Leszek Biernacki, Stocznia Gdańska i NZS 13-16 XII 1981


Dużo mógłbym napisać o tych dniach. W stoczni bowiem w dramatycznych okolicznościach zakończył się nasz strajk NZS. „Solidarność” o tym zapomniała. Historyk z IPN opisujący stan wojenny w Regionie Gdańskim był przeciwny, aby o tym wspomnieć. Do dziś nie rozumiem dlaczego…

Może o tych dniach i dramatycznych przeżyciach jeszcze napiszę, a może wcześniej uda mi się w końcu wydać pierwszy tom historii opozycji studenckiej w Trójmieście w latach 1977-1985. II tom, za lata 1985 – 1989 ma podobno już szanse się ukazać. Jeśli tak, to wydanie pierwszego tomu może być łatwiejsze.

Teraz jedynie przytoczę relację jednego z moich kolegów, spisaną „na gorąco” w styczniu 1982 r. Nie będę w niej prostował pomyłek i dopisywał innych informacji i relacji. Niech pozostanie taka jaka jest.


We wtorek 15.12.81 na wiecu ok. godz. 20.00 zapadła decyzja o rozwiązaniu strajku na UG i przejściu na Stocznię im. Lenina. Po zakończeniu wiecu wszyscy rozeszliśmy się do sal, gdzie w pośpiechu zabraliśmy swoje rzeczy, by opuścić Uniwersytet. Towarzyszył temu bardzo specyficzny nastrój. Wiadomo było, że pójście na stocznię wiązało się z o wiele większym ryzykiem niż dalsze okupowanie uczelni. Należało się też liczyć z pewnymi konsekwencjami, które niosło ze sobą pójście na stocznię w chwili gdyby opanowała ją, milicja. Wszyscy z tego zdawaliśmy sobie sprawę. Dlatego ci studenci, którzy na stocznie nie szli oddawali nam swoje papierosy i obiecali, że będą przychodzić pod bramę przynosząc nam jedzenie. Jednym słowem atmosfera była bardzo poważna. Na stocznię przychodziliśmy, a raczej przenikaliśmy, bo to jest właściwe słowo, małymi  grupkami. Ja szedłem z sześcioma kolegami. Podróż cała odbyła się bez przeszkód. Mimo tego, że większość miała ze sobą duże torby lub plecaki – to jednak nie zostaliśmy zatrzymani przez milicję. Wchodziliśmy na Stocznię przez budynek nr 2 – bramę główną [pawilon wartowni]. W powietrzu czuć było spal1ny. Już tego dnia pod stocznią były czołgi. Wiedzieliśmy, że doszło do zbratania wojska ze stoczniowcami. Następstwem tego było wycofanie tej „zdemoralizowanej” jednostki. Pod stocznią był niewielki tłumek ludzi, a to ze względu na zbliżającą się godzinę milicyjną. Naszymi przepustkami wejściowymi były legitymacje studenckie. Brama Stoczni udekorowana była tak jak w sierpniu kwiatami, wisiały także portrety Papieża. Nad portiernią widać było okrągłe kartony z wymalowanymi cyframi, które mówiły wiele: 56, 68, 70, 80 i 8…? Szczególnie ta z „8” ze znakiem zapytania dawała wiele do myślenia.

Z portierni skierowano nas studentów na stołówkę gdzie czekaliśmy na dotarcie pozostałych. Po pewnym czasie zostaliśmy zaprowadzeni przez jednego stoczniowca na Wydział K-2. Tam też w szatni zostawiliśmy nasze rzeczy i otrzymaliśmy strajkowe przepustki, na których było nazwisko, kolejny numer i pieczątka wydziałowej komisji „Solidarności”. Prócz nas, studentów UG, których było najwięcej, byli też studenci WSM, PG i innych uczelni Trójmiasta. Około godziny 23.00 wszyscy poszliśmy do bramy nr 1. Mieliśmy zadanie pilnować tej bramy. Większość studentów, m.in. ja zostaliśmy przy bramie nr 1. Ta większość liczyła ponad 100 osób. Natomiast reszta, tj. ok. 30 studentów udała się pod bramę kolejową, przy której została aż do momentu ataku ZOMO. Warta bramy kolejowej składała się prawie wyłącznie ze studentów, tj. jak już wspomniałem z ok. 30 osób. Natomiast przy bramie nr 1, tam gdzie byłem ja, było jeszcze ok. 100 stoczniowców. Wszyscy spodziewaliśmy się ataku ZOMO. [studenci byli też przy bramie nr 2 i 3 - LB]

Ci stoczniowcy, którzy byli na Stoczni od poniedziałku i przeżyli już taki atak twierdzili, że nastąpi między godz. 24.00 a 01.00 w nocy. Na dworze był dość duży mróz. Z tego względu paliliśmy drzewo w tzw. koksownikach. Staliśmy skupieni kołem wokół nich tak, że zimno nie dawało się mocno we znaki. Rozmawialiśmy ze stoczniowcami, układaliśmy scenariusze dalszych wydarzeń. Otuchy dodawał nam napis na bramie: „Uwaga, brama pod napięciem ponad 380 V”. Była to przestroga dla ZOMO, ale był to bluff. Oprócz tego stały pod bramą dwie butle tlenowe i kilka gaśnic. Stoczniowcy cięli rury gazowe. Odcinki tych rur braliśmy w ręce, kiedy za bramą pojawiały się patrole milicyjne. Ostentacyjnie podnosiliśmy je do góry, manifestując, że nie damy wyprowadzić się ze stoczni bez walki. Oczywiście była to tylko manifestacja i rur tych nie zamierzaliśmy użyć. Czas mijał bardzo powoli. Wszyscy chcieli żeby już był ranek. Wiadomo było, że rano przyszliby do pracy inni stoczniowcy, ale przede wszystkim ludzie pod bramę. Było to oczywiste, tym bardziej, że była już środa 16.12., czyli rocznica Grudnia 70. 0koło godziny 02.00 atmosfera przestała być tak napięta i zaczęliśmy odchodzić na chwilę do budynku by coś zjeść i napić się ciepłej herbaty. Spod bramy przyszło paru kolegów i opowiadali o rozmowie z patrolem milicyjnym. Mianowicie ZOMO-wcy podeszli do bramy z pytaniem – czy śpieszy im się do nieba. Oni odpowiedzieli, że są wierzący, więc im się śpieszy. Stoczniowcy przy naszej bramie podłączyli szlauch do hydrantu i za bramą robili „lodowisko”. Miała to być pułapka, na milicyjne nysy, które dość często podjeżdżały pod bramę w pewnej odległości, bezpiecznej, zakręcały i jechały z powrotem. Czas mijał: była już godz. 05.00, czyli ostatnia pora dla nich by rozpocząć atak. Mówiliśmy wtedy, że jeżeli nie zrobią tego teraz, to będzie to niczym innym jak oznaką ich słabości. Jak już wspomniałem wcześniej rzeczą pewną było że rano przyjdą ludzie pod bramy i stoczniowcy, że następnej nocy będzie nas więcej.

Zbliżała się godz. 6.00. Byliśmy już prawie pewni, że dziś nie przyjdą. Kilka minut później usłyszeliśmy syreny z bramy nr 2 i 3. Był to alarm, że tam już są ZOMO-wcy. Po kilku chwilach przed naszą bramę również nadjechały budy i wysiadali z nich ZOMO-wcy. Przykładem innych bram również uruchomiliśmy syrenę. ZOMO-wcy wysiedli i stanęli kordonem w odległości ok.50 m od bramy. Mieli tarcze i pałki w rękach. Zza kołnierzy wystawały im pałki rezerwowe. Na dźwięk syren w okolicznych budynkach mieszkalnych pojawiły się światła w oknach. Mieliśmy tubę i zaczęliśmy przez nią krzyczeć do ZOMO-wców. Mówiliśmy im, że również jesteśmy Polakami. Pytaliśmy ich, czy wiedzą komu służą i w imię jakich interesów dziełają. Pokazywaliśmy im światła w oknach i powiedzieliśmy im, że nie udało im się tego zrobić tak, żeby ludzie tego nie widzieli. W przerwach śpiewaliśmy hymn, Boże coś Polskę i Rotę. Nie był to śpiew a raczej krzyk. Na przykład ja co chwila wychodziłem do pierwszego szeregu i nie śpiewałem, a właśnie krzyczałem. Po chwili wycofywałem się zmarznięty do koksowników, w których palił się ogień, by się trochę rozgrzać. Robili tak wszyscy. Kilka minut wcześniej usłyszeliśmy huk przy bramie nr 2 (głównej) i strzały. Po chwili przybiegli stoczniowcy spod tej bramy i informowali nas, że czołg staranował bramę, i że ZOMO jest już na stoczni. Spod bramy kolejowej przybiegła pozostała część studentów. Dalej śpiewaliśmy i krzyczeliśmy przez tubę. Ludzie, którzy stali na wagonie kolejowym, który znajdował się przy bramie krzyczeli, że widzą dużą liczbę ZOMO – idących w naszą stronę. Więc wszyscy wzięliśmy się za ręce nie chcąc dać się wyprowadzić. Dosłownie kilka minut później pojawili się ZOMO-wcy. Nacierając na nas chcieli nas podzielić i wyprowadzić. Jednak dalej stawialiśmy bierny opór. Trwało to dość długo. ZOMO-wcy oprócz pałek i tarcz mieli hełmy i pistolety z nabojami gazowymi. Ci ZOMO-wcy, którzy stali pod bramą nie weszli na stocznię – przynajmniej do momentu, kiedy nas wyprowadzano. Mieli prawdopodobnie zadanie odcięć nam drogę ewentualnej ucieczki. Kiedy ZOMO-wcy zdali sobie sprawę, że samymi pałkami nas nie rozdzielą zaczęli w nas strzelać pociskami gazowymi. Wtedy nasz łańcuch pękł. Wybuchła mała panika. Uciekliśmy około 30 m od bramy i tam znowu złączyliśmy się rękami i kontynuowaliśmy śpiewanie hymnu. Kiedy przy bramie opadły gazy znowu tam powróciliśmy. Wtedy uderzyli na nas pałkami. Ludzie, którzy dostali najbardziej chowali się do wewnątrz, a ci z nas, którzy do tej pory byle wewnątrz, wychodzili na zewnątrz i bronili resztę. Jedyną naszą bronią był śpiew i ręce, które zasłaniały resztę ciała przyjmując ciosy. Nie jestem w stanie powiedzieć ile to trwało. W każdym razie chyba ok. 30 minut. W pewnej chwili zobaczyliśmy, że na drodze prowadzącej do bramy głównej ZOMO-wcy prowadzą ludzi spod bramy prawdopodobnie nr 3. Tamci idąc śpiewali także. Wtedy stwierdziliśmy, że nie ma sensu dłużej stawiać oporu i sami połączyliśmy się z tamtymi. Wzdłuż całej drogi stali ZOMO-wcy po jednej i po drugiej stronie. My szliśmy 5-rzędową kolumną. Oprócz stojących ZOMO-wców maszerowało z nami po każdej stronie dwóch. Cały czas śpiewaliśmy. Prowadzono nas w stronę sali konferencyjnej.

Jeden ze stoczniowców – chłopak ok. 25 lat – nie wytrzymał nerwowo i zaczął krzyczeć do ZOMO-wców. Dowódca wydał rozkaz, że to jest przywódca i że mają go wziąć. My nie daliśmy go wydrzeć. Skupiliśmy się i splątaliśmy się rękami. Zaczęli nacierać na nas tarczami i znowu uderzać pałkami. Mimo naszego oporu wywlekli go [był to Zenek Kwoka]. Byliśmy już przed salą konferencyjną. Jakiś oficer rzucił kilka słów pod naszym adresem. Cytat nie jest dokładny, ale sens jest ten sam: „To jest kurwa klasa robotnicza, ojciec na wsi gospodarkę ma, forsę ma, a tu taki jeden z drugim skurwysyn na stocznię przyjechał. Pracować mu się nie chce, tylko przed wojskiem spierdala”. Potem jeszcze z naszego tłumu wyciągnęli kilka osób z opaskami biało-czerwonymi na rękach. Pobili ich trochę na miejscu i zabrali na salę konferencyjną. Na salę wprowadzano nas dziesiątkami. Czekając na swoją kolejkę byłem świadkiem niesamowitego wydarzenia. Otóż tego człowieka, którego nazwano przywódcą, najpierw wzięto na salę konferencyjną. Następnie po wyprowadzeniu znów na zewnątrz widać było ślady pobicia. Kazano mu wchodzić do budy. Krzyczał, że sam nie wejdzie, że mogą go wepchnąć siłą, ale sam nie wejdzie. Tak też zrobiono. Kilku ZOMO-wców brutalnie okładając go pałami wsadzili go do środka. Chłopak stanął w drzwiach budy i powiedział żeby teraz jak ktoś z nich jest odważny, to żeby podszedł. Któryś się zdecydował i dostał nogą w klatę, tak że upadł. Wstał pobiegł do szoferki po kastet, do drugiej ręki wziął pałkę i w towarzystwie swoich 4 kolegów ZOM0-wców wszedł do środka. Z budy słychać było odgłosy bicia i krzyk „chłopaki zapamiętajcie mnie, imię, nazywam się Zenek Kwoka”. Miał na imię Zenek, ale nazwisko brzmi jakoś inaczej. Nie usłyszałem wyraźnie [Zenek Kwoka]. Przyszła moja kolej. W drzwiach minąłem się z kolegą z roku. Powiedział mi, że studentów biorą. Zabrano nam dokumenty, tj. legitymacje studenckie i dowody. Potem przeszliśmy na małą salę BHP, gdzie była pobieżna rewizja. Potem znowu na dużą salę. Była to ta sama sala, tak, ta sama sala, w której 31.08.1980 zostało podpisane porozumienie społeczne. Za stołem i na stole, tak tym samym stole, przy którym się to wszystko stało, siedzieli ZOMO-wcy. Kazano nam stawać w szeregach. Odwróceni byliśmy do siebie plecami. Musieliśmy stać na baczność. Nie wolno nam było porozumiewać się. Na każde wypowiedziane zbyt głośno słowo ZOMO-wcy reagowali wulgarnym krzykiem i groźbami.

Robię to trochę za późno, ale wcześniej pominąłem kilka istotnych szczegółów. Otóż, jeszcze tam, kiedy staliśmy pod bramą i już byli ZOMO-wcy, mimo mroku było jasno. Było strasznie dużo rakiet. A kiedy staliśmy pod salą konferencyjną widzieliśmy nad stocznią bardzo nisko helikoptery. Też było ich strasznie dużo. Prawdopodobnie był to przygotowany desant na wypadek gdyby pierwszy atak się nie powiódł. Ale wracam do dalszego opisu wypadków.

Wydaje się to może mało prawdopodobne, ale przez 6 godzin staliśmy na baczność. Dopiero ok. 14-tej pozwolono nam usiąść. Zauważyłem, inni też, że oni zaczęli się czegoś bać. Stali się jakby grzeczniejsi. Zmniejszyła się też liczba ZOMO-wców, którzy nas pilnowali. Przyczynę tego poznałem dopiero później. Było tak dlatego, że ZOMO-wcy potrzebni byli gdzie indziej. Zaczęła się naprawdę, wojna w mieście. Po pewnym czasie wyprowadzono nas znowu na małą salę. A potem znowu przyprowadzono na dużą. Było już ciemno. Siedziałem na krześle i czasem pomimo zdenerwowania drzemałem. Można było pojedynczo w asyście ZOMO-wca z karabinem wyjść do toalety. Przynosili nam także wodę do picia. Tak mijał czas. Czas właściwie nie odgrywał żadnej roli, bo nie wiedzieliśmy, co z nami zrobią. Jakiś oficer obiecywał nam, że jak na mieście się uspokoi, to będą nas wypuszczać małymi grupkami do domów. Ale nie bardzo w to wierzyliśmy. Po głowie chodziły nam różne myśli. Czas mijał dalej. Mogliśmy tylko siedzieć.

Ok. godz. 1-szej w nocy (był to czwartek 17.12.) wszedł jakiś oficer i powiedział, że osoby wyczytane mają wyjść na środek. Między innymi usłyszałem swoje nazwisko i wyszedłem na środek. Ich karabiny były skierowane na nas. Wyprowadzono nas na dwór. Zobaczyliśmy ustawione „budy”. Kazano nam wskakiwać do jednej z nich. Wewnątrz było strasznie zimno. Po chwili samochód ruszył. Jedno wiedzieliśmy na pewno – nie jedziemy do domu. Pojazd ten niestety nie miał okien, ale jeden z jadących z nami ludzi przez cały czas patrzył przez szparę i informował nas, że jedziemy w kierunku Pruszcza Gdańskiego. Jazda nie trwała długo. Samochód zatrzymał się, a następnie znów ruszył, tak jakby gdzieś bardzo dokładnie podjeżdżał. Okazało się, że istotnie podjeżdżał. Po pewnym czasie usłyszeliśmy zajadłe szczekanie psów. Otworzono drzwi i kazano wyskakiwać. W momencie wyskakiwania zauważyłem szpaler stojących ZOMO-wców z pałkami. Koło niektórych psy. Kiedy znalazłem się na ziemi od razu zostałem uderzony pałką w głowę. Aby ochronić głowę przed uderzeniami założyłem ręce na kark i zacząłem biec. Trzeba było przebiec ok. 10 m. po podwórku i wbiec na świetlicę, która znajdowała się na piętrze. Bito szczególnie po głowach i po nogach. Szczególnie odczułem ciosy w głowę. Chroniłem się rękami ale niestety nie miałem rękawiczek. Jakieś 5 metrów przed świetlicą ZOMO-wiec podstawił mi nogę i przewróciłem się. Wtedy to ciosy były szczególnie bolesne, gdyż by móc się podnieść odsłoniłem głowę. Kiedy się podniosłem dopadł mnie jeden, uderzył kilka razy w żołądek i wepchnął na świetlicę. Tak właśnie wygląda to, co nosi nazwę popularnej „ścieżki zdrowia”. Stojąc na świetlicy poczułem się strasznie słaby, dokuczały mi nudności. Jednak zaliczałem się i tak do tych wytrzymalszych. Dlaczego – o tym napiszę za chwilę. Po kilkunastu minutach przyjechał następny transport, potem trzeci – ostatni. Ci ludzie wyglądali najgorzej. Byli złapani na mieście. Byli straszliwie pobici. Niektórzy mieli zakrwawione twarze i poplamione krwią ubrania. Niektórzy ludzie zaczęli mdleć. Padali nagle na podłogę. Na nasze okrzyki by zawołać lekarza ZOMO-wcy reagowali śmiechem i odpowiedziami np. w takim stylu „Jak się wypierdolili to teraz będą zdychać”. Niektórych ZOMO-wcy wynosili na podłogę i polewali wodą. Innych sami braliśmy pod okno. Oprócz ZOMO-wców pilnowały nas psy. Jedn z Zomo-wców specjalnie drażnił psa depcząc mu po ogonie.

Zaczęto znowu wyczytywać nazwiska. Wyczytani byli brani na przesłuchanie. Po niedługim czasie przyszła kolej i na mnie. Na korytarzu krzyczano by iść szybciej. Wszedłem do pokoju przesłuchań. Siedziało tam już 2 SB-ków. Kazali mi się rozebrać. Znowu się wystraszyłem. Myślałem że będą bić. Okazało się, że była to tylko dokładna rewizja. Musiałem się rozebrać cały do naga. Gdy kazali mi się ubrać odetchnąłem z ulgą. Kazali mi usiąść i zaczęło się przesłuchanie. Pytań było wiele. Starali się przede wszystkim zastraszyć i zaskoczyć. W pewnym momencie padło pytanie o Komitet Strajkowy na Uczelni. Kiedy powiedziałem, że nie wiem, kazali mi położyć ręce na stół i dwa razy dostałem pałką po palcach. Wytrzymałem to i z Komitetem Strajkowym dali spokój. Pytali również o Stocznię i o NZS, ale już nie zostałem pobity. Oprócz tego powiedzieli mi, że już nie będę tutaj bity. Dodali jednak, że tylko może przez przypadek. Potem okazało się, że przypadki chodzą po ludziach. Przesłuchanie trwało ok. 30 minut. Po nim zostałem sprowadzony do pokoju na dół. Znajdowało się w nim już kilka osób. Stwierdziłem, że i tak na tym przesłuchaniu miałem szezęście, gdyż dostałem stosunkowo niewiele. Stojąc jeszcze w świetlicy słyszeliśmy krzyki przesłuchiwanych ludzi. A bez powodu chyba nikt nie krzyczy.

Jeszcze tej nocy okazało się, że przypadki chodzą po ludziach, jak wspomniałem wcześniej. Otóż wchodząc do pokoju stwierdziłem, że wszyscy stoją. Stałem więc i ja. Po pewnym czasie wszedł jeden z ZOMO-wców i powiedział, że możemy sobie usiąść. Tak też zrobiliśmy. W pokoju tym było strasznie brudno. Komenda była w remoncie. Na podłodze rozsypane były resztki cementu. Jednak ważne było, że człowiek może siedzieć. Minęło trochę czasu i do pokoju wpadł inny ZOMO-wiec z okrzykiem „Kto pozwolił siadać”. Przy okazji tych, którzy siedzieli najbliżej drzwi uderzył. A ja znajdowałem się akurat blisko drzwi. Po pewnym czasie wszedł ten sam, który pozwolił nam usiąść. Krzyknął, że pozwolił nam siadać, a my robimy mu łaskę i znów uderzył kilku ludzi. Sytuacja ta powtarzała się jeszcze i nikt nie wiedział co wolno robić. Poza tym stosowano jeszcze inne efekty psychologiczne. Otóż bez przerwy czytano nazwiska i ludzie bez przerwy zmieniali pokoje. Ja zmieniłem na skutek tego pokój dwa razy. W każdym pokoju mówiono, że tu będą najwyższe wyroki.

Około południa w czwartek zaprowadzono mnie w kajdankach na wstępne przesłuchanie do prokuratora. Kobieta, która mnie przesłuchiwała była o wiele łagodniejsza od SB-ków. Poczęstowała mnie papierosem i dała kromkę chleba oraz kubek wody. Potem zostałem odprowadzony znowu do innego pokoju. Trzeba było znowu stać, a w stanie naprawdę ogromnego zmęczenia fizycznego i psychicznego była to wielka męka, którą wytrzymaliśmy z trudem. Jakąś godzinę po moim przyjściu do pokoju dostaliśmy pierwszy posiłek od prawie 40 godzin. Była nim ćwiartka bochenka chleba. Oprócz tego mogliśmy usiąść, wykorzystano nas również do sprzątania. Mi przypadła w udziale toaleta.

Noc była spokojniejsza od poprzedniej. Wiązało się to z atakiem padaczki jakiej dostał chłopak, który był w naszym pokoju. Zabrano go od nas, prawdopodobnie na pogotowie. Dopiero tej nocy zauważyłem, że mam wyszczerbiony ząb. Pisząc, że noc była spokojna mam na myśli to, że nikt w naszym pokoju nie został pobity. Cały czas czytano jednak nazwiska i trzeba było uważać, by nie przegapić swojego.

W piątek zaczęto nas wyprowadzać, pojedynczo oczywiście, w kajdankach na kolegium. Wtedy wymieniliśmy się adresami, by ten, kto znajdzie się na wolności mógł zawiadomić rodziny pozostałych ludzi, którzy mogli być wykupieni. Idąc na kolegium byłem pełen nadziei, że jeszcze dzisiaj wrócę do domu. Niestety dostałem 90 dni aresztu z zamianą na 5100 zł do zapłacenia bezzwłocznie, co praktycznie równało się odwiezieniu do aresztu, gdyż przy sobie nie miałem pieniędzy i zapłacić nie mogłem. Jednak była jeszcze nadzieja, że ktoś z wychodzących zawiadomi rodziców. Z tą nadzieją czekaliśmy do soboty do południa. To były najgorsze chwile, właśnie to czekanie. Ok. godz. 14-tej w sobotę odwieziono nas do więzienia na ul. Kurkową w Gdańsku. Spędziliśmy w nim zaledwie kilka godzin. Miałem szczęście. Rodzice zostali zawiadomieni, lecz nie zdążyli mnie wykupić w Pruszczu i zawadziłem o więzienie. Miałem już na sobie więzienny mundurek. Zdążono ogolić mi także głowę, ale najważniejsze było to, że jeszcze tego samego dnia znalazłem się w domu.

Do tej pory słyszę słowa pewnego starszego stoczniowca, który w momencie, kiedy ZOMO już było na stoczni, powiedział: „Dziś prawdopodobnie przegramy, ale to, że wy – studenci przyszliście na stocznię ma ogromne znaczenie i nie przejdzie bez echa”. Student z Gdańska

Gdańsk, dn. 29.01.1982


Dodam jeszcze, że negatyw wywołałem ukrywając się po wprowadzeniu stanu wojennego na wynajmowanej kwaterze na strychu w Gdańsku Wrzeszczu. Okna nie były zaciemnione. Wydawało mi się, że jest wystarczająco  ciemno. Przy wkręcaniu filmów na szpulę koreksu marki Krokus, oczywiście film się zaciął i nie chciał się wkręcić. Raptem w ulicę wjechał jakiś samochód i trochę światła wpadło w okna. Cała końcówka filmu została zadymiona i nie można zrobić, choćby tylko przyzwoitych, skanów czy odbitek. Z trudem coś mogę zrobić z klatkami do połowy filmu. Drugi film w całości poszedł w diabły i dlatego nie mam zdjęć z walk w Gdańsku 16 i 17 grudnia 1981.



Kontakt ze mną:


biernacki.leszek@wp.pl


Dodaj komentarz