Roman GRACZYK, „Solidarność” jest naga


Pamiętam odczucie lekkiej konfuzji, kiedy przed 1989 r. rozmawiałem z działaczami podziemnej „S” i kiedy na pytanie o kształt przyszłej wolnej Polski słyszałem często odpowiedź w rodzaju: „dla czerwonych pająków zbudujemy internaty”.

Konfuzja była lekka, ponieważ takie zapowiedzi traktowało się wtedy z przymrużeniem oka. „Solidarność” była wszak ruchem poważnym i „obliczalnym” – jak mawiał Tadeusz Mazowiecki – publicznie nawołującym przez wszystkie lata po 13 Grudnia do dialogu i wiernym metodzie „non violence”. Na tym właśnie polegała nowa jakość i – pomimo wszystkich niepowodzeń – siła „Solidarności”. Tamto wydawało się albo czczą gadaniną, albo politycznym folklorem. A jednak nadszedł moment, w którym to właśnie ten polityczny folklor nadaje ton życiu publicznemu.

Ile atramentu wylano na opisanie tego polskiego cudu: zgodnej, uzupełniającej się współpracy robotników z inteligencją, pospołu tworzących wielki ruch budujący poza strukturami totalitarnego państwa fundamenty obywatelskiego społeczeństwa? Powszechnie oceniono, że to historyczne spotkanie pozwoliło na zasadnicze przełamanie komunistycznej dominacji w tej części świata. Przy czym specyfika owego doświadczenia nie polegała jedynie na zespoleniu sił działających dotąd oddzielnie grup społecznych i środowisk. Istotne novum zawierało się w szczęśliwym połączeniu zabiegania o ludzką sprawiedliwość z troską o moralnie czyste sposoby dochodzenia tej sprawiedliwości. To właśnie ten szlachetny rys „Solidarności” błogosławił i wzmacniał w 1987 r. na Zaspie Jan Paweł II mówiąc, że „solidarność musi iść przed walką”.

Jeśli się jednak dokładniej przyjrzeć wydarzeniom tamtych lat, to na tym optymistycznym obrazie samodoskonalenia się człowieka widać skazy. W końcu to tylko desperacka akcja Zbigniewa Bujaka i Adama Michnika w lecie 1981 r. pozwoliła uratować milicjantów z Otwocka przed linczem rozochoconego tłumu.

Pomimo wszystko jednak, aż do czasów „wojny na górze”, „Solidarność” pozostała sobą. Dziś wydaje się, że działo się tak mniej z wewnętrznego przekonania, a bardziej z podporządkowania się ideologii ruchu, tworzonej przez doradców Wałęsy.

Ale śmiertelna choroba dotknęła „Solidarność” dopiero w momencie, kiedy Lech Wałęsa z wysokości swego autorytetu dał przyzwolenie na to, by od tej pory frustracjom dawać upust bez miary i zwykłej dotąd troski o formę. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Do miary symbolu urasta sposób potraktowania Tadeusza Mazowieckiego w Stoczni Gdańskiej w dziesiątą rocznicę porozumień sierpniowych. Urzędujący premier i zarazem jeden z twórców potęgi „S” został tam wtedy uznany winnym rezultatom 40-letniej rabunkowej gospodarki komunistycznej oraz postraszony gniewem ludu.

Od tej pory „Solidarność” bodaj już nigdy nie potrafiła uwolnić się od tego języka frustrata oskarżającego cały świat o własne niepowodzenia. Pod tym względem stoczyła się na pozycje OPZZ.


„Solidarność” a reforma: wielka iluzja

Trudno doprawdy przecenić rolę Wałęsy w zniszczeniu etosu ruchu, którego sam był symbolem. Ale Wałęsa nie był pierwszym, który wystawił „Solidarność” na próbę składając jej obietnice bez pokrycia. Podobnie – choć w jakże innym stylu – postępowali również doradcy związku, kiedy przez całe lata przekonywali prostych ludzi, że możliwa byłaby szybka poprawa ich nędznego materialnego położenia, pod jednym tylko warunkiem: upadku władzy komunistów.

Tego rodzaju ideologia padała na podatny grunt. Związkowcy z „Solidarności” przywykli bowiem traktować gospodarkę jako prosty układ arytmetyczny: jeśli odbierze się bogatym, to tego odebranego wystarczy, by poprawić dolę biednych. Już w roku 80 tak uzasadniano żądanie rozliczenia partyjnych dyrektorów w przekonaniu, że zażegna to gospodarczy krach.

Z tym nieskomplikowanym poglądem na ekonomię szło w parze odwieczne przekonanie o własnym materialnym upośledzeniu. W miejsce kapitalistów wyzyskiwaczem stała się najpierw komunistyczna władza, a potem już władza solidarnościowa.

Żaden z solidarnościowych rządów nie uniknął takiego zarzutu. I uniknąć nie mógł, chyba że wprowadziłby w życie związkowe wizję gospodarki jako źródła niewyczerpanych rezerw, uruchamianych jedynie mocą politycznej woli: zniesienie popiwku pomimo groźby nawrotu inflacji, ratowanie przedsiębiorstw nie rokujących szans na rentowność, oprocentowanie kredytów poniżej poziomu inflacji itp.

Pomimo tak konserwatywnego nastawienia, „Solidarność” posługuje się chętnie reformatorską retoryką. Postulatom zmierzającym de facto do utrzymania niewydajnej struktury socjalistycznej gospodarki towarzyszą wezwania do przyspieszenia reform. Słowo „reforma” nie oznacza tu jednak zastępowania gospodarki planowej przez wolnorynkową, tylko: więcej pieniędzy (choćby bez pokrycia), „nie” dla redukcji personelu (choćby ekonomicznie uzasadnionych, jak w przypadku planów likwidacji części surowcowej Huty im. Sendzimira), „nie” dla likwidacji grupowych przywilejów (choćby najbardziej absurdalnych, jak w przypadku znacznych zniżek na PKP dla nauczycieli i ich rodzin [sic!]). Hasło „popieramy reformy” znaczy więc tyle co: „chcemy żyć w dobrobycie”. W tym sensie za reformami opowiadają się w Polsce wszyscy.

Opóźnianiu reform winien jest natomiast rząd. Więcej: rząd daje zarobić nie tym, którzy na to zasłużyli. „Ta ewolucyjna droga wychodzenia z komunizmu, jaką zaserwowały nam [rząd Mazowieckiego i rząd Bieleckiego], była w zbiorowym odczuciu skrajnie niesprawiedliwa. Znakomitej większości społeczeństwa oferowała jedynie wyrzeczenia, strach o własną przyszłość i bezrobocie. Natomiast – niepojętym trafem – byłej nomenklaturze ubecko-komunistycznej dawała jakże często fantastyczne możliwości bogacenia się” (Andrzej Gelberg, „Tygodnik Solidarność”, 18/1992). Tak mówi czołowy dziś ideolog „Solidarności”. Szeregowy związkowiec dopowie w duchu: Należy odebrać Wilczkom i Sekułom prawo do robienia interesów. Wtedy ich pieniądze przypadną nam.


NSZZ „Podejrzliwość”

Podobnie jak nieskomplikowana jest ekonomia, nieskomplikowane jest w ogóle rządzenie krajem. A przyczyna kolejnych nieszczęść zawsze jasno określona. Najpierw przyczyną było pozostawanie na stanowisku prezydenta gen. Wojciecha Jaruzelskiego, remedium zaś miał być jak najszybszy wybór na jego miejsce Lecha Wałęsy. Następnie powodem było trwanie starego, kontraktowego Sejmu, a sytuację miał wszechstronnie uzdrowić Sejm nowy, pochodzący z wolnych już wyborów. Potem winę za całe zło ponosić mieli aferzyści tolerowani przez Mazowieckiego i Bieleckiego (i Wałęsę), a których wytępić mieli rzutcy ministrowie premiera Olszewskiego. Wreszcie okazało się, że jest jeszcze jedna, bardziej ukryta, ale i bardziej zasadnicza przyczyna zła: wszechobecni agenci. „Solidarność” poczuła się uprawniona do występowania we wszystkich tych kampaniach moralnych.

Nic to, że pomimo kolejnych przyspieszeń i przełomów zło trawiło nadal nasze życie publiczne. Nie osłabiało to przeświadczenia związkowców o istnieniu jakiejś jednej praprzyczyny tegoż zła, której wyeliminowanie pozwoli na zdecydowaną poprawę sytuacji.

Zachodzi tu pewna analogia do czasów komunizmu kwitnącego, kiedy to mobilizowano ludzi pracy do walki na kolejnych frontach o ostateczne zwycięstwo słusznej sprawy: na froncie walki z kułakiem, ze stonką, z agentami niemieckiego rewizjonizmu i Watykanu.

To prawda, że wielu działaczy „Solidarności” przypłaciło więzieniem swój sprzeciw wobec władzy komunistów – chapeaux bas! I z pewnością nie marzą oni o powrocie Gomułki czy Gierka do władzy. Jednak operują tą samą marksistowską strukturą myślenia, zakładając istnienie owej jednej, a wszechogarniającej, przyczyny zła, co każe domyślać się, że ich walka była w gruncie rzeczy wymierzona raczej w ludzi komunizmu i niektóre jego przejawy (np. brak wolności politycznej) niż w istotę komunistycznego systemu.

Tak jak istnieje praprzyczyna zła, tak też istnieje żelazna reguła, że rządzący bogacą się na krzywdzie rządzonych. Do typowych należy taki obraz alienacji władzy: „Wkrótce jednak okazało się, że dawni przywódcy [opozycji - RG] zasmakowali w zaszczytach, stanowiskach i związanych z nimi apanażach. Uważali, że należy im się odrobina luksusu za lata wyrzeczeń i biedy (…) Każdy z nas ze zdziwieniem spostrzegał, jak szybko nowa władza izoluje się od swych wyborców i zapomina o obietnicy nieustannego utrzymywania z nimi kontaktu i wciągania ich do współrządzenia. Społeczeństwo poczuło się po raz kolejny oszukane (…)” (Jerzy Bukowski, „Tygodnik Solidarność” 22/1992).

Jest też bardziej wyrafinowany rodzaj alienacji: „Elita solidarnościowa (…) podpisując kontrakt z komunistami, narażała się na to, iż spadnie na nią pewne odium. Kiedy jednak dosyć szybko stało się jasne, że w Magdalence podpisano tajny aneks do kontraktu – autorytet solidarnościowych elit doznał bardzo poważnego uszczerbku” (Andrzej Gelberg, „Tygodnik Solidarność” 18/1992). A więc po historycznym wyzysku proletariatu, po wszechwyjaśniających mechanizmach rządzących życiem społecznym, mamy teraz spiskową teorię historii. Nic dziwnego, że tak przygotowany myślowo związek podżyrował awanturę teczkową Olszewskiego-Macierewicza.


Żadnych wahań, czyli moralność rewolucyjna

Kiedy usłyszałem posła Alojzego Pietrzyka mówiącego w Sejmie z pasją o ujawnianiu agentów: „trzy lata na to czekałem!”, zyskałem pewność, że rzucane przed laty przez jego kolegów z podziemia słowa o „internatach dla czerwonych pająków” były prawdziwe. Były naprawdę pełne nienawiści.

Nie wystarczy zdecydowanie w działaniu Macieja Jankowskiego i pewność posiadania prawdy Alojzego Pietrzyka, by – jak uczynił to IV Krajowy Zjazd Delegatów – żądać od Lecha Wałęsy, żeby tłumaczył się, iż nie był agentem komunistycznej tajnej policji. Do tego potrzeba nienawiści integralnej, to znaczy takiej, która w każdym innym upatruje przyczyny naszych własnych nieszczęść. Zaiste, pomiędzy „Solidarnością” z papieskiej homilii na Zaspie a „Solidarnością” upokarzającą Wałęsę, istnieje przepaść. Dlaczego?

Przecież ludzie „Solidarności” – jedni i drudzy – pragnęli lepszej Polski – to pewne.

Jedni marzyli jednak o państwie, w którym nie będzie się więcej wtrącać do więzień, cenzurować gazet, odmawiać paszportu nikomu – bez względu na poglądy. O państwie, które nie będzie udzielać koncesji na korzystanie z praw obywatelskich ze względu na przeszłe zasługi. Słowem o zwykłej, zgrzebnej Polsce prawa.

Drudzy marzyli o państwie, które wymierzy dziejową sprawiedliwość. Dlatego muszą ciągle opowiadać się po słusznej stronie: tropić aferzystów, ujawniać agentów. Aż do osiągnięcia pełnej sprawiedliwości. To znaczy – bez końca.


„Gazeta Wyborcza” Warszawa 05.08.1992, s. 11, nr 183


Dodaj komentarz