Region Białystok

Bernard Bujwicki


Wspomnienia


Zaproszenie Instytutu Pamięci Narodowej do napisania wspomnień jest okazją do przekazania przyszłym pokoleniom wiedzy i doświadczeń z walki, jaką nasze pokolenie toczyło o niepodległość Polski. [...]

Nasze powstanie miało swoje imię – „Solidarność”. Uczestnicząc w jego narodzinach i znajdując się przez dłuższy czas jego trwania w czołówce, zawsze poszukiwałem odpowiedzi na pytanie, jak mam postąpić, co powinienem robić w danej sytuacji. Choć sięgałem do różnych okresów naszej historii, rzadko znajdowałem w niej odpowiedź, bo bitwa, jaką toczyliśmy, nie miała swego precedensu i należało doświadczenia zdobywać od początku. Należy powiedzieć również i to, że zarówno ja osobiście, jak i większość zaangażowanych w ruch w roku 1980, nie dowierzaliśmy w możliwość odzyskania pełnej niepodległości, w osiągnięcie pełnego zwycięstwa. Można by rzec, szliśmy w ogromnym stopniu „dla zasady”. Gdy nie widzi się całego pola bitwy, wydaje się, że walka jest przegrana, że sięgając do rozumu, nie ma szans na zwycięstwo, że pozostaje tylko dawanie świadectwa o tym, że nie zgadzamy się z wolą wielkich, silnych, którzy zadecydowali bez nas o naszym losie. [...]

Moje wspomnienia piszę prawie w ćwierć wieku później i wiele zdarzeń uleciało z pamięci. Pragnę jednak ocalić od zapomnienia atmosferę tamtego czasu i podać – choćby szczątki faktów.

Wakacje 1980 r. były niespokojne już u początku. Ceny „pełzająco” szły w górę i znów, jak za Gomułki, taniały tylko lokomotywy, a zarobki pozostały na niezmienionym poziomie. W Lublinie robotnicy żądali podwyżki płac i na znak protestu przyspawali koła wagonów do szyn. [...]

Byłem wówczas 34-letnim inżynierem, i z racji udziału we wszystkich naradach kierowników budów przedsiębiorstwa oraz częstych wyjazdów w teren, dotykałem każdego z objawów komunistycznej schizofrenii. [...]

W 1976 r., gdy na wezwanie Gierka zorganizowano wszystkim zakładom z miasta i okolicy wiec i zwolniono z tego powodu pracowników z konieczności świadczenia pracy, by „wzburzeni do głębi” potępili radomskich i ursuskich „warchołów i wichrzycieli”, wszyscy, także z mojej firmy, udali się na Plac Zgromadzeń w Białymstoku. Wszyscy oprócz mnie, co było moją wyraźną manifestacją polityczną. Ten dzień przepracowałem bardzo solidnie, ale samotnie. Wcześniej swoim wystąpieniem zakończyłem wiec załogi, zwołany dla wyjaśnienia „korzyści”, jakie dawały podwyżki cen żywności, co niezwykle przekonywująco wykładał lektor z KW PZPR. Gdy on zakończył swoje przemówienie i nieopatrznie dyskusję puszczono na żywioł, wówczas poprosiłem o głos i stwierdziłem, że być może się mylę, ale wydaje mi się, że finał tej sprawy będzie podobny, jak tzw. próba regulacji cen przez Gomułkę w roku 1970. Wiec zakończył się w ponurym nastroju, bo po mnie nikt nie chciał zabierać już głosu i poprawiać go. A jednak miałem rację i przed wieczorem Gierek odwołał podwyżki, bo ulice Radomia i Ursusa zalały antyrządowe manifestacje i zapłonął partyjny komitet. Choć moje wystąpienie ludzie ocenili w większości pozytywnie, zapewne dołożyłem nim jeszcze jedną cegiełkę do i tak już zszarganej opinii. [...]

Gdy na Wybrzeżu ponownie wybuchły strajki, miałem 34 lata, rodzinę, a w niej dwoje dzieci. Zmianie uległy także realia „peerelu”, ale przyczyny, które o tym zadecydowały, sięgały – jak zwykle – lat odległych. W 1976 r., po robotniczych protestach, Gierek odwołał wprowadzone już podwyżki cen, ale zastosował niesamowite represje wobec robotników biorących udział w buncie. Wówczas, na znak solidarności z bohaterskim Radomiem, palacze w całym kraju nazwali papierosy „Sport” produkowane w tym mieście „warchołkami”, co przetrwało do zakończenia ich produkcji, czyli do dnia upadku „peerelu”. Ale ta reakcja miała tylko znaczenie symboliczne. Praktyczne konsekwencje 1976 r. dla ekipy komunistów miały większe znaczenie. W tym czasie bowiem Gierek potrzebował dramatycznie twardej waluty na „smarowanie” gospodarki „peerelu”, a mógł ją otrzymać tylko na Zachodzie, co wiązało się z koniecznością „poluzowania cugli” i liberalizacji „zamordystycznej” polityki wewnętrznej.

W odpowiedzi na „ścieżki zdrowia”, bicie i wyrzucanie zbuntowanych robotników na bruk, powstały niezależne organizacje KOR i ROPCiO oraz Wolnych Związków Zawodowych, a ekipa Gierka musiała przełknąć tę pigułę. Choć represje nie ustawały, miały jednak one zupełnie inny, łagodniejszy charakter. Nastąpił wysyp niezależnych pism i literatury. Kolportowane na cały kraj, żłobiły ludzką świadomość „na pohybel” komunizmowi i wprost przeciwnie do partyjnej propagandy sukcesu.

Inną kwestią, mającą niezmierzalny wręcz wpływ na zmieniającą się sytuację, był wybór Polaka na Papieża i wizyta Jana Pawła II w Ojczyźnie. Duch Święty, którego On wzywał na placu Zwycięstwa w Warszawie zapewne zstąpił i choć niewidzialny, odnawiał oblicze tej Ziemi.

W tych warunkach, jeszcze przed 1980 r. zastanawiałem się poważnie nad włączeniem się do działań niezależnych i wsparcia jednego z istniejących nurtów. Najprostszą formą byłoby udzielenie wsparcia finansowego, bo w tamtym czasie warunki materialne naszej rodziny były nie najgorsze, a do tego miałem nieco zaoszczędzonej gotówki i właściwie to już podjąłem decyzję o jej przekazaniu na ten cel, ale poszukiwałem pewnego kanału, którym mógłbym ją przesłać.

Tak więc w roku 1980 motywem mojego współtworzenia „Solidarności” i działania w jej strukturach nie były warunki bytowe. Miałem już wówczas niewielkie, ale przytulne mieszkanie służbowe, dobre, jak na tamte czasy, dochody i dziś, gdy po latach zastanawiam nad powodem, dla którego włączyłem się do protestu w 1980 r., to nie pozostaje mi nic innego, jak doświadczenia z dzieciństwa oraz atmosfera rodzinnego domu. [...]

W „peerelu” informacja o wydarzeniach godzących w ustrój komunistyczny i dobrą opinię o ZSRR była ukrywana skrzętnie i zalegała „pod dywanem” niejednokrotnie czas dłuższy, nim ktoś ujawnił ją poprzez zachodnie media. Jednak informacja o strajkach na Wybrzeżu miała inny charakter, dotyczyła ogromnego obszaru kraju, a przy tym miejsca, które wówczas było „oknem na świat” – pasa nadmorskiego z portami i stoczniami, odwiedzanymi przez obywateli zachodnich państw oraz piaszczystymi plażami, o tej porze roku licznie nawiedzanymi przez rodaków. Nie było takiego dywanu, który przykryłby skutecznie tę wieść, choć na jeden dzień. Dlatego też, już nazajutrz, gdy tylko stanęły porty i stocznie, wieść o tym popłynęła w świat i na cały kraj. Powtarzał ją każdy urlopowicz wracający znad morza, „bębniła na okrągło” Wolna Europa i do serwisów swoich i komentarzy włączył Głos Ameryki i BBC. Informacja rozlewała się po całym kraju i powodowała lokalnie większe i mniejsze wrzenie. Tam, gdzie nie było strajków, czuło się niezwykła gorączkę, która, nieodpowiednio skanalizowana, mogła przekształcić się w pożar, rozlewający się na cały kraj. Wydaje się, że rozumiał to także Gierek ze swoją ekipą w chwili, gdy podjął decyzję o zaniechaniu pacyfikacji Wybrzeża i rozpoczął rozmowy z Międzyzakładowym Komitetem Strajkowym. Zresztą forma protestu odbiegała charakterem od wszystkich dotychczasowych i od tego w roku 1956 w Poznaniu, i od protestu z 1976 w Radomiu i Ursusie, i od niedawnego, z roku 1970 na Wybrzeżu. Tym razem nikt nie dał się wyprowadzić z zakładów na ulicę, a robotnicy pozostali pod osłoną swoich warsztatów i każdy Kociołek, który zamierzałby tym razem prowadzić pacyfikację, musiałby zacząć od forsowania murów okalających fabryki. Ogromną rolę odegrała istniejąca opozycja, a hasło Kuronia, by zakładać komitety, zamiast je podpalać, znalazło powszechne zrozumienie robotników. [...]

Już pierwsza informacja z Wybrzeża zagotowała we mnie krew. Po kilku dniach byłem zdecydowany wziąć w tym wydarzeniu udział. Rozmowy komuny ze strajkującymi uświadomiły mi, że oto pojawiła się chwila, która może się prędko nie powtórzyć i należy ją koniecznie wykorzystać. I tu nie mogło mnie zabraknąć. Nie zamierzałem być nikim znaczącym, chciałem po prostu dołożyć swoją cegiełkę do cegiełek innych i przyczynić się do zbudowania muru, zdolnego oprzeć się naporowi komunistycznemu. Chciałem być jednym z tysięcy. Nie miałem ambicji politycznych, tak, jak nie miałem pojęcia o polityce.

Z takim zamiarem, pod koniec sierpnia, przeprowadziłem szereg rozmów z kolegami z pracy, których poglądy znałem i akceptowałem, i postanowiliśmy wspólnie, że 1 września przed naradą zbierzemy się i uchwalimy rezolucję popierającą komitety strajkowe w Gdańsku i Szczecinie oraz zbierzemy pieniądze i przekażemy je strajkującym.

Firma „Wodrol” w Białymstoku, w której pracowałem, nie należała do znaczących w mieście. Jak na tamte strajkowe czasy miała też jeszcze jeden mankament – prowadziła prace w rozległym terenie, tak, że pracownicy byli rozproszeni na obszarze ówczesnych trzech województw, a na miejscu grupowała niewiele ponad pięćdziesiąt osób. Rozumiałem siłę stoczni skupiającej tysiące ludzi, potężne fabryki, których uderzenie strajkowe ma siłę potężnego młota, od którego drży cała ziemia i nikt nie jest w stanie tego ukryć. To był ruch przede wszystkim takich fabryk, które tworzyły peerelowski przemysł. Z tego też powodu naszą rolę widziałem jako symboliczną i raczej wspomagającą. Nie przewidziałem jednego. Gdy przenosiłem się do Białegostoku, często słyszałem powiedzenie, że tu wszystko nadchodzi o dwa tygodnie później. Zarówno wiosna, jak i zmiany w ludziach. Możliwe, że wynikało to z doświadczeń historycznych. Po powstaniu styczniowym stąd wywożono na Syberię tych, którzy nie chcieli przejść na prawosławie i nie godzili się na likwidację Unii stworzonej przez Zygmunta Starego dla scalenia różnych nacji, żyjących wówczas wspólnie na terenie Litwy i Korony. Po wejściu sowietów i zaanektowaniu wschodnich obszarów II Rzeczypospolitej 17 września 1939 r., niszcząca fala zsyłek na Wschód, z którego najczęściej nie było powrotu, znów uświadomiła tym ludziom: „Tisze jediesz, dalsze budiesz”. Być może te doświadczenia historyczne zadecydowały o pewnej zwłoce w „szczepieniu się” tu każdej nadchodzącej wiosny. Także tej Osiemdziesiątego Roku.

Mimo, że korzeniami tkwiłem w tej ziemi, nie wiązałem tych kwestii, a przede wszystkim nie rozumiałem sensu tego powiedzenia i nigdy go nie brałem na serio pod uwagę. Fakt, że dorastałem w innych środowiskach, wolnych w znaczącym stopniu od tych doświadczeń, pozwolił mi w jakimś sensie zdjąć ograniczenia i nakazywał chwytać każdą okazję, szczególnie, gdy była możliwość „dołożenia czerwonemu”. Nie było we mnie tej organicznej ostrożności, filtra czasowego, który każe reagować z opóźnieniem na każdą oznakę napływu nowego, bo za chwilę mróz może powrócić ze zdwojoną siłą i zmrozić śmiertelnie wiosenne pędy.

Z tego powodu, pod koniec sierpnia 1980 r., moje myślenie o ograniczonym zaangażowaniu się w sprawę wzięło w łeb już w chwili podjęcia decyzji o postawienia pierwszego kroku, bo wydarzenia nabierały szalonego tempa. Oto w niedzielę 31 sierpnia Wałęsa wraz z Jagielskim podpisali Porozumienie, którego tekst miał być opublikowany w „Trybunie Ludu”. To zmieniało naszą sytuację. Nocą skorygowałem wcześniej przygotowane materiały na zebranie i postanowiłem, że tego jeszcze dnia, natychmiast po zebraniu załogi, zorganizujemy pierwsze zebranie założycielskie nowego związku zawodowego, który stworzymy podpierając się konwencją Międzynarodowej Organizacji Pracy (MOP) o wolności związkowej, którą to PRL ratyfikował. O istnieniu takiej konwencji i przystąpieniu do niej PRL, dowiedziałem się z zawartych na Wybrzeżu Porozumień. [...]

1 września, zaraz po rozpoczęciu pracy, we dwóch lub trzech, udaliśmy się do dyrektora firmy i oznajmiliśmy, że przed naradą kierowników budów zamierzamy zorganizować wiec załogi i jeśli ma życzenie, może przybyć. Nie oponował, bo widział znacząco większy ruch niż każdego poniedziałku, bo ściągnęliśmy na tę okoliczność sporo brygad robotniczych z terenu i majstrów, którzy nigdy w naradach nie uczestniczyli. Czuł przez skórę, że coś się święci i objawy zdenerwowania widoczne były na jego twarzy i w zachowaniu. W sąsiednim „Eltorze” wrzało i załoga szykowała się do strajku, a przywódcy załogi mówili dość głośno o zmianie na stanowisku dyrektora. Obawiał się, że ich śladem możemy pójść i my. Jednak nie mieliśmy względem niego jakichś negatywnych planów ani nie wiedzieliśmy, by miał je w firmie ktoś inny.

Przy zapełnionej po brzegi sali narad, wiec miał charakter całkowicie polityczny, a ze spraw firmowych padały kwestie o małym ciężarze gatunkowym, które dyrektor zobowiązał się bez ociągania załatwić. Byłem głównym mówcą i stwierdziłem, że Porozumienia zawarte na Wybrzeżu są faktycznym złamaniem monopolu partii na władzę i przekreślają tezę o jej nieomylności. Niektórzy słuchali tego ze zdumieniem, inni ze strachem, ale większość przyjmowała to pozytywnie i z nadzieją, że to zmieni oblicze Polski i znacznie poprawi sytuację ludzi. Nie było większej na ten temat dyskusji, bo też nie było pośród załogi większych mówców, ani chętnych do prezentowania swoich poglądów. Wydaje mi się, że też w tamtym czasie niewielu je miało jako, tako sprecyzowane.

Tego dnia nie było już narady kierowników budów. Najprawdopodobniej dyrektor zdawał do KW PZPR telefoniczne sprawozdanie i był zbity z pantałyku nieoczekiwanym wiecem. Zapewne jeszcze tydzień temu, w najczarniejszych snach nie przewidywał takiego obrotu sprawy. Wydaje się też, że informacja, którą przekazał tamtego dnia swoim mocodawcom, była pierwszą o tym charakterze, jaka wpłynęła do komitetu partyjnego w naszym mieście, bo wskazywała ona kierunek, w którym powstający ruch będzie dążył w oparciu o wypracowane na Wybrzeżu Porozumienia.

Po wiecu, kilkanaście osób przystało na moją propozycję, by w oparciu o konwencję MOP, stworzyć w przedsiębiorstwie „Wodrol” w Białymstoku, Niezależny Samorządny Związek Zawodowy. Nie powstał on wokół jakichś postulatów socjalnych czy płacowych. Choć nie mówiliśmy o tym, każdy miał świadomość, że chodzi tu o rozbicie monopolu partii i niwelowanie uzależnienia Polski od sowietów. Informacja o utworzeniu związku dotarła do dyrektora, który o tym mówił z wyrzutem, bo jego utworzenie stało się podczas godzin pracy, poza plecami dyrektora i bez jego wiedzy, a przecież on tu jest gospodarzem i odpowiada przed władzami. Odpowiedziałem mu, że tworzenie związku zawodowego jest sprawą suwerenną pracowników i zarząd firmy jest tylko o niej powiadamiany, co też niniejszym czynimy. Zapewne było to dla niego absolutną nowością, tak jak częściowo i dla wielu z nas. Było to dla niego także sygnałem, że wielu spraw będzie musiał uczyć się od nowa. Był to jednocześnie sygnał dla nas, że taktyka działania będzie jednym z ważniejszych aspektów działania związku. Dobra taktyka może chronić go przed kompromitacją, zła – niszczyć i być przyczyną utraty zaufania ludzi. Taki był początek.

Moje obowiązki służbowe kazały mi następnego dnia ruszyć w teren. Ale wieść o powstaniu związku wyprzedzała moje przyjazdy. Gdy pojawiałem się na budowach, z miejsca tworzył się polityczny klub dyskusyjny, w którym brali udział zarówno nasi pracownicy, jak i osoby z zewnątrz. Gdy po dwóch dniach dotarłem do Ełku, czekał mnie tam prawie drugi wiec z przeciwnikami i zwolennikami. Każdy chciał znać sens tego działania, więc wyjaśniałem z mojego punktu widzenia i z mojego poziomu wiedzy, którą nabyłem z tekstu Porozumień i komentarzy zachodnich radiostacji, a przede wszystkim czerpałem z własnej intuicji. Krystalizowały się też stanowiska przeciwników, ostrożni i nieufni byli obcy, którzy mnie nie znali. Muszę przyznać, że mir, jaki miałem pośród załogi, pomagał mi w tworzeniu związku w zakładzie. Owszem zarzucano Wałęsie, że jest kryminalistą i obibokiem, bo takie informacje płynęły z aparatu propagandy partii, i były rozpowszechniane przez co bardziej zapyziałych partyjniaków, tego jednak nie mogli zarzucić mnie na terenie mojego zakładu, bo byłem wszystkim znany. Dlatego mogłem zaręczyć uczciwość i prawość także Wałęsy i było to najczęściej odbierane pozytywnie. Nie dążyłem do zmiany dyrektorów w firmie, bo uważałem, że obecny, choć partyjny i narodowości ruskiej, spełnia swoją rolę dobrze i zmiana byłaby działaniem bezpodstawnym. Nie oskarżano więc nas też o próbę zaspokojenia własnych ambicji.

Pierwsze tygodnie zasadniczo nie wniosły większych zmian w moim życiu, które w dużym stopniu poświęcałem przede wszystkim pracy w terenie. W tzw. międzyczasie nastąpił strajk w „Eltorze”, a jego efektem były jakieś podwyżki płac i zmiana dyrektora. Nie mówiono o związkach zawodowych, ani o poparciu Wybrzeża, na czym nam bardzo zależało i czego od nich oczekiwaliśmy. Jednak oni do zakończenia strajku siedzieli za zamkniętą bramą i nie dopuszczali nikogo, gotując się we własnym, eltorowskim sosie.

Była też dobra informacja, bo oto ktoś z nasłuchu Wolnej Europy dowiedział się, że 17 września w Gdańsku odbędzie się zjazd przedstawicieli Międzyzakładowych Komitetów Założycielskich Wolnych Związków Zawodowych. Co prawda nie tworzyliśmy niczego ponad zakładem, ale był to wyraźny sygnał, że powstający ruch ma ambicje ogarnąć cały kraj, i nie mogło tam nas zabraknąć. Sondowaliśmy miasto na różne sposoby, jednak nie było żadnego znaku, by w Białymstoku powstał jeszcze gdziekolwiek niezależny związek. Wyglądało na to, że pośpieszyliśmy się i jesteśmy wysepką na tym obszarze. Miałem obawy, co do trwałości takiej osamotnionej i niewielkiej organizacji, i o bezpieczeństwo jej członków, w tym również o swoje. I wtedy to zrobiłem pierwszy krok w kierunku poszerzenia organizacji.

Poszukując sojuszników, w sobotę udałem się, przez otwartą już bramę, do „Eltoru” z propozycją utworzenia związku również u nich i zawiązania wspólnie Komitetu Międzyzakładowego. Taki krok upoważniał nas do uczestnictwa w zjeździe gdańskim. W „Eltorze” nie znałem nikogo, co nie ułatwiało pierwszego kontaktu. Osoby najważniejsze znałem ze słyszenia, tak zapewne, jak oni znali mnie. Może właśnie z tego powodu moja propozycja nie dla wszystkich była przekonywująca. Osobą, która bezwarunkowo akceptowała ją, był Zbigniew Toporkiewicz. Inżynier-projektant o temperamencie i intuicji zbliżonej do mojej, nie miał najmniejszego problemu, by akceptować także mnie. Zdecydowanie sprzeciwiał się jednak Michał Pietkiewicz, który jednak cieszył się wśród załogi największym autorytetem i miał w kwestiach ważnych głos decydujący. Zastanawiałem się, jak przełamać jego opór, i gdy wydawało się to już beznadziejne, nieoczekiwanie wpadłem na pomysł, by to właśnie on objął przewodnictwo w Komitecie. Ku mojemu zaskoczeniu, ta propozycja przełamała opór i Pietkiewicz nie wysuwał już żadnych obiekcji co do meritum sprawy. Ja zostałem wiceprzewodniczącym. Przychodząc do „Eltoru”, byłem przekonany, że Komitet będzie miał żywot krótki, zatem i mój udział w nim będzie tymczasowy, a ostatecznie będę działał jedynie na szczeblu zakładu. Nie miałem więc jakichkolwiek ukrytych ambicji dowodzenia ruchem w Regionie i moja propozycja nie miała jakichkolwiek podtekstów.

W „Eltorze” podpisaliśmy stosowne porozumienie. Zaproponowałem też, by do Gdańska pojechał Bogdan Radecki z „Wodrolu”. Został on zaakceptowany, bo pracował w zaopatrzeniu, identycznej dziedzinie, co Pietkiewicz i obaj dobrze się znali. Radecki uprawiał kulturystykę, co wiązało się z częstymi wyjazdami na zawody, a więc i ten jego wyjazd nie wzbudzał niczyjego podejrzenia, a chcieliśmy to utrzymać do jego powrotu w tajemnicy, ze względów bezpieczeństwa. Jednocześnie upoważniliśmy Radeckiego do zawierania porozumień ze wszystkimi organizacjami z naszego terenu, gdyby były reprezentowane na zjeździe. Otrzymał także plenipotencje do podporządkowania naszego Komitetu strukturze istniejącej już i posiadającej odpowiedni potencjał – o ile taka byłaby tam reprezentowana. Praktycznie otrzymał nasze zezwolenie na rozwiązanie Komitetu i przystąpienie do silniejszego z naszego terenu, gdyby taki był.

Bogdan Radecki wrócił i był zdumiony zasięgiem i wielkością powstającego ruchu. Deklaracje spływające z regionów mówiły wręcz o milionach ludzi różnych profesji i różnego statusu. Po raz pierwszy usłyszeliśmy, że związek grupował robotników i inżynierów, lekarzy i profesorów, urzędników, nauczycieli i dziennikarzy. Radecki mówił to i był pełen niezrozumiałego nam entuzjazmu, który wylewał na nas i próbował nam – z marnym skutkiem – zaszczepić. Widać było w nim coś zupełnie nienormalnego, czego nikt z nas, z racji przystąpienia do tej organizacji, nie doświadczał. Gdy później reprezentowałem nasz Region Związku w Krajowej Komisji Porozumiewawczej i uczestniczyłem w licznych, choć niezwykle stresujących spotkaniach, zawsze wracałem naładowany tą niezwykła atmosferą niesamowitego miejsca. Bo mimo bogactwa barw jesieni 1980 r., która nie odbiegała zbytnio od barw innych i podobnych jesieni, Polska wydawała się wszędzie wypłowiała i szara. Ale w tym jednym miejscu, które wtedy nazywaliśmy Wolnym Miastem Gdańsk, złociła się przepiękna polska jesień, tak bogata, jak tylko być potrafi. Złociła się niezwykłą nadzieją, uczynnością zwykłych ludzi, pośród których nie było innych i niezwykłych, bo wszyscy byli jednacy. I gdy stamtąd wracałem, niezwykle zmęczony, niekiedy zmęczony tak, że, z braku miejsc siedzących, padałem nieprzytomny na podłodze wagonu i spałem jak zabity, gdy budziłem się utytłany w kurzu i błocie nanoszonym na butach z brudnych peronów, byłem szczęśliwy, że uczestniczę w tym niezwykłym zjawisku braterstwa nieznanych sobie zupełnie ludzi. Czułem ogromną potrzebę bycia we wspólnocie tych ludzi, na dobre i złe. Tam wystarczyło być, by wracać z innym nastawieniem do świata, by nie pytać, dlaczego mam to robić. By pytać jedynie, jak mam to zrobić, by zwyciężyć z tymi ludźmi i tym ludziom i sobie. To miał w sobie wówczas, po powrocie z Gdańska, Bogdan Radecki. To, czego nie rozumieliśmy i wielu nigdy nie doświadczyło tego uczucia.

Ale Bogdan przywiózł także informację mało pocieszającą – z naszego regionu był sam i ucieszył organizatorów zjazdu, bo dzięki temu reprezentowany był na zjeździe cały kraj i nasz region nie był białą plamą na mapie. Okazało się, że to my musimy reprezentować region i tworzyć w nim związek. I tak zrozumiałem wówczas, co znaczą słowa, że do nas wszystko przychodzi o dwa tygodnie później. Wbrew wszelkim zamierzeniom, Komitet, który miał być efemerydą i prowizorką, nabierał nagle cech instytucji trwałej i pożądanej w Polsce z różnych powodów. Spełnił on swoją zasadniczą rolę, bo brał udział w tworzeniu Związku w kraju i uczestniczył w całym procesie opracowywania statutu Związku i jego rejestracji. Potocznie nazywany jest Pierwszym MKZ-em w Białymstoku, a jego okres trwania liczony jest do 12 października, tj. do dnia, w którym nastąpiło spotkanie w siedzibie PAX-u i zorganizowanie nowego MKZ-u, w skład którego weszła znaczna liczba zakładów z Białegostoku i okolic.

Po powrocie z tego pierwszego zjazdu, Radecki uznał swoją misję za zakończoną i otwarta stała się kwestia reprezentowania naszego MKZ-u na forum krajowym. Radecki bronił się tym, że nie miał ani krztyny żyłki do polityki, zarzekał się, że to ponad jego wiedzę i możliwości, i był to jego pierwszy i ostatni wyjazd w tej sprawie do Gdańska. Uważał, że to ja powinienem prowadzić sprawę, bo nikt inny z naszej grupy temu zadaniu nie podoła. Tak oto zrozumiałem, że – jak na razie – nie mam innego wyjścia, i na najbliższe ustalone spotkanie udam się do Gdańska.

Słynne „nie chcę, ale muszę” dotykało w tamtych czasach niejednego i dotknęło także mnie. Nie mówiłem o tym żonie, ale wiedziałem, że sprawa dziwnie mnie wciąga i miałem prawie pewność, że jedynym wyjściem będzie podporządkowanie się sytuacji i włączenie się do pracy na całego. Późniejsze wydarzenia dowiodły, że nie była to jedynie potrzeba chwilowa. Okazało się, że moja wiedza w tej kwestii była wręcz zerowa, i że w tej kwestii nie było wstąpienia „na chwilę”. Była to taka gra, w której odejście od stołu może zakończyć się tragicznie. Że należy ją bezwzględnie prowadzić także, a czasami przede wszystkim, ze względu na bezpieczeństwo własne i swoich bliskich.

Współpraca między Michałem Pietkiewiczem i mną była raczej luźna i każdy robił swoje, nie zawsze informując drugiego. Były tego różne przyczyny: nieufność Pietkiewicza, brak uzgodnionych poglądów na wiele kwestii, moje częste wyjazdy poza miasto. Pierwszą i najważniejszą, być może, była organiczna nieufność Pietkiewicza. Fakt, że wyskoczyłem przed innych z tworzeniem związku i moja otwartość, nasuwały mu zapewne różne podejrzenia włącznie z tym, że mogę być „wtyką ubecką”, działającą dla odpowiedniego skanalizowania ruchu. Nie było to oczywiście logiczne, jednak niewielu wówczas kierowało się logiką. Sądzę, że w kwestii mojej lojalności wobec ruchu, miał on wątpliwości nawet wówczas, gdy wieziono nas razem do więzienia i dostał ode mnie skarpety, bo wzięto go prosto z pościeli, a on zlekceważył sprawę ubioru. A mróz tamtej nocy był siarczysty.

Jak okazało się później, syndrom „wtyki” był jedną z barier ograniczających zarówno tworzenie, jak i działanie związku. Był także powodem ogromnej nieufności wewnątrz tworzonego kierownictwa związku w Regionie i wielu zawirowań. Na pewno był on wykorzystywany bezwzględnie przez bezpiekę do rozbijania związku poprzez rzucanie oskarżeń na osoby wyróżniające się aktywnością i pomysłami. Należałem do takich osób i dość długo, nawet w stanie wojennym, niektórzy stronili ode mnie, nie będąc pewnymi, kim naprawdę jestem. Ja jednak zawsze uważałem, że w sytuacji, gdy naszą podstawową bronią było słowo, słowo głoszone wszem i wobec, takie ograniczenie i podejrzliwość były błędem. Nawet, jeśli w naszym kręgu działali agencji bezpieki, a tak na pewno było, to rosnący w oczach i nabierający rozpędu ruch był w stanie niwelować działania nawet najbardziej przebiegłej agentury. Szczególnie w pierwszym okresie. Szkody, jakie przynosiła natomiast wieczna podejrzliwość, były znacznie większe od bezpośredniego działania bezpieki. Sądziłem też zawsze, że na polu rozsiewania podejrzeń, bezpieka osiągała największe sukcesy. Podejrzliwość ograniczała naszą aktywność i spychała ją w obszary konspiracji także wówczas, gdy takiej potrzeby nie było. Bo w takiej sytuacji więcej czasu należało przeznaczyć na rozpracowanie współtowarzysza walki, niż na walkę ze wspólnym wrogiem. W tamtym momencie historii podejrzliwość była szkodliwa szczególnie na naszym terenie, gdzie istnieje szereg niedopowiedzianych spraw narodowościowych, które należało artykułować jasno, a nie tłamsić w sobie. Przeciwstawianie Rusinów[1] Polakom należało do najważniejszych zadań propagandy komunistycznej i należy stwierdzić, że w tej kwestii odniosła ona szereg sukcesów, ale też miewała wielkie porażki.

Inną kwestią ograniczającą skuteczność działań moich oraz Pietkiewicza, były nasze poglądy, których tak naprawdę nie znaliśmy i nigdy nie udało się nam ich sobie sprecyzować. Gdybyśmy je sobie wcześniej wyłożyli, gdybyśmy postarali się je, choćby z grubsza, sobie nawzajem przybliżyć, współpraca byłaby zupełnie inna i bardziej owocna. Brak takiej rozmowy wynikał przede wszystkim z naszej niezbyt zaawansowanej wiedzy o inżynierii społecznej i zasadach tworzenia zespołów. Zasadniczym spoiwem wspólnego działania był antykomunizm – powód naszego spotkania. Była to kwestia ważna i zasadnicza, jednak niewystarczająca do tego, by wspólnie i sprawnie stworzyć organizację. [...]

Inną kwestią w działaniu w roku 1980 była nowość wszystkiego, co miało wówczas miejsce, w czym braliśmy udział. Bo w moim dotychczasowym doświadczeniu życiowym nie było takiej organizacji, jej budowy od fundamentów, mimo że – jak wyżej zaznaczyłem – pewne doświadczenia posiadałem. Jednak miały one charakter kontestacyjny i zawsze przejściowy, a także ograniczony zasięg. [...]

Trzecią kwestią, niezwykle istotną, a mającą wpływ na moje zaangażowanie w budowę struktur w regionie w pierwszym okresie powstawania Związku, były moje ciągłe wyjazdy w teren. Z jednej strony dawały mi one możliwość kontaktowania się i zainteresowania związkiem wielu nowych osób, z drugiej jednak utrudniały wykonywanie pracy organicznej na rzecz Związku w regionie. W krótkim czasie do wyjazdów w teren doszły podróże do Gdańska i udział w pracach KKP, co w pewnym momencie praktycznie eliminowało mnie z pracy w Regionie, w tym organizacyjnej. Te trzy wymienione kwestie powodowały, że nasze działania w tamtym okresie nie były dostatecznie energiczne i nie zaowocowały dynamicznym rozwinięciem struktury organizacyjnej w regionie, a do Pierwszego MKZ-u, w chwili jego rozwiązania, należało około dziesięciu zakładów.

Niezależnie od stron negatywnych, udało mi się wypuścić pierwszą ulotkę informującą o powstaniu Komitetu. Jej poziom, zarówno edytorski, jak i redakcyjny, nie był najwyższy. Została wydrukowana na powielaczu spirytusowym w Mońkach, przez ks. Kazimierza Wilczewskiego. Nigdy go nie poznałem, ale wiem, że całym sobą był z nami. W sprawie pośredniczyła moja stryjenka Stanisława Bujwicka, była szefowa łączności AK obwodu sokólskiego, która doprowadziła mnie do ks. Jerzego Gisztarowicza, duszpasterza akademickiego przy kościele św. Rocha w Białymstoku. Z tymi osobami łączyło mnie później wiele wspólnych działań i wspomnień, które miały miejsce od początków lat osiemdziesiątych, poprzez stan wojenny i schyłek PRL-u. W ulotce podana była informacja o powstaniu MKZ-u, nasze nazwiska i stanowiska w Komitecie oraz kontakt telefoniczny do Michała Pietkiewicza, bo z racji pełnienia funkcji kierowniczej w „Eltorze”, miał on telefon z niezależnym wyjściem do miasta i nieograniczone możliwości korzystania z niego.

21 września, pociągiem nocnym udałem się z Białegostoku do Gdańska, by zdążyć na drugie spotkanie przedstawicieli MKZ-ów. Wziąłem trzydniowy urlop w „Wodrolu”, bo w Gdańsku zapowiadało się dużo pracy, związanej z przygotowaniami do rejestracji Związku. Trasa Białystok-Gdańsk miała być przez kilka miesięcy moją trasą stałą, którą miałem przemierzać niezależnie od sytuacji, praktycznie raz w tygodniu. Wyjazd do Gdańska pociągiem nocnym zabierał ok. sześciu godzin. O piątej rano, pieszo przebywałem trasę z dworca do siedziby Związku. Tablica na budynku głosiła „Niezależne Związki Zawodowe”. Siedziba mieściła się w szarym, zaadaptowanym naprędce budynku hotelu robotniczego. Na piętrach mieściły się agendy związkowe, a na parterze, w dawnej stołówce czy kawiarni – sala narad, z rzędami krzeseł i podestem ze stołami dla prezydium. Zasiadali w nim najczęściej Wałęsa z Gwiazdą, czasem Lis i Walentynowicz oraz doradcy: tj. Tadeusz Mazowiecki, Władysław Siła-Nowicki, czasem Jan Olszewski czy Wiesław Chrzanowski.

Dzień zaczął się od składania raportów z regionów. Wynikało z nich, że główne ogniska strajkowe wygasły, jednak na terenie całego kraju wybuchały w różnych miejscach strajki, zarówno płacowe, jak i związane z prześladowaniem członków i przywódców zakładanego Związku. Strajkami płonęła cała Polska i relacje o nich były porażające. Przedstawiciel ze Stalowej Woli przyjechał pobity i z interwencją na południe wybierał się Andrzej Kołodziej, który pełnił rolę szefa Biura Interwencji przy MKZ-cie Gdańskim. [...]

Przybywając tu ze spokojnego wciąż jeszcze Białegostoku miałem wrażenie, że przedstawiane relacje ukazują obraz zbliżającej się apokalipsy, bo nic nie wskazywało na to, że w jakimś momencie władza na różnych szczeblach zaakceptuje zmianę sytuacji, a raczej dążyć będzie do dalszej konfrontacji. Był jednak w tym wszystkim promyk nadziei. Bo oto większość spraw rozwiązywana była bez udziału przywódców związkowych, a przez zwykłych ludzi, którzy przybywali tu w różnym celu, i przy okazji służyli zagubionym przyjezdnym z innych regionów bezinteresownie radami, bo wszystko to zostało przerobione już tu na Wybrzeżu i należało z tych doświadczeń skorzystać. Tu następowało też „ładowanie akumulatorów”, tu, na korytarzach, każdy mógł znaleźć sobie rozmówcę i doradcę, który podniósł go na duchu, pocieszył i natchnął wiarą i nadzieją, a jeśli byłaby taka potrzeba, to był gotów ruszyć bezinteresownie z pomocą jako wolontariusz, choćby na drugi kraniec kraju. Sama ta atmosfera zazwyczaj pomagała, i po dniu pielgrzymowania po gwarnych korytarzach wszyscy, dotąd pełni zwątpienia, wracali niepokorni i odważnie stawali na czele ludzi w swoich zakładach, wiedzieli, co mają mówić, co jest prawdą, a co fałszem. Byli odmienieni. To była ta niezwykła moc miejsca, jakim było Wolne Miasto Gdańsk.

[...] Tego samego dnia powołano grupę statutową do opracowania statutu związku i wszedłem w jej skład. Projekt został przygotowany przez ekspertów związkowych, jednak wymagał analizy KKP. Choć taktyka nakazywała centralizację organizacji, statut umożliwiał tworzenie komisji branżowych, które w sytuacji konfrontacji z władzą mogły prowadzić własną politykę i utrudniać tym podporządkowanie całego związku centrali w Gdańsku. Jednak ograniczenie samoorganizowania się uznane zostało za bardziej szkodliwe od zagrożenia secesją lub samowolą branżowców. Pod koniec dnia statut przekazano na forum całej KKP. Ostateczna redakcja nastąpiła rankiem następnego dnia. Wtedy to, po ostatecznym przegłosowaniu, projekt został zaakceptowany i w takiej formie później złożony do rejestracji w Sądzie Wojewódzkim w Warszawie. Statut miał być przedstawiony sądowi przez Komitet Założycielski NSZZ „Solidarność”. Tymczasowe władze związku na szczeblu krajowym stanowił przewodniczący oraz KKP. Zakładając, że udział w pracach obu ciał będzie pochłaniać dużą ilość czasu, podałem do Komitetu Założycielskiego Związku siebie, natomiast do KKP – Michała Pietkiewicza. Jednak okazało się później, z jakiegoś powodu sąd ujednolicił oba ciała i w dokumentach rejestracyjnych związku występowaliśmy obaj – mimo, że Pietkiewicz pod dokumentami rejestracyjnymi podpisu nigdy nie złożył, jednak na każdym etapie rejestracji związku z Regionu Białystok występowały dwie osoby – Michał Pietkiewicz i Bernard Bujwicki.

W przededniu podpisania statutu nocowaliśmy w Gdańsku, u emeryta, niezamożnego, żyjącego samotnie człowieka, który bezinteresownie dał nam również pożywienie i wspaniałą, ciepłą atmosferę swojego domu. Wraz z Antonim Kopaczewskim z Rzeszowa, doznaliśmy ogromnej życzliwości tego człowieka i szacunku dla nas, którzy poświęcaliśmy czas dla Sprawy. Ta życzliwość potem rozlała się na cały kraj i podobnych ludzi spotykałem także w Toruniu i Bydgoszczy, jak również na Śląsku, zawsze, gdy przybywałem tam w sprawie „Solidarności”. Takie poczucie jedności i bezinteresowności pojawiło się dotąd tylko w przypadku wizyty Ojca Świętego i przyjmowania pielgrzymek idących z różnych stron do Częstochowy.

Parafowanie statutu oraz wniosku rejestracyjnego do sądu odbyło się w sali narad w niezwykłej ciszy i skupieniu. Osoba wyczytywana podchodziła do stołu i składała podpisy na kolejnych dokumentach. Czuliśmy doniosłość chwili i byliśmy pewni, że oto przekroczyliśmy próg Nieznanego, po czym nic już nie będzie takie, jak było, że może ono zakończyć się wielką radością, a być może cierpieniem, przez jakie przechodziły miliony Polaków przed nami. Gdy wyszliśmy stamtąd na obiad do pobliskiego baru, ta atmosfera przeniosła się za nami. Było też jeszcze jedno uczucie, uczucie braterstwa z każdym, kto w tym akcie uczestniczył – niezależnie, czy jego wypowiedzi jeszcze sprzed chwili nam trafiły do przekonania, czy też nie. Jeszcze tego dnia ruszyliśmy pociągiem pospiesznym do Warszawy. Wybór tego środka transportu podyktowany był sprawą bezpieczeństwa, bo wszyscy byli zgodni, co do jednego – inny środek nie gwarantował skutecznego dotarcia do celu.

W Warszawie przywitała nas nieliczna grupa i tego dnia jeszcze nieliczne okrzyki poparcia. Ale Warszawa już żyła tym wydarzeniem. W hotelu przyjmowano nas z honorami i wielkim szacunkiem. Wieczorem Wolna Europa informowała bez przerwy o przybyciu KKP do Warszawy, celem złożenia statutu w sądzie dla zarejestrowania Związku. Od południa poprzedniego dnia nie był to już bezimienny związek zawodowy, ale narodowe powstanie zwane „Solidarnością”. Już następnego dnia, gdy autokar podjechał pod budynek Sądu Wojewódzkiego, tłumy stojące na wielkich schodach i chodnikach skandowały: Solidarność!!! Solidarność!!!  Solidarność!!!  Wałęsa!!!

Wcześniej KKP z doradcami odbyła naradę w siedzibie Klubu Inteligencji Katolickiej. Po raz pierwszy w jej składzie uczestniczył przedstawiciel Mazowsza, które weszło w skład „Solidarności”. Ten dzień był niezwykle bogaty w wydarzenia, podniosłe i wyjątkowe. Uświadamiały one w pełni, że uczestniczę w przedsięwzięciu, będącym próbą odwrócenia powojennej historii Polski, wydarzeniu nieporównywalnym do żadnego, jakie miało miejsce za mojego życia. Euforia tłumów i pojedynczych ludzi była oznaką ogromnej nadziei, jaką ono niosło. Na nim ogromna część Polaków zawiesiła swoje osobiste życie i całego Narodu, dzień dzisiejszy i przyszłość. Bo związek „Solidarność” był już nie tylko bezpośrednim kontynuatorem Komitetów Strajkowych, zawiązywanych w całym kraju w drugiej połowie roku 1980. Chciał czy nie, musiał być spadkobiercą całej spuścizny historycznej, wielkiej chwały i zwycięstw, strasznych klęsk i martyrologii, wiary ojców i całego dorobku Narodu. To wszystko wyczytać można było z oczu i serc tych tysięcy Polaków, uczestniczących w niezliczonych spotkaniach w tamtych dniach posierpniowych.

Z tą refleksją wsiadałem do pociągu jadącego do Białegostoku, pełen nadziei, daleki od spraw codziennych, ale niezwykle zmęczony, bo stawałem do spraw niezwykłych, jako człowiek nie mający o nich zielonego pojęcia, niezwykle słaby wobec ich ogromu. Nigdy dotąd nie myślałem o ogromie wyzwań, jakie stawały przede mną. Teraz czułem, że mogą one być ponad moje siły. Bo jakże byłem niekompetentny! Z zazdrością i ogromnym zdumieniem słuchałem prostych ludzi, nie mających dyplomów szkół wyższych, być może nawet ukończenia szkoły średniej, jak suwnicowa Ania Walentynowicz, jak Andrzej Kołodziej, jak ten niesamowity Lechu Wałęsa. Jak wielu innych, których spotkałem. Byłem przygnieciony ich wypowiedziami, dojrzałością tych wypowiedzi, niezwykłą wiedzą i sposobem wypowiadania myśli. W niczym im nie dorównywałem, chociaż miałem dyplom inżyniera i należałem w środowisku do osób posiadających odpowiednio duży zasób wiedzy. Było to jeszcze jedno odkrycie, którego dokonałem już w czasie pierwszej wyprawy do Gdańska.

Na następne posiedzenie KKP pojechał Michał Pietkiewicz. Po powrocie cieszył się tym wyjazdem, lecz dał do zrozumienia, że jest to dla niego bardzo męczące i potem już nie przejawiał ochoty na dalsze. Wyjazdy jednodniowe wiązały się z dwiema nieprzespanymi nocami i ciężko przepracowanym dniem, i łączyły się z niezwykłym stresem. Z tego powodu większość z nas, biorących udział w posiedzeniach KKP i jednocześnie pracujących zawodowo, po miesiącu wyglądała jak widma snujące się przypadkiem po ziemi, i w krótkim czasie identycznie wyglądałem też ja. Pietkiewicz doświadczył tego i musiał przez kilka dni odpoczywać, bo jego organizm nie był w stanie znieść takiego wysiłku. Jasne więc było, że jako znacznie młodszy, musiałem ten obowiązek wziąć na siebie. Być może powodem niechęci Pietkiewicza były też względy finansowe, bo mimo sprawowanej funkcji kierowniczej, był raczej mniej zasobny w finanse ode mnie.

Nasze działania na terenie Białegostoku zaczęły z wolna przynosić efekty. Do MKZ-u zgłosiły się pierwsze zakłady, a były to: „Biawar” oraz CPN. Ich akces był wynikiem kampanii ulotkowej oraz rozchodzącej się powoli informacji szeptanej, a także kontaktom telefonicznym Michała Pietkiewicza. Nie był to sukces oszałamiający, ale pierwsze owoce na młodym drzewku zawsze ogrodnika cieszą najbardziej. Mimo niezbyt dużej liczby członków, działaliśmy również w naszym przedsiębiorstwie. Zasadniczym problemem, jaki stał przed nami, było wypracowanie taktyki działania związku w zakładzie. [...] Znalezienie odpowiedniej taktyki działania było sprawą niezwykle pilną. Było też jasne, że skuteczna taktyka spowoduje przejście wielu osób na naszą stronę i osłabienie związków, które już w tamtym czasie przekształcały się w związki branżowe. Pod wpływem powstania „Solidarności” w zakładzie, tamten związek jakby zamarł, a oczy wszystkich zwróciły się w naszą stronę z oczekiwaniem na nasz ruch.

Jednym z pierwszych naszych kroków było żądanie wstrzymania potrącania składek członkowskich z naszych pensji na rzecz tamtego związku oraz żądanie podziału posiadanych funduszy, proporcjonalnie do ilości członków. Przy okazji okazało się też, że wszystkim nam potrącano z pensji składki na Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Radzieckiej (TPPR), co spowodowało niesamowitą zawieruchę i ostatecznie likwidację Towarzystwa w naszym zakładzie. Krokiem następnym było żądanie jawności decyzji podejmowanych przez zarząd, a w szczególności wysokości przyznawanych podwyżek, premii i innych świadczeń materialnych, poprzez ogłaszanie tych informacji na tablicy ogłoszeń. Zostało też ustalone z dyrekcją, że o ile związek w tej sprawie nie wniesie w ciągu czternastu dni zastrzeżenia, jej decyzja mogła być realizowana i nie pociągała za sobą możliwości powstania konfliktu między związkiem, a dyrekcją. Jednocześnie w tym okresie do związku mogły wpływać zastrzeżenia i uwagi jego członków i były one jedną z podstaw do występowania z interwencją. W żadnej sprawie związek nie brał na siebie roli decydującego w sprawach zarządzania zakładem, bo rolę tę pełniła dyrekcja. Związek pozostawił sobie jedynie funkcję kontrolną. Takie ustawienie sprawy było rewolucją i zmieniało usytuowanie związków zawodowych w zakładzie. Docelowo ta pozycja „Solidarności” została zaakceptowana przez dyrekcję, bo w tamtym czasie zmiany następowały bardzo szybko i państwo komunistyczne nie regulowało w żaden sposób tej kwestii, także z racji tej, że „Solidarność”, w jego mniemaniu, miała być efemerydą. [...]

Działania naszego MKZ-u powodowały, że coraz częściej z Pietkiewiczem kontaktowali się przedstawiciele większych zakładów oraz szkoły wyższe. Na początku października w białostockich „Uchwytach” zakończył się strajk płacowy. „Uchwyty” były jednym z największych zakładów białostockich, prestiżowym i światłym, jak na owe czasy, m.in. z racji przewagi mężczyzn i częstych kontaktów z kontrahentami zagranicznymi. Tutaj też znajdowały swoje odbicie wszelkie wystąpienia robotnicze w kraju i szły za tym prześladowania ze strony władzy. Komitet Strajkowy, zwyczajem innych w kraju nie rozwiązał się i zastanawiał się nad przyłączeniem się do „Solidarności”. Na jego zaproszenie udaliśmy się z Pietkiewiczem do zakładu i podczas rozmów okazało się, że osobą, która bezdyskusyjnie opowiada się za taką opcją, jest inżynier Stanisław Marczuk. Pozostali byli pełni obaw i wątpliwości i ostatecznie postanowili, że udadzą się ze mną do Gdańska, gdzie miało odbyć się kolejne posiedzenie KKP. Mieli tam wykonać rozeznanie. Chyba Jan Wołowski zakładał też, że przeprowadzi rozmowy z Kuroniem, który wówczas ukazywany był przez środki przekazu jako osoba wielce kontrowersyjna, szkodząca związkowi poprzez upolitycznienie go i łączona we wszystkim z „Solidarnością”, choć tak nie było. Ze spokojem utwierdziłem ich w prawidłowości decyzji, bo wiedziałem doskonale, że sama wizyta wystarczy im do podjęcia decyzji, o jaką nam chodziło. Wiedziałem, że sama atmosfera uleczy ich z wątpliwości.

Delegacja „Uchwytów” jechała samochodem „Nysa” i miałem zabrać się wraz z nimi do Gdańska. Wraz z nami miał jechać dr Tadeusz Waśniewski z Politechniki Białostockiej, jednak w ostatniej chwili powiadomił Pietkiewicza o zmianie swojej decyzji. Jego wyjazd miał także poprzedzić przystąpienie Politechniki do MKZ-u. W niedzielne popołudnie Pietkiewicz powiadomił mnie, że zgłosił się do niego niejaki Feliks Gołębiewski z „Biazetu” i w trakcie wielkiej awantury, jaką zrobił, poinformował, że „Biazet” jest w „Solidarności” od września, że zarejestrował się w Gdańsku i co mu jakieś „Eltory” i „Wodrole” wyskakują z MKZ-tem. Gdy w poniedziałek dotarliśmy do Gdańska, w siedzibie MKZ-u czekał na mnie Andrzej Kołodziej. Rozmawialiśmy przez chwilę o sytuacji, po czym poinformował o oczekującej delegacji z Białegostoku, która uważa, że nasz MKZ jest stworzony przez bezpiekę, za co dają głowę. Niebawem weszła delegacja „Biazetu” ze wzburzonym Gołębiewskim, a wraz z nią Tadeusz Waśniewski. Nie była to rozmowa, ale awantura, jaką zwykł w takich sytuacjach robić Gołębiewski. W nieco spokojniejszym już tonie Waśniewski powiadomił mnie, że oprócz nich, jest jeszcze kilka zakładów, gotowych przystąpić do „Solidarności”, jednak w tych okolicznościach mogą być z tym problemy. Podobny problem Sieradza, który był rozgrywany jeszcze kilka tygodni temu na moich oczach, dosięgnął teraz mnie. Po chwilowym zastanowieniu, obiecałem Kołodziejowi, że jeśliby nasz MKZ miał być rzeczywiście blokadą dla rozwoju organizacji w regionie, to jestem gotów podjąć decyzję o jego rozwiązaniu i przystąpić do nowo zorganizowanego. Zakładałem przy tym, że jeśliby padło podejrzenie, że delegacja została zmontowana przez bezpiekę, wprowadzenie decyzji zostanie odwleczone, o czym powiadomiłem Kołodzieja. O decyzji powiadomiłem także KKP, na co Kazimierz Świtoń w przerwie powiedział: „No, to jesteś odważny, albo nie wiesz, co robisz, jeśli tak zrobiłeś”. Nie było w tym odwagi, bardziej realizacja decyzji, która została uzgodniona przed naszym pierwszym wyjazdem do Gdańska, kiedy delegatem był Bogdan Radecki. Gdy po powrocie powiadomiłem Pietkiewicza o całym zajściu i mojej decyzji, on wzburzył się, pytając przy tym, jakim prawem ją podjąłem. [...]

W tygodniu doszło do spotkania naszego MKZ-u, reprezentowanego przez Pietkiewicza i mnie, z delegacjami „Biazetu” i „Uchwytów” i tam ustaliliśmy, że utworzenie nowego MKZ-u odbędzie się w siedzibie PAX-u w niedzielę, chyba 7 października. Gołębiewski wyraził przy tym pogląd, że nie wierzy, by do takiego utworzenia doszło, ale spotkanie należy odbyć. Gołębiewski był osobą najbardziej dynamiczną w delegacji i forsował swoje zdanie nawet w nieistotnych i drobnych sprawach, a także w wielu przypadkach, w których nie miał racji. Z tego powodu oponowałem mu niejednokrotnie, jednak byłem w tym osamotniony. Byłem też przeciwnego zdania odnośnie możliwości wyłonienia władz nowego MKZ-tu. Różniło nas wiele spraw, w tym przede wszystkim proceduralnych, które nie dawały nic, a absorbowałyby nas przez ogromną ilość czasu. Gdy wydawało się już, że spotkanie zakończy się fiaskiem, jako mediator włączył się dr Stanisław Prutis, lecz i on nie zdołał spacyfikować zapędów Gołębiewskiego. Dopiero długa rozmowa telefoniczna, prowadzona – mimo bardzo późnej pory – z prof. Andrzejem Stelmachowskim, uznawanym przez wszystkich za jeden z największych autorytetów w „Solidarności”, złamała jego upór. Mimo ugody nie byliśmy przekonani, że planowane spotkanie w PAX-ie przyniesie efekty, bo postawa Gołębiewskiego i delegacji „Biazetu” uniemożliwiałaby to. Podzielałem w tej sprawie zdanie Marczuka i uważałem, tak jak i on, że byłoby to wielką szkodą, gdyby zebranie w PAX-ie zakończyło się fiaskiem. Postanowiliśmy temu jakoś zaradzić, poprzez poczynienie odpowiednich przygotowań. W tej sprawie spotkaliśmy się w jego domu. Ustaliliśmy w miarę dokładnie scenariusz zebrania, wyznaczyliśmy kandydata na przewodniczącego i inne kwestie, składające się na program tego zgromadzenia. Przygotowaliśmy także klucz doboru kandydatów do władz MKZ-u. Scenariusz nie mógł być dokładny, bo jakaś część zawsze odbywała się spontanicznie i wymykała się spod kontroli, był jednak zarysem na tyle dobrze sporządzonym, że zebranie potoczyło się zgodnie z założeniami, a co najważniejsze – przyniósł efekt pozytywny w postaci wyboru władz nowego MKZ-u.

Nasze spotkanie i wspólna praca z Marczukiem musiały wzbudzić niepokój bezpieki, bo w jego trakcie rozległo się pukanie do drzwi i wszedł drobny mężczyzna w naszym wieku. Widząc mnie, zakręcił się i szybko pożegnał Marczuka. Okazało się, że był to jego kolega, który, poszukując lekkiego chleba, wstąpił do SB i na dłuższy czas zapomniał o koleżeństwie. Ale z chwilą gdy Stanisław wstąpił na niebezpieczną drogę „Solidarności”, postanowił go nawiedzić.

Spotkanie w PAX-ie odbyło się, stworzony został MKZ z udziałem kilkudziesięciu organizacji zakładowych, a na jego czele postawiono trzech współprzewodniczących: Jana Wołowskiego z „Uchwytów”, Jerzego Prajznera z „Biazetu” oraz Stanisława Przestrzelskiego z BZGraf. Takiego obrotu sprawy nie przewidywaliśmy, bo było to rozwiązanie nietypowe. Na mój wniosek, do władz wszedł także Pietkiewicz, a na chwilę przed zamknięciem listy, Marczuk zgłosił mnie, jako osobę, która „musi być, bo jest zbyt ważna dla sprawy”. Jeszcze moment, a już bym mógł spokojnie powrócić do zakładu i – jak zakładałem – pracować zawodowo i budować związek w „Wodrolu”. Ale stało się inaczej. Choć ja zgłosiłem do prezydium także Marczuka, ten nie zgodził się wejść do władz uważając, że jest niezbędny w zakładzie. MKZ przegłosował także, bym nadal reprezentował go w KKP. Tak ukształtował się MKZ, który dotrwał do wyborów. Do tego czasu, kierownictwo w nim zmieniało się wielokrotnie i wielu z nas musiało doświadczyć historycznej zasady, w myśl której rewolucja pożera swoje dzieci. Ja doświadczyłem jej także. [...]

Dodaj komentarz