Jacek BOCHEŃSKI, Zdrada Panny S.


Miało być normalnie. To był program, a właściwie nadal jest. Raz po raz ktoś mówi, że tak nienormalnie, jak u nas, dłużej być nie może. Powinno się dojść albo nawet wrócić do normalności. Nie ma co stawiać sobie niezwykłych celów, to gruszki na wierzbie, znacznie pewniejsza, bezpieczniejsza i już gdzie indziej sprawdzona jest normalność. Aby osiągnąć pożądane wyniki w polityce i gospodarce, nie potrzeba utopijnych ustrojów ani trzecich dróg, wystarczą normalne. I tak dalej.

Gdy ludzie usłyszeli to pierwszy raz, większości trafiły te hasła do przekonania. W samej rzeczy, nie byłoby źle, gdyby było normalnie. Projekt zgadzał się ze zdrowym rozsądkiem i wyglądał solidnie, bo skromnie. Ponadto ludzie, jak wszelkie żywe istoty, lubią, kiedy jest normalnie, a nie jakoś tak Bóg wie jak, niepewnie, dziwnie i w sumie nieznośnie.

Przyjęli więc łatwo do wiadomości, że nienormalne były rządy komunistów, które właśnie się kończyły. Tego nikt nie żałował. Jedyna wątpliwość dotyczyła kwestii, czy rzeczywiście się kończyły, bo może nas oszukano i będą trwać. Ale jeśli oszustwa nie ma i przyczyna koszmaru, władza komunistyczna, została usunięta, w takim razie są szanse: może w Polsce zrobi się normalnie jak w innych krajach?

Zaszło małe nieporozumienie. Politycy i dyskutanci telewizyjni, nawołujący do normalności, mieli przeważnie na myśli stan wolny od przymusów i ograniczeń wprowadzonych przez komunizm. Słuchacze natomiast byli pewni, że normalnie znaczy zwyczajnie i zarazem tak jak powinno być, czyli swojsko, nie gorzej niż wszędzie, wedle przeciętnej, bodaj znośnie, lecz bądź co bądź „lepiej niż nam jest”.

Polacy jeździli już za granicę i widywali na własne oczy „normalny” świat, na przykład w Berlinie Zachodnim. Było tam, ich zdaniem, całkiem dobrze. Ale i w Turcji wydawało się nieźle. Dlaczego u nas nie miałoby być normalnie?

Sęk w tym, że „normalny” świat, a więc ten, którego prawdziwej natury nie tknął i nie zmienił żaden komunizm, jest może normalny, ale w rzeczywistości jest też bardzo przykry i podoba się mało komu z tych, którzy w nim żyją. Człowiekowi było źle w normalnym świecie od początku świata, czego łatwo dowiedzieć się z Biblii, historii powszechnej i literatury pięknej, a w dzisiejszych czasach nawet z telewizji i gazet, jeśli je ktoś czyta.

Normalny świat to świat zły, tylko w nienormalnym świecie uznano go za szczęśliwy.

Polak powinien przyjąć takie założenie wstępne, nim zacznie oceniać dzisiejszy i przyszły los Polski.

Zawód, jaki sprawia odzyskana wolność, niesmak, zdumienie i wściekłość, smutek i plucie sobie w brodę, wszystkie te uczucia, doznane przez Polaków zaraz po wypróbowaniu z grubsza na własnej skórze normalności świata, nie są tylko naszym udziałem.

Nie wiem, czy może to w Polsce być pociechą, ale jeszcze większymi ofiarami podobnego rozczarowania stali się Niemcy wschodni, których zapał dla zjednoczenia i – rzecz jasna – utożsamienia się z „normalnymi” Niemcami był w pewnym momencie olbrzymi, lecz po krótkim czasie znikł.

Gorycz, ból, żal, poczucie sponiewierania i nabicia w butelkę przeżywają już także Czesi, Rumuni, Rosjanie, Litwini, Gruzini, i tak dalej, nie mówiąc o szczególnej kategorii ofiar wojny, jak Bośniacy-Hercegowińczycy, Chorwaci lub Ormianie czy Osetyńcy. Wszystkich z pewnością nie wymienię.

Chodzi o to, że na kolosalnym obszarze globu ziemskiego, wśród społeczeństw mocno zantagonizowanych oraz bardzo różniących się poziomem stopy życiowej, szczeblem cywilizacji i rodzajem kultury, powstała osobliwa jedność depresyjno-frustracyjna. To, co w tej przestrzeni łączy niepodobnych, to tylko wspólna przynależność do masy upadłościowej po komunizmie i wzburzony stan ducha. Cała reszta dzieli.

Inaczej mówiąc, powstał olbrzymi, euroazjatycki kocioł złości, rozpaczy, nienawiści, nihilizmu i nieobliczalności. Współtworzymy jego zawartość. Kisimy się w nim, jęcząc i zgrzytając zębami, jak wszyscy.

Tu następuje drugie założenie, które warto przyjąć, nim się oceni dzisiejszą i przyszłą kondycję Polski:

polskie piekło nie jest niczym wyjątkowym. Także spisek ciemnych sił nie uwziął się wyjątkowo na nas.

Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Niemcy, Żydzi, światowy kapitał, Balcerowicz, wrogowie rolnictwa, wrogowie przemysłu, zdrajcy narodu, „Art-B” z „Telegrafem”, agenci KGB i wszyscy diabli nie sprzysięgli się w przystępie zbiorowego szału, żeby nas właśnie udręczyć, ukrzywdzić, upokorzyć, kupić, sprzedać, wpuścić w kanał. Ci diabli albo jacyś inni zawiązali spisek przeciw każdemu, kto siedzi w postkomunistycznym kotle. Od każdego, kto w nim siedzi, można o jakimś takim spiskującym diabelstwie usłyszeć i wcale nie wiadomo, czy Polacy nie zawiązali spisku na przykład przeciw Litwinom, nie sprzedadzą ich wkrótce albo nie wykupią.

Jeśli natomiast mowa o wyjątkowości polskiego położenia, to akurat nasza sytuacja w euroazjatyckim kotle nie tylko nie jest najgorsza, lecz zalicza się wciąż do najlepszych, a niedawno jeszcze, dzięki fenomenowi „Solidarności”, była unikalna, poza wszelką konkurencją. Niestety, Polska dostała potem amoku i dokonała przez ostatnie dwa lata zdumiewających sztuk, aby się swojej wyjątkowej lokaty pozbyć. Mimo to nie straciła jej zupełnie. Nadal nie jesteśmy na dnie kotła ani w środku, lecz na samym wierzchu. Stanowimy ciągle z Węgrami, a nie wiadomo, czy długo jeszcze ze Słowakami i Czechami, cienką warstewkę uprzywilejowanych, śmietankę do przyjęcia przez EWG, choć raz po raz histeryzujemy z tego powodu i robimy sceny.

Źródłem złego samopoczucia między Łabą a Kamczatką jest wedle powszechnej i zgodnej opinii fatalne położenie ekonomiczne. Jest źle, bo nie ma co do garnka włożyć. Bo nie ma na lekarstwo. Bo nie ma na ubranie. Bo nie ma żadnej pracy. Bo nie ma opłacalnej pracy. Bo nie ma na mieszkanie. Bo nie ma na samochód. Bo nie ma na wakacje i na Majorkę.

Bieda może mieć najróżniejsze poziomy, brak perspektyw też bywa względny, lecz od wahań tych czynników nie zależy ich deprymujący wpływ na ludzkie usposobienie.

Aby polepszyć desperackie nastroje w byłej NRD i wyciągnąć za uszy z omdlenia i szoku gospodarkę tak zwanych nowych landów, przepompowuje się tam w rozmaitej formie ze starych landów już około sto miliardów marek na rok. Jednak przekształcana w ekspresowym tempie gospodarka nie może złapać tchu, a nastroje wcale się nie poprawiają, raczej na odwrót. Poczucie upośledzenia, ubóstwa i bezsilności, przekonanie, że zostało się odartym z przyrodzonych dóbr i godności własnej oraz ogólnie wystawionym do wiatru, jest jeszcze dramatyczniejsze u Niemców wschodnich niż u Polaków.

Stąd kolejny wniosek: każde postkomunistyczne społeczeństwo rozpaczliwie potrzebuje pieniędzy, żadne nie ma ich dość, ale choćby miało nie wiadomo ile, nic mu z tego, bo, jak widać,

same pieniądze szczęścia nie dają.

Czego więc potrzeba oprócz pieniędzy?

Gdy pyta się o to ludzi w Polsce, mówią różnie. Potrzeba innej władzy, rządu rozumiejącego obywateli, lepszego prezydenta, bardziej rzeczowego parlamentu albo wręcz żadnego, bo widać w nim tylko puste gadulstwo i żarcie się o stołki. Mówią, że ktoś powinien jakoś tak mądrze pomyśleć o wszystkim i wszystko urządzić. Mówią o sprawiedliwości. Powinno się karać złodziei. Ma być spokój. Nie ma być bandytów. Najogólniej biorąc, potrzeba uczciwości, większego rozumu i porządku. Oraz czynów, nie słów. Ideał ma się nareszcie wcielić w konkrety. Inaczej ludzie, ale na ogół nie sami mówiący, tylko reszta, dłużej nie wytrzymają.

Tak mówią ci, którzy mówią. Nieraz już wykazywano, że to, co wymieniają, stanowi zbiór teoretycznych, a częściowo i zrealizowanych w praktyce walorów ustrojowych komunizmu, takich jak autorytet „myślący mądrze o wszystkim”, nieobecność kłótliwego parlamentu, niewidoczność walk o stołki, spokój, karność, lecz przede wszystkim sprawiedliwość! Ze sposobu mówienia o niej można odnieść wrażenie, że powszechnej sprawiedliwości było jednak więcej w komunizmie i że dziś bardzo by się przydała.

Można też odnieść wrażenie, że ludzie nie umieją sobie poradzić z wypowiedzeniem czegoś jeszcze skrytszego, co najbardziej dokucza i boli, lecz ostatecznie ginie w tłoku zastępczych detali i pozostaje nie wyrażone, bo jest dla samych ludzi niejasne, za trudne czy też za przykre. Może dlatego coraz częściej nie mówią w ogóle nic. Odrzucają ze wstrętem lub głuchą obojętnością każde pytanie, które według nich dotyczy polityki.

W Polsce nie ma już rozmów ani tematów politycznych, są tylko polityczne pretensje.

Wkraczamy w sferę szczególnie drażliwych uczuć. Wróćmy na moment do „Solidarności”, nie tej, która istnieje, kadłubowej, trochę zdziczałej, trochę śmiesznej, ale do tej już nie istniejącej, na którą jesteśmy obrażeni, bośmy ją kochali miłością czystą, a ona… Ją kiedyś Jan Kelus nazwał „sentymentalną panną S.” I pan Wojtek Młynarski śpiewał o niej. Gdy jednak przez nią Jaruzelski z Kiszczakiem zrobili nam stan wojenny, gdy Breżniew ich za to pochwalił, a Honecker też się ucieszył i przysłał warszawskim dzieciom cukierki, żeby ambasada rozdała na pokaz, tośmy się trochę przestraszyli i większość z nas uciekła, i już nigdy nie wróciła do tej S., bo miała uraz i jakoś tak wstyd było wrócić. A ta S. ogłosiła się po pewnym czasie Komitetem Obywatelskim „Solidarność”, ni z gruszki, ni z pietruszki usiadła z władzą ludową przy okrągłym stole i jeszcze nam w czerwcu 1989 wygrała wybory, i w końcu tę władzę ludową, jak by powiedział Lech Wałęsa, wykolegowała, a potem całkiem się panna, cholera, skur… i tak dalej.

Właśnie. Jak dalej było, przypomnimy. Chyba senator Jarosław Kaczyński przekonał w niecały rok później Lecha Wałęsę, że pora zostać prezydentem, lecz w tym celu trzeba skończyć z totalitarnym Komitetem Obywatelskim „Solidarność”, który jest sztuczką Bronisława Geremka, a porobić w kraju partie, dużo partii, bo wtedy dopiero będą się mogły odbyć wolne wybory i będzie normalnie. Wówczas to Lech Wałęsa zbeształ jajogłowych profesorów i wypowiedział nieśmiertelne słowa: „Żeby spokój był na dole, musi być wojna na górze”. Nawiasem mówiąc, od tamtych czasów minęły kolejne dwa lata i na górę wrócił poniekąd spokój, ale wojna jest na dole.

Lech Wałęsa wszystko to zrobił, bo prawdopodobnie pamiętał, jak ludzie nosili go na rękach. Był pewny, że po prostu jego osobiście tak kochają. Ale oni kochali wtedy „Solidarność”, gdyż byli pewni, że to oni są właśnie „Solidarnością”, czyli kochali w istocie siebie, a Wałęsę nosili w zastępstwie. Jednak „Solidarność” nie przestała być im potrzebna. Sam Wałęsa bez nich nie mógł im wystarczyć, choć on w pewnej chwili uznał, zdaje się, że może. Podnosili mu przecież rączki na każde życzenie. Aż raz nie podnieśli.

Na czym polegał błąd?

„Solidarność” od samego początku nie była zwykłym związkiem, organizacją ani instytucją wymienialną na inne. Była, oczywiście, zbiorowym ideałem i mitem, ale ideały i mity są niezbędne społeczeństwom do życia. Zastąpienie „Solidarności”, za którą stała żywa Polska, partiami politycznymi, za którymi stali przeważnie ich żądni karier szefowie, lecz mało kto więcej, musiało się skończyć tak, jak się skończyło:

Polska nie stoi dziś za nikim.

Szok narastał lawinowo. Ludzie nie rozumieli, co się dzieje. Ich związek duchowy z wolną ojczyzną został zerwany. Patrzyli coraz obojętniejszym okiem na koronowanie orłów. Relacje martyrologiczne o zbrodniach NKWD przestawały ich obchodzić. Zrazu miotali się jeszcze między Stanem Tymińskim a obietnicą tajemniczego „przyspieszenia”. Oczekiwali rozprawy z nomenklaturą i „złodziejami” („złodziejstwo” w myśli politycznej prostego człowieka jest kwintesencją zbrodni stanu). Niestety, odpowiedzialnych za ludzkie nieszczęścia „złodziei” nie udaje się nigdy znaleźć i skutecznie wytępić (najdalej idącą próbą w historii był bodaj komunizm, którego wynik znamy).

Mniej więcej od kampanii wyborczej w roku 1991 Polacy nie mieli już wątpliwości, że znaleźli się we władzy szulerów, którzy grają Polską (naturalnie o pieniądze!), tak pochłonięci namiętnością gry, jak mogą być tylko hazardziści opętani nałogiem. Ci politycy sami otwarcie mówili, że grają, nie widząc w tym nic niestosownego. W telewizji i prasie nie nazywano ich zajęć inaczej. Pierwsze rozdanie, drugie rozdanie, trzecie, dziesiąte, zagrywa piątka, zagrywa trójka, a może siódemka, czyj ruch, kto przebija, dla kogo punkty, kto wypada z gry, kto ma asy? Ostatnie miał prezydent w rękawie. Rzecz doszła do teczek, SB i macania się po kaburach pistoletów.

W oczach ludzi wszystko to były wybryki dawnej panny S., która od roku 1989 tworzyła bądź co bądź „rządy solidarnościowe” i na którą jesteśmy obrażeni, bo zawiodła, oszukała, zdradziła, cholera, jak wyżej. Gorszące obyczaje polityczne panny byłyby dostatecznym powodem, żeby nas, którzyśmy ją kochali miłością czystą, przyprawić o uraz i depresję. A jednak nie przez te skandaliczne postępki czujemy się najbardziej załamani. Zdrada panny tkwi w czymś innym.

Chodzi o kapitalizm.

Nikt nas nie uprzedzał, że będzie kapitalizm. Kiedyśmy kochali „Solidarność” w roku 1980, kiedy potem byliśmy jej wierni, bośmy jednak nie wszyscy uciekli, kiedy w czerwcu 1989 głosowaliśmy na „Solidarność”, nikt nam nie mówił o projekcie kapitalistycznym. Może jeden Kisiel, ale Kisiel miał przekorną naturę i lubił sobie żartować. A tak w ogóle była mowa o wolności, o Polsce, demokracji, niepodległości, prawach człowieka, słowem o samych dobrach wyższych, do których kapitalizmu nikt nie zaliczał.

Kapitalizm jest złem koniecznym, wynikającym z warunków gospodarczych we współczesnej cywilizacji, jest czymś, co trzeba nieustannie korygować, ulepszać, ograniczać, aby dało się z tym żyć, kapitalizm prowadzić może czasem do dobrobytu, lecz bynajmniej nie jest sam przez się dobrem.

Jest praktyką, nie ideą. W Polsce za „rządów solidarnościowych” najwyraźniej pomieszał się z socjalizmem. Usłyszeliśmy, że mamy go, zupełnie jak socjalizm, w pocie czoła „budować” kosztem wyrzeczeń, jakby nie budował się sam dla własnego zysku.

Dygresja.

Niedawno w pewnej audycji radiowej ktoś, mówiąc o wojsku, wyróżnił „uczciwych” oficerów, pragnących szczerze pracować dla gospodarki rynkowej (dosłownie!), i jakichś innych, którzy chyba są nieuczciwi. Czyżby ci drudzy nie mieli rynkowych zamiłowań gospodarczych? Może nie chcą handlować bronią? Oczywiście, była to kalka myślowa z okresu wczesnostalinowskiego w Polsce, kiedy rozróżniano uczciwych sympatyków „nowej rzeczywistości” i nieuczciwych malkontentów. Wtedy jednak opierano się przynajmniej na kryterium ideologicznym.

Co w tym pozornie śmiesznym epizodzie uderza, to fakt, że autor audycji nie znalazł żadnych wartości duchowych, do których mógłby się dziś odwołać, aby opisać morale obywatelskie żołnierza. Za jedyny możliwy punkt odniesienia uznał gospodarkę rynkową, myląc kapitalizm nie tylko z socjalizmem, ale jeszcze utożsamiając go z cnotą. Wykazał zresztą umiar, bo ktoś inny na jego miejscu nie omieszkałby zapewne popisać się wartościami chrześcijańskimi, czyli wezwać imienia Bożego nadaremno.

Kłopot polega, niestety, na tym, że w praktyce życiowej człowieka wymiar ekonomiczno-finansowy to trochę za mało, a wymiar religijno-metafizyczny trochę za dużo. Na co dzień przydałoby się coś pośredniego. Nic takiego nie ma. Jeśli cokolwiek było, zostało w naszej najnowszej rzeczywistości z premedytacją wytępione.

Etos jest dziś podobno imieniem psa.

No dobrze, nikt nas nie uprzedził o zamiarze wprowadzenia kapitalizmu. Ale chyba nie dlatego nosimy ranę w sercu, że nam się panna nie zwierzyła z zamiaru. Po pierwsze, nie wiadomo, czy go w ogóle miała, bo wygląda raczej na to, że panieński świat marzeń był socjalistyczny w treści, choć narodowy i katolicki w formie. Po drugie, gdybyśmy wtedy poznali nie istniejący jeszcze zamiar, byłby się nam spodobał. Kapitalizm? Ależ tak, tak! Cóż może być lepszego? W kapitalizmie przecież wszystko jest i ludzie dużo zarabiają.

Okazało się, że w pseudokapitalizmie, który faktycznie powstał (bo gdzież mu tam do rzeczywistego kapitalizmu!), „jest” prawie wszystko, ale prawie nie można dużo zarobić. To już każdy wie i to głównie wydaje się „niesprawiedliwością”. Jednak nie tylko to.

Zdrada panny, szczególnie bolesna, polega na niedotrzymaniu pewnej ważnej obietnicy, chociaż nie wiadomo, czy w tej sprawie nie zawiedli najbardziej sami zdradzeni. Jak powiedziano, ludzie mieli solidarnie „jeden drugiego ciężary nosić”, a więc przez solidarność być równi. Jeśli już obierali kapitalizm, to taki, w którym pieniądz nie miał pluć im w twarz.

Tymczasem właśnie napluł. Zrobił to ze złośliwą satysfakcją, wcielając się, ot, na przykład, w osobę pana Aleksandera Gawronika. Ten sympatyczny pan podał swego czasu do wiadomości biednych rodaków niewyobrażalną wręcz wysokość własnej pensji, aby, jak się wyraził, „nauczyć” ludzi obowiązującej w kapitalistycznym świecie zasady wynagradzania menedżerów. Chodziło mu o miliardy. A biedni ludzie, jak to w Polsce, gdy im w twarz napluto miliardami, zaczęli, oczywiście, szukać Niemca, który pluje w twarz. Albo Żyda, albo Międzynarodowego Funduszu Walutowego, albo nikczemnej nomenklatury komunistycznej, ministra, premiera czy innego „złodzieja”, bo to przecież wszystko jedno. Zaczęli więc szukać. Szukają do dzisiaj.

W istocie arogantem, który na nich pluje, bo nie obchodzi go ludzka bieda, jest sam pieniądz (kapitał, rynek, prawo ekonomiczne). W komunizmie arogantem pozbawionym sumienia, ważniejszym od człowieka i pieniądza, była władza polityczna. W kapitalizmie lub, jeśli kto woli, w normalnym świecie „rządzi” (choć szczęścia nie daje) pieniądz. I to wcale nie pieniądz obcego pochodzenia, perfidny, żydowski, niemiecki, amerykański czy chiński, nie jakiś międzynarodowy, wrogi, niegodziwy, nie pieniądz komunistyczny, nomenklaturowy, przywłaszczony, nieuczciwie zdobyty, ale po prostu pieniądz. Może on, oczywiście, należeć do łotra czy świni i często należy, ale nie to jest istotą rzeczy.

W komunizmie wyczuwano (raczej obecnie się wyczuwa) więcej „sprawiedliwości” nie dlatego, że przedszkola były za darmo albo że chleb, elektryczność, mieszkania, wczasy i gazety kosztowały z pozoru niewiele. Było „sprawiedliwiej”, bo został niejako unieważniony majątek i nie on przede wszystkim dzielił ludzi na lepszych i gorszych, a w każdym razie nie przysługiwało mu takie prawo. W komunizmie sam człowiek, podobnie do przedszkola, elektryczności i chleba, był jakby za darmo, wskutek czego każdy mógł zdawać się każdemu równy. Rzecz jasna, panoszyli się „równiejsi”, o których wyższości decydował wszelako nie majątek, lecz przywilej i prawo kaduka. To była ówczesna niesprawiedliwość, przeciw której burzył się lud. Temu złu właśnie miała kres położyć „Solidarność”.

W rzeczywistości zaszło coś nieprzewidzianego. Po upadku komunizmu nie „Solidarność”, szafarka sprawiedliwości, objęła faktycznie władzę, lecz pieniądz.

Przewrotowi historycznemu towarzyszyła komedia omyłek. Notorycznie mylono lewicę z prawicą, spodziewając się po tej drugiej, że urzeczywistni ideały pierwszej: zatroszczy się o biednych ludzi, zniesie nierówność społeczną, stworzy dobrobyt i zapewni życiowe satysfakcje człowiekowi pracy. Zapomniano, że taki był program lewicy, że właśnie lewica powstała kiedyś na świecie po to, by wszystko to wykonać, a prawica, by temu przeszkodzić. Mało kto pytał, czy lewicowy program, powierzony z upływem czasu do realizacji siłom coraz bardziej prawicowym jako bardziej obiecującym, bo patriotycznym, narodowym i religijnym, jest w ogóle wykonalny. Mało kto zastanawiał się, dlaczego właściwie komuniści nie zrealizowali swojego lewicowego programu, ale komunizm skończył się tym, czym skończył.

Uwagę skupiono na podłościach politycznych komunizmu i jego zbrodniach przeciw ludzkości, takich jak pakt Ribbentrop-Mołotow, mord katyński, skrytobójstwa „bezpieki” w Polsce, łagry i wywózki. Sam komunizm utożsamiano przeważnie z imperializmem rosyjskim. Faktem jest, że komuniści dokonali tych niecodziennych zbrodni, a imperializm rosyjski wywarł niewątpliwie decydujący wpływ na charakter i kierunek komunistycznej polityki. Być może jednak w perspektywie historycznej ważniejsze będzie coś innego. Otóż komunizm u swych podstaw bynajmniej nie był planem mordowania ludzi, ale projektem zbawienia człowieka na ziemi przez uwolnienie go od kapitalizmu, który dzisiaj tak nam znów dokucza. Epokowe znaczenie tej próby polega na jej katastrofalnym rezultacie w skali świata. Nie wiadomo natomiast, czy jest to powód, by się tylko cieszyć.

Trzeba zrozumieć, co naprawdę zaszło. Światu nie udało się urządzić życia bez kapitalizmu, to znaczy, z grubsza biorąc, bez dokładnego liczenia pieniędzy i bez tego, że jeden je ma, a drugi nie ma. Świat odniósł zwycięstwo nad totalitaryzmem, dyktaturą, Leninem, Dzierżyńskim, Stalinem, cenzurą, żelazną kurtyną i murem berlińskim, ale w chwili zwycięstwa musiał zarazem poddać się bezwarunkowo tak zwanej gospodarce rynkowej.

Właśnie w tej sprawie „Solidarność” dokonała cichej kapitulacji, zrazu nie zauważonej prawie przez ludzi albo uznanej za fakt błahy i banalny, ponieważ kapitalizm teoretycznie aprobowano i ustępstwa na jego rzecz nie były wcale zdradą. Prawdopodobnie sama panna S. nie wiedziała, że ustępuje i zdradza. Jeśli podejrzewano ją wtedy o kapitulację, to rzekomo wobec komunistów, nie kapitalizmu. Kapitalizm nie był problemem. Problemem była Magdalenka.

Problemem było, kto chodzi do kościoła i czy nie jest Żydem.

Ten sposób myślenia utrzymuje się zresztą do dzisiaj w środowiskach głęboko przekonanych, że przyszłość kraju zależy nie tyle od rozwoju gospodarki i kultury, ile od wypędzenia diabła.

W istocie główną uwagę należało już od dawna skupić na kilku kwestiach rzeczywistych. Najpierw – jak w warunkach postkomunizmu pogodzić interes bankrutującego pracodawcy państwowego z interesem pracownika, niezbyt świadomego, co się dzieje. Następnie – jak zapobiec odżyciu starego konfliktu społecznego między kapitałem a pracą (jeszcze nie pojawił się na dobre). Wreszcie – jak uniknąć błędnego koła, czyli nawrotu pułapki socjalistycznej (jest zastawiona nie przez agentów na rządowych posadach, lecz w ludzkich głowach). Zamiast liczyć się przede wszystkim z takimi sprawami, uznano, że problemów tych nie ma. Naszej oszalałej „klasie politycznej” brakowało na nie czasu, bo zbyt była zajęta podstawianiem sobie wzajemnie nogi i miotaniem obelg.

A zwyczajni ludzie, o których kiedyś mówiono „społeczeństwo”? Wydaje się, że nazwa przestała być odpowiednia, ponieważ zwyczajni ludzie coraz mniej poczuwają się do uczestnictwa w zbiorowości. Nie chcą być społeczeństwem, o czym świadczy na przykład nikła frekwencja wyborcza, gotowość natychmiastowej emigracji i zmiany obywatelstwa albo pogarda okazywana wszelkim wspólnotom i prawu.

Jednak manifestacje wściekłości, modne ostatnio strajki, „słuszne protesty” są stosunkowo rzadką i chociaż najgłośniejszą, wcale nie najbardziej typową reakcją zdradzonych. Oczywiście, pannę, która zdradziła, wyzywa się od kurew, można ją też obić lub rzucić się na nią z nożem. To wiadomo. Jak dotąd, w sferze społecznej zachodziło to na względnie małą skalę.

Ale, prawdę mówiąc, w naszych czasach nie ma panien. Czy może być mowa o zdradzie panny, jeśli nie ma panien? No i nie ma panieństwa, z czym się godzimy, do czego się… hm… przyczyniamy i co uznajemy za rzecz normalną. Miało przecież być normalnie. Jest więc normalnie i smutno. Wolelibyśmy, żeby nie było tak normalnie, tylko trochę mniej wstrętnie. A „mniej wstrętnie” to jest właśnie to coś, czego zawsze brakuje do szczęścia (poza pieniędzmi, naturalnie). Z tym też wiąże się zgryzota, której nie potrafimy albo nie chcemy wyrazić. Bo do tego czegoś

głupio się przyznać wobec panny.

W głębi duszy mamy poczucie dwóch rzeczy.

Po pierwsze, jeśli „Solidarność” w jakikolwiek sposób zdradziła nas, czy to dla kapitalizmu, czy to dla osobliwej prawolewicy-lewoprawicy, dla przyspieszeń, Kaczyńskich i samego Wałęsy, zrobiła to pod wpływem naszego przyzwolenia, poduszczenia i niejako wspólnie z nami.

A jak myśmy ją zdradzali, już lepiej nie mówmy.

Po drugie, gdy etos jest imieniem psa, nie można odróżnić zdrady od wierności. Zdrada staje się co najwyżej wyzwiskiem, znaczącym tyle, co każde inne wyzwisko. Pod względem moralnym nie znaczy nic. Zdrady nie ma. A przecież ból z powodu zdrady istnieje, bo go czujemy. Jednak po ośmieszeniu etosu śmieszny jest człowiek, który mówi o takim bólu, i w ogóle człowiek zdradzony.

Aby wyrazić te sprawy, trzeba sięgnąć do języka z epoki, kiedy znano jeszcze etos, a więc do języka, jak się zaraz pokaże, mocno przestarzałego. W dawnych czasach, gdy istniały na świecie panny, istnieli też rogacze, których te panny-nie-panny zdradzały. Ale już wtedy była to rzecz wstydliwa.

Przykrym uczuciem, jakiego najpowszechniej doznajemy w Polsce po zdradzie panny S., jest wstydliwy ból rogaczy.

Mamy coś na pociechę.

Będzie lepiej.

Komunizm nie zbawił człowieka na ziemi, tylko udręczył, i człowiek – miejmy nadzieję – nie odważy się sprawdzać, czy udałaby się powtórka tego samego pomysłu w jakiejś innej wersji. Kapitalizm nie tworzy sprawiedliwości (temu w pewnym stopniu służy demokracja) ani owej niezbędnej nadwyżki nad pieniądzem, brakującej do szczęścia (temu w pewnym stopniu służy kultura). Nie bójmy się kapitalizmu. Postępujmy z nim tak, jak postępuje „normalny” świat. Nauczmy się wyzyskiwać go do tworzenia dóbr materialnych, ale nie pozwólmy, aby wyniszczył dobra wyższe, bo udusimy się z obrzydzenia.

Z historii wiadomo, że pragnienie sprawiedliwości jest wieczne. Wprawdzie nigdy nie zdołano go zaspokoić, ale też nigdy z niego nie zrezygnowano. Etos, rzucany wielokrotnie psom na pożarcie, zawsze odżywał i upominał się o swoje. Zrobi to i tym razem.


„Gazeta Wyborcza” Warszawa 05-06.09.1992, s. 8


Dodaj komentarz