Jarosław KURSKI, W sieci prezydenta?


Powstali, by wspomagać KK „Solidarność” – dziś są dla niej konkurencją. Mówią, że tylko doradzają – w rzeczywistości podejmują uchwały, organizują wielotysięczną manifestację i grożą strajkiem generalnym. Oburzają się, gdy przypisuje się im intencje polityczne – lecz to o Sieci myśli Lech Wałęsa, gdy deklaruje, że jest gotów utworzyć największą na polskiej scenie partię.

Sieć – Krajowe Porozumienie Komisji Zakładowych „Solidarności” – jest potężną strukturą poziomą w związku. Jej działacze twierdzą, że na IV Krajowym Zjeździe „Solidarności” będą reprezentowani przez 100 delegatów. Do Sieci należy 280 komisji zakładowych największych przedsiębiorstw państwowych.


Wałęsy czy „Solidarności”?

„Pomysł wyszedł z naszej Komisji Zakładowej, w reakcji na butę ministrów rządu Mazowieckiego zaprezentowaną na początku lipca 1990 roku w Sali BHP” – mówi szef „Solidarności” Stoczni Gdańskiej Jerzy Borowczak.

Borowczak i ówczesny przewodniczący stoczniowej „S” Zbigniew Lis złożyli Wałęsie ofertę utworzenia Sieci, która poprze jego kandydaturę na prezydenta, zapewni mu dobry kontakt z załogami dużych zakładów, będzie wspomagać Komisję Krajową i na bieżąco informować o nastrojach w zakładach. Będzie także bronić praw pracowniczych w procesie przekształceń własnościowych przedsiębiorstw. Myślano też o wyłonieniu własnej silnej reprezentacji parlamentarnej. Wałęsa pomysł kupił.

24 lipca 1990 roku w Gdańsku sześć komisji zakładowych przystąpiło do Porozumienia: Stocznia Gdańska i Stocznia Gdynia SA, Huta im. Sendzimira w Krakowie, Zakłady Cegielskiego  w Poznaniu, Huta Warszawa i „Linodrut” z Sosnowca. Potem zrzeszonych szybko przybywało.


Awangarda czy ariergarda?

Sieć nawiązuje do tradycji roku 1981. W Hucie Warszawa 17 marca przed jedenastu laty zawiązano „Sieć Organizacji Zakładowych »S« Wiodących Zakładów Pracy”. Jej animatorami byli Jerzy Milewski i Jacek Merkel. Doradcą ekonomicznym był Leszek Balcerowicz.

Sieć zajmowała się najpierw reformą gospodarczą, później domagała się powołania samorządów pracowniczych. Z inicjatywy Milewskiego stała się podstawą tworzenia partii politycznej wzorowanej na brytyjskiej Partii Pracy. W sierpniu 1981 roku opublikowano projekt statutu Polskiej Partii Pracy, a trzy miesiące później upowszechniono dokument „Elementy programu PPP”. Podstawowymi ogniwami partii miały być rady fabryczne.

W roku 1981 program Sieci był awangardowy. Dziesięć lat później Sieć kierując się – jak mawia Zbigniew Lis – „interesem dawnej klasy wielkoprzemysłowej” zaczęła blokować przemiany własnościowe.


Program czy ideologia?

Sieć zaczęła szukać własnego – korzystniejszego dla wielkich zakładów i alternatywnego dla rządowego – programu reprywatyzacyjnego. Problem w tym, że wciąż składa się on z samych ideologicznych ogólników. Związkowcy chcą „suwerenności gospodarczej, własności pracowniczej i sprawiedliwości społecznej”. Jednocześnie aspirują do przeobrażenia się w klasę średnią poprzez nabycie na preferencyjnych zasadach akcji własnych przedsiębiorstw.

W czasie kampanii prezydenckiej popierany przez Sieć Lech Wałęsa zaoferował, że skupi wokół siebie ludzi, którzy opracują specjalną strategię prywatyzowania wielkich przedsiębiorstw państwowych. Tak się jednak nie stało. Dzisiaj programem gospodarczym Sieci zajmuje się Unia Własności Pracowniczej.

Nie mając szczęścia do własnych programów, związkowcy skoncentrowali się na oprotestowywaniu polityki gospodarczej rządu. Na spotkaniu w styczniu zeszłego roku stwierdzili: „rząd, za jedynie słuszny nadal uważa program Balcerowicza, co powoduje rozczarowanie członków związku i frustrację społeczną”. Skrytykowali pozytywną opinię Krajówki w sprawie popiwku. Jacek Lipiński – jeden z liderów Sieci – stwierdził wręcz: „Nie powinniśmy walczyć o neutralizowanie skutków popiwku. Trzeba jasno powiedzieć: popiwek won!”.

Na ostatnim spotkaniu – 15 maja w Stoczni Gdańskiej – uchwalono, że jeżeli do 8 czerwca 1992 roku (termin następnych negocjacji) rząd nie oddłuży zakładów i nie zniesie popiwku, Sieć zobowiąże swoich delegatów na czerwcowy krajowy zjazd „Solidarności” do uchwalenia strajku generalnego.


Wojna czy pokój?

„Dopóki Lech był przewodniczącym związku, współpraca z Krajówką układała się zgodnie” – przyznaje Borowczak. – „Wprawdzie naszemu istnieniu od początku sprzeciwiali się Bogdan Borusewicz, Lech Kaczyński i Janusz Pałubicki, ale problemy zaczęły się dopiero potem”.

Krajowa Komisja nie ma powodów lubić Sieci, która przy każdej okazji wytyka jej nieudolność, oderwanie od związkowych dołów, reprezentowanie interesów głównie sfery budżetowej, lekceważenie zakładów, strachliwość wobec rządu. Szczególny zarzut, jaki Sieć stawia Krajówce, to knucie z rządem, przynależność ludzi z kierownictwa związku do partii politycznych, a więc i kierowanie się partyjnym interesem, a ponadto nie zaspokojone ambicje polityczne.

Borowczak uważa, że „ludzie mają rozeznanie, kto komu sprzyja, kto układa się z rządem, kto jest członkiem albo sympatykiem Unii, Kongresu czy Centrum. To piąty garnitur ludzi, który pcha się do władzy. Na zjeździe należałoby ich wyciąć!”.


Nielegalni czy legalni?

Według Krajówki, Porozumienie jest strukturą pozastatutową. „Prezydium proponowało Sieci zarejestrowanie się jako sekcji problemowej” – stwierdza Pałubicki. „Jednak przedstawiony przez przywódców Sieci regulamin okazał się niezgodny ze statutem związku. Z kolei na wprowadzenie niezbędnych poprawek Sieć nie wyraziła zgody”.

„My struktura pozastatutowa? To bzdura!” – powiada Borowczak. „Statut nie zabrania spotykać się komisjom zakładowym. Nie chcemy walczyć z Krajówką, ale niech wykonuje ona swoje obowiązki”.

Sieć jest państwem w państwie – beczką prochu rozsadzającą legalne struktury „S”. Związek [,Solidarność'] może tego nie wytrzymać. W przyjętym – nie do publikacji – kwietniowym stanowisku Prezydium Komisji Krajowej „z przykrością stwierdza, że Krajowe Porozumienie Komisji Zakładowych podejmuje uchwały i stanowiska wkraczające w kompetencje Komisji Krajowej i tym samym naraża na szwank autorytet związku.”

„Jesteśmy zdrowym autentycznym trzonem »Solidarności«, dlatego jesteśmy solą w oku Krajówki” – stwierdził Jerzy Jasiuk z radomskiego „Radoskóru” na majowym spotkaniu Sieci w Gdańsku. Delegaci zakładów poczuli się zlekceważeni nie-obecnością przewodniczącego „Solidarności” i, jak mówią, „za kołnierz” przyprowadzili Mariana Krzaklewskiego na obrady z odległej o kilkaset metrów centrali związku.


Razem czy osobno?

Sieć nie ma lidera, choć widziano go w osobie Mieczysława Gila – działacza „pierwszej Sieci”, do niedawna przedstawiciela Huty Sendzimira. Gil wszedł do Sejmu obecnej kadencji jako jedyny z listy efemerycznego ugrupowania „Solidarni z Prezydentem”. Borowczak zapytany o Gila odpowiada, że nie ma on z Siecią nic wspólnego: – Gil jest sam jak palec, a w Sieci szuka wsparcia politycznego.

Jednak w centrali „Solidarności” mówią, że Gil może być współtwórcą partii prezydenckiej.

Póki co, pierwsze skrzypce w Sieci grają działacze Stoczni Gdańskiej (Jerzy Borowczak), Huty Sendzimira (Władysław Kielian) i Huty Warszawa (Zygfryd Rogulski).

Sieć drze koty nie tylko z Krajówką, ale i z regionami. Największe konflikty są w Małopolsce, Wielkopolsce, na Dolnym Śląsku i w Gdańsku. „Zwłaszcza na Wybrzeżu sytuacja jest szczególna” – mówi rzecznik związku Andrzej Adamczyk. – „Ośrodkiem Sieci w Gdańsku jest Komisja Zakładowa Stoczni, a z nią władze regionu nie zaryzykują konfliktu, bo byłoby to bardzo źle przyjęte”.

Sieć stawia na branżową a nie na terytorialną strukturę związku. Opowiada się za utrzymaniem obecnego podziału składek, to znaczy, że 75 proc. zostaje w komisjach zakładowych, kilkanaście idzie na regiony, a Krajówka otrzymuje 3 proc. Oznacza to powolną głodową śmierć struktur ponadzakładowych. Jeśli delegaci Sieci przeforsują na zjeździe status quo, Sieć zadusi związek.

Ostatnio kością niezgody były kontrowersje wokół wielotysięcznej manifestacja „S” w Warszawie. Sukces ma zwykle wielu ojców, a manifestacja była sukcesem. Sieć utrzymuje, że to na jej wezwanie zjechały tysiące, a Krajówka, że bez udziału regionów manifestacja zakończyłaby się żałosną klapą.

Jednak inicjatywę na manifestacji mieli „sieciowcy”. To oni kroczyli na czele pochodu i oni przede wszystkim zostali przyjęci przez premiera i prezydenta. Marian Krzaklewski był bardziej świadkiem niż animatorem wydarzeń.


Z Wałęsą czy bez?

Wbrew zapewnieniom liderów Sieć nie działa bez porozumienia z prezydentem. Reaktywowała się właściwie po to, by wspierać prezydenta. Tak pozostało do dziś.

Sam Lech Wałęsa stara się unikać ostentacyjnych spotkań z Siecią. Wie, że wspierając autorytetem głowy państwa pozastatutowe ciało w „Solidarności” rozpocznie grę, która nie może skończyć się po jednym spotkaniu. Dlatego ostatnio – 15 maja – zamiast prezydenta przybył do Stoczni lodowato przyjęty przez zawiedzionych związkowców podsekreterz stanu Eligiusz Włodarczyk. Tym razem – stwierdził wysłannik – „prezydent mimo najlepszych chęci nie przyjechał, bo jest w Egipcie, ale Sieć popiera i wszystkich obietnic dotrzyma”. Wałęsa zobowiązał się wobec tłumu zgromadzonego na manifestacji pod Belwederem, że weźmie udział po stronie Sieci w majowych negocjacjach z rządem. I tym razem nie przybył. Był w Sewilli na Expo’92.


Za czy przeciw?

Kilkudziesięciotysięczny pochód „Solidarności” 24 kwietnia planowany był w ścisłej współpracy z Belwederem, który najlepiej przygotowany był na przyjęcie demonstrantów. Wystawione głośniki umożliwiły wyartykułowanie żądań wobec prezydenta, by to on przejął kontrolę nad wojskiem i bezpieczeństwem państwa. Prezydent nie wymawiał się…

Niewątpliwie pochód był nieudaną próbą zamanifestowania poparcia dla Belwederu. Nieudaną, bo protest wymknął się spod kontroli przywódców i zwrócił nie tylko przeciw parlamentarzystom i premierowi – co było w planie – ale i Belwederowi. Protest wykazał, że nie ma sprzyjającego klimatu do stworzenia masowej partii prezydenckiej. „Precz z Wachowskim” i „Wałęsa na ryby” to nie są hasła na sztandary przyszłej partii prezydenckiej.

Niewiele pomogła deklaracja Jerzego Borowczaka, że zgromadzeni pod Belwederem „to wojsko prezydenta”.


Z „Solidarnością” czy z prezydentem?

”Nie ma klimatu na tworzenie partii. Ten czas już minął i nie wiadomo, kiedy znów nadejdzie. Sieć podporządkowując się Krajówce utraciła swoją szansę. Ludzie w zakładach dzisiaj zżymają się na słowo partia” – przyznaje Zbigniew Lis, ale nie zaprzecza, że gdyby taka partia powstała, to sporo „sieciowców” by do niej wstąpiło.

Po manifestacji, prezydium Krajówki w specjalnym oświadczeniu kategorycznie stwierdziło, że „deklaracje, iż manifestujący są wojskiem prezydenta, a prezydent powinien dążyć do przejęcia kontroli nad policją i wojskiem, są prywatnymi poglądami osób je wypowiadających – a nie stanowiskiem całego związku”. I dalej, że „»Solidarność« to organizacja niezależna i nie pozwoli się wykorzystywać przez jakiekolwiek ośrodki władzy”.

Marian Krzaklewski jest zdania, że „przedłużanie działalności Porozumienia bez formalnego określenia jego miejsca w strukturze »Solidarności« zagraża integralności związku”.

Nic jednak nie wskazuje na to, by w najbliższym czasie nastąpiła legalizacja Sieci. Nie sprzyjają temu szczególnie interesy „wielkoprzemysłowej klasy robotniczej”, która najpierw była ostoją władzy ludowej, potem ostoją zwycięskiej „Solidarności”, dziś jest ostoją samej siebie, a gdy prezydent wreszcie się zdecyduje – stanie się jego oparciem.


Jarosław Kurski


„Gazeta Wyborcza” Warszawa 03.06.1992, str. 15, nr 130


Dodaj komentarz