorę temat praworządności. Skład „roboczej” grupy wyklucza możliwość jakichkolwiek uzgodnień. Zrywam rozmowy. Inni jeszcze gadają.

W sobotę wzywa nas do siebie ks. prymas Wyszyński. M.in. poucza nas, że gdy „mniejszość ma rację, nie powinna się liczyć ze zdaniem większości”.

Rząd znów odracza termin posiedzenia. Zbliża się termin strajku. Udaje się wymusić od Wałęsy przyrzeczenie, że jednoosobowo nie odwoła strajku. To daje mi od razu doskonałe samopoczucie i pewność siebie. Już wiem, że wygramy i bez ogłoszenia strajku. Lecz w naszym zespole narasta nastrój paniczny. Mamy dwie różniące się klasą umiejętności obstawy. Bronią nas koledzy z warszawskich fabryk. Zmęczeni po pracy, śpią na korytarzach tak gęsto, że wracając z nocnego objazdu dyżurów strajkowych w fabrykach, mam kłopoty, by przejść, nie budząc ich.

MKZ Mazowsze przeniósł się do Ursusa. Nie mamy z nimi kontaktu, zresztą są zbyt zajęci organizowaniem się na nowym miejscu. Nie ma z kim pogadać, zastanowić się nad sytuacją. Nie mamy łączności z KKS w Gdańsku. Ktoś puszcza informację, że na hotel „Solec” zrzucony zostanie desant spadochroniarzy. Nasza ochrona zadziera głowy na trawnikach. O pogadaniu nie ma mowy, idę więc do kolegi z WZZ-ów, wracam przez pół Warszawy na piechotę, w nocy. W hotelu zdumienie, że żyję.

Już mnie spisali na straty. Rano z Krakowa dostaję informację, że powstał „Zespół Dobrych Usług” do mediacji między „S” a rządem. Tworzą go: Giejsztor, Święcicki (obecnie 8RK) i Szaniawski. Staję na głowie, żeby się z nimi skontaktować. Wydzwaniam do domów i wszystkich instytucji, gdzie mogliby być. Bezskutecznie. Wieczorem spotykam ich w hotelu. Podbiegam – lecz rozmowy milkną. Jeszcze raz – zmieniają temat. Rozmawiają tylko z „doradcami”. W sobotę udaje mi się przekonać kolegów o konieczności wyjazdu w „plener” i uzgodnieniu taktyki rozmów. Umawiamy się na niedzielę o 14.00 u mnie w pokoju. Czekam, nikt nie przychodzi. O 14.30 wychodzę i zastaję pokoje kolegów zamknięte. Klucze są w recepcji. Portier mówi, że 10 minut temu wsiedli w samochody i odjechali. Zostaję sam. I wtedy przyjeżdża z Gdańska Lech Dymarski. Pierwszy kontakt z KKS-em, bowiem hotelowy teleks, telefon w sposób wysoce selektywny obsługuje z polecenia Wałęsy Gedymin Jabłoński; niektórzy uważają go za konfidenta.

Obawiam się, że czerwony zgodzi się na te 90, czy nawet 95% naszych żądań, ale zaprze się przy tych 10 czy 15%. KKS, który nie może przecież nic ustąpić, będzie musiał ogłosić strajk powszechny o jakieś drugorzędne, czy prestiżowe cele. Elastyczne stanowisko i ewentualne ustępstwa ma prawo przyjąć wyłącznie KKP. Telefonujemy do Gdańska, do KKS i oddajemy głosy za zwołaniem KKP. Wniosek przechodzi ogromną większością. KKP zbierze się w poniedziałek rano w Warszawie. Udajemy się „za kulisy” plenum PZPR – czyli w objazd ludzi, którzy mogą mieć jakieś przecieki. Przecieki są i to niesłychanie obiecujące. Plenum w swym reformistycznym entuzjazmie przebija ,,S”. Rosną szanse Fiszbacha na I sekretarza. W twardogłowych biją, jak w bęben. Rosną szanse struktur poziomych. Potem coś się zacina. Ustają przecieki – jakby się coś popsuło. Dymarski wraca do Gdańska – ja do hotelu, by się wyspać przed decydującymi rozmowami.

Jestem zupełnie spokojny o ich wynik. Nasi przeciwnicy walczą przecież tylko o własne stołki i przywileje. Strajk generalny może te ich stołki nadwerężyć. A interwencja radziecka – gdyby nastąpiła – na pewno wprowadzi nową ekipę. Jedynym więc dla nich rozwiązaniem jest wystąpić tak, by strajku nie było.

Znów idziemy bez opracowania taktyki negocjacji. A przecież, zmuszając ich do ustępstw, musimy wiedzieć, co im oddać w sferze pozorów i ambicjonalnych sformułowań. Przypominam jeszcze nasze ustalenie, że rozmawiamy do 15.00. Potem niezależnie od stanu negocjacji wracamy do Gdańska kierować strajkiem. Okazuje się, że jeszcze nie zebrała się KKP. Nie wiem, czemu – widać zaszło coś dziwnego.

W rozmowach towarzyszy nam: Celiński. Chrzanowski, Geremek, Kukułowicz. Mazowiecki i Siła-Nowicki (SRK). Komisja rządowa demonstruje zadowolenie i pewność siebie. Patrzę na nich z podziwem. Co za aktorzy, co za wspaniali pokerzyści! Taką minę robić do przegranej stawki.

A czas upływa. Poinformowałem komisję rządową, że rozmawiamy tylko do 15.00. a oni dalej spokojni i pewni siebie. Ostatnie godziny Wałęsa, który przewodniczy, oddaje Gotowskiemu. Zbliża się, a potem mija godzina 15.00, lecz nikt nie zamierza wychodzić. Nasz zespół jest jakiś bez życia, przybity i zrezygnowany, a strona rządowa pełna werwy i zadowolona. To już nie jest gra. Gra już by się zakończyła. Gorączkowo szukam powodów ich zadowolenia. Znajduję jeden – że jednak zdecydowano się na interwencję z gwarancja, że nie będą zmieniać rządzącej ekipy. Ta perspektywa mnie deprymuje. Takiej wersji nie brałem dotychczas pod uwagę – była zbyt nieprawdopodobna. Po raz pierwszy ogarniają mnie wątpliwości. A może rzeczywiście koledzy i eksperci z Wałęsą na czele mają rację…

Chrzanowski i Geremek z Bafią i Zawadzkim wciąż jeszcze siedzą w jakimś pokoju i opracowują tekst ,.porozumienia”. Wracają w końcu przed samą 19.00. Przynoszą jeden, jedyny egzemplarz tekstu; otrzymuje go Wałęsa. Ktoś czyta głośno. Protestuję. Żądam większej ilości egzemplarzy. Rakowski mówi, że jest tylko jeden. Z naszej strony krótkie wykrzykniki niezadowolenia szybko cichną. „Doradcy” przekonują mnie, że tekst, jak na te warunki, jest dobry, bo oddaje sprawy w ręce sejmu. „Przecież sami domagaliście się podniesienia znaczenia sejmu”.

Jestem całkowicie zdezorientowany. Nikt z naszych nie protestuje, nawet nie próbuje się naradzić, dyskutować, zastanowić. „Porozumienie” przyjmują jako wyrok lub jako coś znanego, zaakceptowanego. Błyska mi myśl, by wyskoczyć oknem (na schodach stoi liczna obstawa) i „tumult uczynić”, ostrzec ludzi, lecz odrzucam tę myśl. Zostaję, a więc biorę odpowiedzialność, za bierność kolegów i aktywność „doradców”.

Strajk ma być odwołany – odwołanie ukaże się w DTV. Już nie ma czasu na namysły. Bodajże Geremek przedkłada mi, że nie może pozwolić, żeby Wałęsa czytał komunikat. Uznaję jego racje. Uważam za naturalne, że jeśli przewodniczący nie może czytać komunikatu, to powinien go zastąpić wiceprzewodniczący.

Czytam więc. Po odczytaniu, wszyscy rzucili się do wyjścia. Już na schodach zorientowałem się, że tekstu porozumienia nikt nie podpisał. Wróciłem i podpisałem na schodach, na donicy palmy. Był to jedyny podpis…

Po powrocie do Gdańska wyjaśniło się, czemu nie zebrało się KKP, pomimo decyzji KKS-u. Okazało się, że Bogdan Lis zobowiązał się wezwać członków KKP telexem, ale po zakończeniu posiedzenia KKS-u postanowił wezwania nie przekazywać. Członkowie KKP na próżno czekali przy telexach do rana. Członkowie KKS dowiedzieli się o tym dopiero następnego dnia wieczorem.

Iwanow – twórca struktur poziomych – twierdzi, że decyzja o odwołaniu strajku pozbawiła skrzydło reformatorskie w PZPR znaczenia i organizatorów, dając pełne zwycięstwo tzw. „betonowi”. A to by znaczyło, że decyzja zapadła ostatecznie w nocy z niedzieli na poniedziałek. Natomiast Bogdan Borusewicz twierdził, że o odwołaniu strajku wiedział w sobotę z przecieków od dyrektorów fabryk, lecz wiadomość tę zatrzymał dla siebie. Jeśli to prawda, znaczyłoby to, że decyzja o odwołaniu strajku zapadła znacznie wcześniej – w piątek lub sobotę, całkowicie poza plecami kierownictwa „S”. Uczestnicy spotkania zorganizowanego w tajemnicy przede mną nie podejmowali więc być może decyzji, a jedynie wysłuchali rozkazów, czy instrukcji.

Nie wiemy, kto podejmował decyzje poza plecami „Solidarności”. Wiemy, że aby te decyzje wprowadzić w życie, pięciu członków KKS świadomie postanowiło działać dokładnie przeciwnie, niż to wynikało z ich uprawnień i obowiązków, jasno i wyraźnie określonych przez KKP. Gotowski, Jurczyk, Słowik i Wałęsa wraz z doradcami bezpośrednio łamali obowiązki członka KKS-u. Lis, uniemożliwiając zwołanie KKP, pozwolił tej grupie na bezprawne działania.

Fakt, że na jedenastu przywódców, obdarzonych przez Związek najwyższym zaufaniem, pięciu to zaufanie zawiodło, a pozostali byli wobec tej manipulacji bezradni, świadczy o głębokim kryzysie w łonie kierownictwa „Solidarności”. Przebieg i forma działań zmierzających do przyjęcia „nieporozumienia warszawskiego” nie był powodem kryzysu, a jedynie ujawnił kryzys demokracji i władzy związkowej.



„Solidarność Walcząca” Biuletyn Solidarności Walczącej oddział Trójmiasto, kwiecień 1987. Wywiad z Andrzejem Gwiazdą w marcu 1987 r. w Gdańsku.


– Pół roku po powstaniu „Solidarności” był bydgoski marzec: Wygląda na to, że twoje przewidywania się sprawdziły?

– Tak wygląda. Tzw. „wydarzenia bydgoskie” były rozpoznaniem sił przeciwnika walką, klasycznym manewrem wojskowym. Stosuje się go wtedy, gdy podejrzewa się zasadniczą zmianę w układzie sił przeciwnika, a zwiad dostarcza niepewnych lub sprzecznych informacji. Wałęsa i ludzie z jego grupy zachowywali się tak, jakby byli świadkami zaniku aktywności szeregowych członków związku, jakby już tylko działacze średniego i krajowego szczebla pozostali bojowi, sfera donosicieli składała natomiast meldunki o bojowej postawie załóg. Nastąpiły wtedy tzw. wydarzenia bydgoskie. Jaruzelski postanowił sprawdzić, które wersje są prawdziwe, zastosował metodę zaczepki drobnymi siłami i wpadł w potrzask. Okazało się, że Wałęsa już wtedy – świadomie czy nieświadomie – prowadził politykę „okrągłego stołu”, szedł na ugodę z komuną i nie chciał wykorzystywać siły związku, bo „silna „Solidarność” byłaby zbyt mocną pałą na rząd”, chciał ją zdławić, pozbyć się jej. Wprowadzało to czerwonego w błąd i o mało nie kosztowało utraty panowania w Polsce. Zaczepił związek, który okazał się tak silny, że gdyby nie koło ratunkowe Wałęsy, w postaci „nieporozumień warszawskich”, mogłoby to zachwiać dalekosiężnymi planami systemu.

W związku wystąpił wtedy ten element, o którym później w listopadzie mówił Wałęsa jako o swojej metodzie: doprowadzić do zwarcia i cofać się, żeby pokazać, że jesteśmy rozsądni. Była to być może metoda celowa, ale nie służyła pokazaniu naszego rozsądku, tylko rozbiciu woli walki społeczeństwa. Armia, którą się spręża do walki i w ostatniej chwili atak odwołuje, po kilku takich próbach jest do ataku niezdolna. Po odwołaniu strajku generalnego w marcu energia została nie tylko zmarnowana – ona się jak gdyby odbiła i wróciła jako fala ujemna, niwelując ogromny potencjał gotowości do walki, niszcząc – mówiąc językiem wojskowym – morale. „Nieporozumienie warszawskie” – jak je nazywał Wądołowski – można było obrócić na naszą korzyść. Gdyby wtedy grupa negocjacyjna z Wałęsą na czele dostała ostre pranie, gdyby dostała nagany z ostrzeżeniem, gdyby np. na trzy miesiące ograniczono tej grupie kompetencje decyzyjne, mogłoby to pozycję związku wzmocnić, bo w następnych negocjacjach byliby jak skała. Wiadomo byłoby, że przekraczanie granic ostrzeżenia jest równoznaczne co najmniej z wykluczeniem z grupy negocjującej. Na następne rozmowy pojechałaby nowa grupa, automatycznie po takim doświadczeniu twardsza. Zamiast tego zaczęła się sekretarzowsko-księżowska obrona Lecha Wałęsy, cała ta propaganda usiłująca ewidentny błąd, a nawet przestępstwo związkowe przedstawić jako sukces. Błędy, odpowiednio skorygowane, mogą wyjść na dobre, tylko ich nie wolno klajstrować.

– Podałeś się wtedy do dymisji, a Karol Modzelewski zrezygnował ze stanowiska rzecznika. Twojej rezygnacji KK nie przyjęła. Dlaczego to zrobiłeś?

– Uczestniczyłem w tej grupie, nie zapobiegłem podjęciu decyzji sprzecznych z udzielonymi kompetencjami i zobowiązaniami.

– Uważałeś, że musisz to odkupić?

No oczywiście.

– Mam na piśmie oświadczenie Wałęsy, że spowodował, abyś ty czytał oświadczenie w TV, „żeby zrobić Gwiazdę w konia”. Dlaczego dałeś się zrobić w konia?

– No cóż, polityki trzeba się uczyć, a podstawową jej nauką jest, że każdego trzeba podejrzewać z góry o jak najgorsze intencje. Byłem początkujący, dla mnie Wałęsa był kolegą i przewodniczącym związku, a że on odczytać nie mógł, uważałem, że jako wiceprzewodniczący mam obowiązek go zastąpić. Poza tym zło się już stało, porozumienie zostało zawarte, więc niezależnie od tego czy zostałem wymanewrowany czy nie: ponosiłem współodpowiedzialność.


Źródło:

http://www.abcnet.com.pl/pl/artykul_zas.php?art_id=74&w=n&token=

Dodaj komentarz