Ksiądz Józef Tischner, czyli Sumienie „Solidarności”

Leszek Biernacki



W 1977 roku pisał: „Starałem się przywołać na pomoc najbliższą mi myśl europejską dla ratowania naszej polskiej nadziei. [...] W mojej naturze leży egoizm. Nie mam zamiaru ratować nadziei Niemców, pokazując im Husserla, ani Francuzów, ucząc ich Bergsona czy Ricoeura. Ja sam jednak nie mogę nie znać tych panów. Powinienem ich znać, bo z tego może być pożytek przy szukaniu odpowiedzi na pytania zrodzone na tej ziemi. Egoizm jest zawsze źródłem ciasnoty. Wybrałem, aby być ciasnym i tępym filozofem Sarmatów.” Dorzucił przy tym: „Staram się im wymyślać i dobrze im radzić. Na szczęście niezbyt mnie słuchają, więc i wina moja nie będzie zbyt wielka” (Myślenie według wartości, Wydawnictwo Znak, Kraków 1982, s. 11). Nie przypuszczał wtedy, że jego głos stanie się niebawem jednym z najbardziej uważnie słuchanych.




Ks. Józef Tischner podczas przemówienia w katedrze na Wawelu do delegacji "S" 19 X 1980 r. Fot. © Leszek Biernacki




W sierpniu 1980 r. był za granicą – w Austrii i we Włoszech. Wspominał: „Jedliśmy z Papieżem kolację, kiedy włoska telewizja pokazała zdjęcia z Gdańska. Brama strajkującej Stoczni. Tłum ludzi. Na sztachetach stoczniowego płotu pozatykane bukiety kwiatów. Kamera najeżdża na bramę i między tymi kwiatami pokazuje portret Jana Pawła II. A ten Papież siedzi obok mnie. Skulił się. Nie powiedział słowa. Myśmy też zamilkli. Nie było jeszcze wiadomo, jak to się wszystko skończy. Powszechne było przekonanie, że to on nabroił”. Tischner wrócił do Polski we wrześniu, jak mówił, gdy było już »po ptokach«”. W tym czasie kończył trwającą trzy lata pracy książkę o spotkaniu marksizmu z chrześcijaństwem: Polski kształt dialogu.

19 października przyjechali do Krakowa przywódcy organizującej się „Solidarności”: Anna Walentynowicz, Lech Wałęsa, Marian Jurczyk i inni. Witało ich tysiące mieszkańców Krakowa z Mieczysławem Gilem na czele. Mszę na Wawelu odprawił kanonik wawelski ksiądz Stanisław Czartoryski. Poproszono Tischnera, żeby powiedział kazanie, gdyż akurat nie było na miejscu żadnego biskupa. Przez chwilę się wahał, ale: „Jak trzeba, to trzeba. Od tego jestem”.

Na Wawelu, Tischner określił „Solidarność” słowami: „Jeden drugiego ciężary noście”. Czyli jako gotowość do ofiary, która w 1980 r. wydawała się czymś oczywistym. Powiedział jeszcze coś o wiele bardziej istotnego: „Najgłębsza solidarność jest solidarnością sumień”. Słowa księdza Tischnera wygłoszone w dostojnych wnętrzach katedry, w których spoczywają polscy królowie zrobiły ogromne wrażenie. Jednak już w najbliższych dniach mnogość następujących po sobie kolejnych wydarzeń, spotkania z tłumami ludzi świętujących powstanie „Solidarności” zepchnęły gdzieś na dalszy plan tischnerowskie credo. Było ono jednak stale, choć nie zawsze uświadamiane, obecne przy ocenie wydarzeń i ludzi, czasem gorzkiej ocenie… Drogowskaz, że „najprawdziwszą solidarnością jest solidarność sumień”, a sumienie świadczy o godności człowieka, pozostał na całe życie. Tischner wspominał, że poszedł z tekstem tego kazania do redakcji „Tygodnika Powszechnego”, a tam Krzysztof Kozłowski powiedział mu, aby pisał o „Solidarności” dalej. W ten sposób powstała Etyka solidarności.

Tischner podkreślał: „Solidarność jest dziełem nie tylko tych, którzy zawsze mieli sumienia, ale również tych, którzy je w sobie odbudowali”. Tischnera intrygowało od dawna szczególnie zjawisko wyzysku w socjalizmie. Zaproponował spojrzenie na pracę jako na coś analogicznego do języka: etykę pracy zbudował na wzór etyki mowy. Socjalizm był ustrojem, który „kłamstwo pracy” doprowadził do monstrualnych rozmiarów. Praca w socjalizmie przestała służyć porozumieniu ludzi i w efekcie – stała się „bełkotem”.


Kazanie, które wygłosił przed rozpoczęciem obrad I Zjazdu Delegatów „Solidarności” w hali „Olivii” w 1981 r., zatytułował Niepodległość pracy. Mówił do delegatów, że dlatego się zgromadzili w jednym miejscu, bo „polska praca jest chora”. Mówił o konieczności „pracy nad pracą” – te słowa przypomniał w czerwcu 1987 r. na Zaspie Jan Paweł II. Żadnego innego żyjącego filozofa nie spotkało podobne wyróżnienie. Na pełny program ideowy „Solidarności”, który przyjęto na I Zjeździe składa się wiele uchwał, w tym kazanie ks. Tischnera. To kazanie oraz jego książka Etyka solidarności wraz z całym dorobkiem zjazdu jest kompletnym wyrazem idei ludzi, którzy łączyli się w swych działaniach w wielomilionowym ruchu solidarności, a w stanie wojennym walczyli o to, aby „Solidarność” mogła działać legalnie i przyczyniła się do tego, że marzenia o demokracji staną się realnością.

Wówczas w „Solidarności” przeważał pogląd, że niezbędne jest kontynuowanie linii „samoograniczającej się rewolucji”. Jednak narastało niezadowolenie, wywołane głównie załamaniem się zaopatrzenia w żywność. Stąd dochodziło do radykalizacji. Manifestacje i wrogi stosunek władz powodowały potęgowanie napięć. Podczas Zjazdu kierownictwo „Solidarności” przy wsparciu duchownych starało się utrzymać linię umiarkowaną. Inaczej sprawa przedstawiała się w regionach i ogniwach lokalnych, w których działania coraz bardziej wymykały się spod kontroli centrali Związku. Siłą rzeczy, zapewne wbrew intencji pomysłodawców, jedną z przyczyn radykalizacji było Posłanie do ludzi pracy Europy Wschodniej, gdyż oznaczało ono przekroczenie pewnej bariery psychicznej zdefiniowanej w „samoograniczającej się rewolucji”. Arcybiskup Bronisław Dąbrowski w sprawozdaniu z rozmowy z Janem Pawłem II odbytej w Watykanie w dniu 22 września 1981 r. zanotował: „Ojciec św. bardzo interesował się sytuacją w kraju. Wysłuchał naszego sprawozdania ze spotkania z kierownictwem politycznym PRL w dniu 17 IX 1981 oraz informacji o przebiegu I części Zjazdu NSZZ »Solidarność« w Gdańsku. Jan Paweł II bardzo pragnie, aby Episkopat odgrywał rolę siły trzeciej, modernizującej i uspokajającej tendencje ekstremalne i napięciowe tak w kierownictwie pol. PRL, jak i Solidarności. Ojciec św. podziela stanowisko Episkopatu i jest za dialogiem między tymi dwoma partnerami. W czasie kolacji kontynuowaliśmy rozmowę na temat sytuacji w kraju i jej błędnej oceny przez włoskie środki przekazu” (P. Raina, Arcybiskup Dąbrowski – rozmowy watykańskie, Pax, Warszawa 2001, s. 233).

Ks. Tischner był kapelanem „Solidarności”: głosił homilie na solidarnościowych mszach, święcił sztandary, a w stanie wojennym jeździł do obozów dla internowanych i pomagał przetrzymywanym tam działaczom. Etyka solidarności miała w podziemiu dziesiątki wydań, ale mimo to refleksji Tischnera o etosie „Solidarności”, że jest to wspólna praca nad pracą nikt nie podjął. W stanie wojennym zapomniano, niestety, także o tym, co pisał o dialogu i sumieniu.


W latach 80. austriackie kontakty Tischnera zaowocowały sprowadzeniem na Podhale maszyn rolniczych oraz wysłaniem młodych gospodarzy do szkoły rolniczej w Grazu lub na praktyki u austriackich rolników. Cała akcja stała się ryzykowna w momencie, kiedy wybuchł stan wojenny. Tischner wspominał: „Jedyny moment strachu, który miałem [po 13 grudnia], był wtedy, kiedy się dowiedziałem, że z Austrii jedzie transport trzydziestu sześciu wagonów wyładowanych maszynami rolniczymi dla chłopskiej »Solidarności« w Nowym Targu. [...] Trza było zorganizować Kościół i chłopów do wzięcia tego. Rozładowaliśmy ten pociąg w ciągu kilku godzin. UB zorientowało się dopiero dwa dni po tym, jak maszyny zniknęły”. Tłumacząc sens całego przedsięwzięcia, nawiązał do „Etyki solidarności”: „Trzeba było dać chłopom narzędzia do ręki. Bo przecież w PRL narzędzia zostały upaństwowione, a poprzez narzędzia upaństwowieni byli i ludzie. Żeby mogli odzyskać wolność, musieli mieć czym pracować”.

Od 1982 roku rozpoczął sierpniowe msze w kaplicy partyzanckiej pod Turbaczem; już pierwsza, ogłoszona „wieścią gminną”, zgromadziła dwa tysiące wiernych, wtedy głównie z Łopusznej i Nowego Targu. W kolejnych latach było coraz więcej uczestników. Po stanie wojennym wielu ludzi było zniechęconych, miało poczucie przegranej. Ks. Tischner cytował im słowa jednego z bohaterów Tetmajera: „Wse wirchował nie bedzies, ale coś uwirchował, to twoje”. Zbiory jego kazań z okresu stanu wojennego zostały wydane w tomie Ducha nie gaście. Stałe przypominanie o etyce pracy z jednej strony i godności robotników z drugiej przyczyniło się do tego, że „Solidarność” nie była tylko zwykłym związkiem zawodowym, ale wielkim ruchem na rzecz zmian społecznych, który obalił komunizm.


Jedno z jego najbardziej przejmujących przemówień, znane pod tytułem Utopcie w Wiśle cały naród, poświęcił zamordowanemu księdzu Jerzemu Popiełuszce:

„Nie wiem, czy Wy tak odczuwaliście, ale ja czułem tak jakoś: dlaczego właściwie on, a nie ja? Przecież tam, gdzie zasadą i źródłem czynu jest bezprawie, każdy może być zabity. Mógł być zabity każdy ksiądz tutejszej parafii, mogłeś być zabity ty – ty, który stoisz w tym kościele, i ty, który znajdziesz się poza kościołem. Sytuacja bezprawia zagraża wszystkim. Dziś on, jutro ty, twój brat, a nawet – powiedzmy to jasno – twój towarzysz. Wszyscy są podejrzani, wszyscy mogą być obwinieni, wszyscy mogą być zabici. A więc dlaczego on, a nie ty, nie ja? Jestem głęboko przekonany, że nie ma w tej chwili w tym kościele człowieka, który sobie nie mógł takiego pytania postawić. Ile razy zdarzy się wśród nas przypadek bezprawia, tyle razy ciśnie się na usta pytanie: dlaczego właściwie on, a nie ja? Bezprawie dopuszcza wszystko przeciw wszystkim. Każdy jest wtedy winny. Jeśli tak, to – proszę bardzo – utopcie w Wiśle cały naród”.

(tekst wygłoszony podczas „Tygodnia Kultury Chrześcijańskiej na Podhalu”, Nowy Targ, jesień 1984 r.).


W tekście Prymasowe dziedzictwo z 1986 r. Tischner opisywał sytuację Kościoła w Polsce rządzonej przez komunistów. Kościół stanął przed podwójnym zadaniem: obrony wiary przed zewnętrznymi zagrożeniami oraz utrzymania i pogłębiania życia religijnego w narodzie. „Można się było zgubić w walce, zaniedbując konkretne dusze, i można się było poświęcić konkretnym duszom, zaniedbując wymagania chwili. [...] Kościół w Polsce uniknął tych skrajności. A stało się to dzięki głębszemu zrozumieniu istoty apostolstwa. [...] Niektórym się zdawało, że religię ocala się za pomocą sił, które znajdują się poza religią. Zapomniano, że wszystkie te siły także wymagają ocalenia. Prymas inaczej: aby ocalić religię, trzeba uczynić ją tym bardziej religią. Religia to więź”. Słowa o więzi ks. Tischner powtarzał wielokrotnie. Była to myśl przewodnia szeregu rekolekcji, artykułów i wywiadów. Uważał, że nie jest religią dzielenie ludzi, rysowanie granic, wskazywanie wrogów. Religią jest więź „powiernictwa nadziei”. Kościół miał się odwoływać do nadziei, bo niemożliwa jest wierność i zdolność do ofiary bez zaufania i bez świadomości, że „nie sobie żyjemy”. Stawiał jasno kwestię przed polskim Kościołem w latach 90.: czy jest on Kościołem nadziei, czy Kościołem przetrwania, albo i Kościołem walki? Pytał czy polski chrześcijanin wierząc w Boga, wierzy równocześnie w człowieka?


Po czerwcu 1989 r. ostrzegał, że wolność jest nie tylko darem, ale przede wszystkim wyzwaniem. Zwłaszcza w społeczeństwach, które żyły przez lata w komunizmie i musiały zostać nim skażone.

Uważał, że dla zrozumienia współczesności, zmian zachodzących w całym świecie, perspektywa Polski jest ważniejsza od perspektywy krajów Zachodu. W Polsce stworzono piekło obozów koncentracyjnych, następnie jeden totalitaryzm zastąpiony został drugim, a w końcu ukazała się w Polsce droga przezwyciężenia systemu komunistycznego – wspólnotą solidarności ludzi dobrej woli. Żaden inny kraj nie miał takiej perspektywy, nigdzie wszystkie najważniejsze wydarzenia XX wieku nie były tak znane i odczute jak w Polsce.

W eseju Wiara w mrocznych czasach („Znak” 1992, nr 4, s. 5–16) pisał: „Co współczesna myśl europejska może ofiarować, człowiekowi, który opuścił »archipelag Gułag«? Co ma mu do powiedzenia egzystencjalizm, strukturalizm, psychoanaliza, hermeneutyka, filozofia języka a także neotomizm? Czy poradzi mu, aby odwrócił swą uwagę i przestał zajmować się koszmarami? Czy powie, że obraz Boga po Oświęcimiu może pozostać taki sam, jaki był przed Oświęcimiem, a obraz człowieka po Gułagu taki sam jak przed Gułagiem? Czy będzie przekonywać, że w gruncie rzeczy nic się nie stało? Że wszystkie totalitaryzmy były jedynie smutnym wypadkiem przy pracy rozumu europejskiego, który poza tym buduje całkiem szczęśliwy świat?”. Zastanawiał się w tym tekście nad zasianym przez wiek XX złem w ludziach: „Dziś czasy totalitaryzmu powoli stają się wspomnieniem. Nie znaczy to jednak, że przestały być problemem. Staje przed nami zadanie zrozumienia tego, co przeżyliśmy [...]. Totalitaryzm przyniósł ze sobą szczególnie ostre, bezpośrednie i wręcz wstrząsające doświadczenie zła. [...] Toatlitaryzm wyzwolił w ludziach okrucieństwo, które w ostatecznym rozrachunku polega na tajemniczym zamiłowaniu do zła. Tylko w wyniku czegoś takiego mogły powstać obozy koncentracyjne, systemy kontroli społecznej, instytucje produkujące kłamstwa, w końcu nie znane dotąd na taką skalę ludobójstwo. Totalitaryzm potrafił wydobyć z człowieka najgorsze siły, by dzięki nim utrzymać się przy istnieniu”. Twierdził, że przezwyciężenie totalitaryzmu musi się dokonać za sprawą wydobycia z człowieka wszytko co najlepsze i budowania. Spór z totalitaryzmem toczył Tischner do końca życia. Nic innego nie było dla niego ważniejsze.


Tischner zwracał uwagę na cechy myślenia politycznego, które szczególnie w warunkach totalitaryzmu jaskrawo się uwidaczniały:

„Myślenie polityczne […] stawia pytanie: kto jest z nami a kto przeciw? Pytając tak, myślenie budzi podejrzenia. Potem demaskuje, agituje a w końcu denuncjuje. Podstawą jego pracy jest klasyfikacja. Szuflady są znane: postępowy i wsteczny, burżuazyjny i proletariacki, rewizjonistyczny i dogmatyczny, rewolucyjny i antyrewolucyjny. Zabiegi klasyfikacyjne są podstawą skojarzeń lękowych: mniejsza co znaczą, ważne, by budziły lęk. Ale ich ostatecznym celem jest czyn. Czynem pierwszym ma być deklaracja przynależności do właściwego obozu i właściwego nurtu. Deklaracja taka powinna być tak mocna, by mogła zarażać innych. [...] Tak w łonie społeczeństwa rodzi się twórczy geniusz kłamstwa. Zarażeni sami zaczynają podejrzewać, demaskować, agitować, denuncjować. I oto ostatecznie chodzi. [...] Wszystko sprowadza się w końcu do prostego – My i Oni. [...] Kłamstwo raz puszczone w ruch rozmnaża się samo. [...] Najważniejszy jest styl myślenia. Ten przenika i panoszy się wszędzie. Zaś jego zasadą jest: uniwersalna podejrzliwość. Nikt już nie jest w stanie nikomu wierzyć. Wątpliwe stają się nawet najbardziej oczywiste prawdy”.
(Polski Młyn, Wydawnictwo „Nasza Przeszłość”, Kraków 1991, s. 129-131).


Tłumaczył, że myślenie polityczne nie zajmuje się opisywaniem faktów i rozważaniem argumentów, lecz „zaczyna od postawienia kluczowego pytania polityki: kto za mną, a kto przeciwko mnie? [...] Myślenie nasze zaczyna od podejrzenia: może jesteś przeciwko mnie? A jeśli jesteś przeciwko mnie, to muszę znaleźć sposób, aby cię skłonić do poddania się. [...] Aby wywołać uznanie i uciszyć możliwy bunt, rozum polityczny posługuje się z jednej strony groźbą, a z drugiej – obietnicą”
(Filozofia dramatu, Wydawnictwo Znak, Kraków 1998, s. 167–168).


Przeciwieństwem myślenia politycznego miało być myślenie ewangeliczne. Totalitaryzm miał zostać zastąpiony wizją Boga, człowieka i wspólnoty, a rządzić miała „logika” dobra i wolności, gdzie wolność to „sposób istnienia dobra”. Myślenie ewangeliczne, którym miało cechować się nowe pokolenie, nawet, gdy polegało na krytyce, to „zawsze kryje w sobie moment subtelnej sympatii dla tego, kto padł ofiarą błędu. [...] Subtelny moment »myślenia dla kogoś« nadal pozostaje znakiem, który odróżnia myśliciela chrześcijańskiego od myśliciela ze świata przeciwnego. Moment ten odróżnia go od ideologa, który w swoim myśleniu nie jest w stanie porzucić kategorii wroga” (W krainie schorowanej wyobraźni, Wydawnictwo Znak, Kraków 1998, s. 269–270). Nakazywał myśleć w horyzoncie dobra, gdyż tylko na tym fundamencie mogła powstać „wspólnota ludzi dobrej woli”, budująca więzi społeczne oparte na prawdzie, wierności, zaufaniu i wzajemnej solidarności. Takie myślenie było skrajnym przeciwieństwem „myślenia politycznego” i pełnego zbrodni oraz zdrady totalitarnego świata.


W latach 90. był twórcą scenariusza i narratorem Siedmiu grzechów głównych po góralsku oraz autorem pisanej stylizowaną gwarą Historii filozofii. Na wykładach twierdził, że w filozofii tylko to jest coś warte, co daje się przełożyć na góralski. Nie był już kapelanem „Solidarności”, został kapelanem Związku Podhalan.

Był „duszpasterzem nadziei”. Słowo „nadzieja” jest jednym z kluczowych słów w jego esejach filozoficznych i religijnych, w publicystyce, w kazaniach. Pisał we wstępie do pierwszej książki: „nadzieja jest, jak wierzę, najwłaściwszą dla nas perspektywą odkrywania i oglądania prawdy, prawdy o chrześcijaństwie, o człowieku, o naszym świecie”. Nadzieja ochrania bowiem to, co jest rdzeniem osoby – poczucie sensu własnego życia, nadzieją na znalezienie jego wartości.

Zmiana ustroju miała dokonać się w Polsce w sferze ekonomicznej i prawnej. Nowy system zakładał: przemiany własnościowe, wprowadzenie mechanizmów rynkowych, zmiany systemu podatkowego i systemu bankowego, nowelizację prawa budżetowego, likwidację struktur monopolistycznych, modyfikację zasad indeksacji płac, przeciwdziałanie inflacyjnemu wzrostowi wynagrodzeń, rozpoczęcie prywatyzacji, wprowadzenie bonów żywnościowych, częściowe pokrycie czynszów i kosztów ogrzewania mieszkań, reorganizację systemu pomocy społecznej, waloryzację emerytur i rent w relacji do płac. Polska wchodziła w epokę ustrojowej transformacji z garbem epoki komunistycznej.

Od początku lat 90. pojawiło się w tekstach ks. Tischnera określenie: homo sovieticus. Oznaczało postawy złodziejsko-żebracze, klientów komunistycznego państwa. Zastanawiał się nad problemem „dekomunizacji” – od strony etycznej. Był to problem wzajemnej relacji sprawiedliwości i miłosierdzia. W świecie totalitarnym stosunkami międzyludzkimi rządziła „logika zła”, „logika” podejrzliwości, walki i zdrady. W świecie demokracji miała otworzyć się przestrzeń dla „logiki dobra”. Dostrzegł konflikt między „logiką” miłości i „logiką” sprawiedliwości. Ważniejsza była miłość, ale nie można było zrezygnować ze sprawiedliwości, która z kolei nie mogła niweczyć miłości. Zwraca uwagę na to, jak ważna w wymierzaniu sprawiedliwości jest instytucja obiektywnego sądu, że potrzebna jest solidarność również z krzywdzicielami – nie z ich zbrodniami, lecz z ich człowieczeństwem.

Nie dostrzegał w tych, którzy obalili komunizm i mieli stosować się do myślenia ewangelicznego dostatecznej woli do posługiwania się „logiką dobra”:

„Zajmowałem się kiedyś bliżej językiem polityki w czasie komunizmu, z czego wyniknął potem artykuł pt. Kłamstwo polityczne. Dziś nie mogę się opędzić od kojarzenia podobieństw. Ten sam podział świata wedle ideologii wrogów i sojuszników, ta sama perfekcja w oskarżaniu, pomawianiu, podejrzewaniu i wyrokowaniu. W komunizmie było to zrozumiałe, ponieważ wynikało z określonej koncepcji prawdy. W chrześcijaństwie jednak koncepcja prawdy jest inna i inny styl jej osiągania. Uderzające podobieństwa stylów mogą być wynikiem jedynie samej tylko bezmyślności. Bezmyślność polega nie tylko na tym, że nie dąży się do pokazania sprawy od wielu stron, ale również na tym, że nie stawia się pytania, co z takiego sposobu »myślenia« wynika. Czy przeciwnik, którego dziś poniżymy, oskarżymy, osaczymy podejrzeniami i publicznie sponiewieramy, przyjdzie jutro do nas, by z naszych rąk przyjąć chrzest? Styl polemik wskazuje wyraźnie, że nie chodzi w nich o ewangelizację, lecz o władzę”.

(Nieszczęsny dar wolności, Wydawnictwo Znak, Kraków 1993, s. 19).

Gdy był coraz bardziej chory powstawały rozmowy zebrane w tomie Przekonać Pana Boga. Pozostała ona niedokończona. Ukazał się w niej kapłan stawiający sobie i innym bardzo wysokie wymagania. Wcześniej żartobliwie cytował góralskie powiedzenie: „Nie będziesz cudzołożył, nie będziesz się mnożył”. Pod koniec życia zaś mówił, że ktoś, kto nie uważa zdrady małżeńskiej za grzech, nie powinien iść do spowiedzi, ale raczej iść się ochrzcić… Rozumiał wolność, jako „sposób istnienia dobra”. Powtarzał z mocą, że człowiek jest istotą powołaną do heroizmu: „Człowiek jest zdolny do największych ofiar, jeżeli widzi, że to ma sens”.

Zapytany „Czy zdarza się Księdzu Profesorowi spierać z Bogiem?”, odpowiadał: „Stale to robię. Co prawda, kiedyś pewna dziewczynka powiedziała mi, że podejrzewa, iż odprawiając Mszę, opowiadam Panu Bogu kawały, ale nie miała racji. Zwłaszcza czytając brewiarz, natrafiam na jeden wielki ciąg pytań. To porażająca lektura. Ile w nim żydowskiego nacjonalizmu! Ile okrucieństwa! Pojawia się pytanie, w jakim sensie są to teksty objawione. A zaraz za nim ciśnie się pytanie, ile zła zrobiono w historii w oparciu o te teksty. No to się pytam”. „Odpowiada?” „Mówi, żebym pogłówkował: »Od tego ci dałem rozum«”.


Po jego śmierci Jan Paweł II napisał z Watykanu 29 czerwca 2000 r.:

„Z głębokim żalem przyjąłem wiadomość o śmierci Księdza Profesora Józefa Tischnera. Przychodzą mi na myśl jego własne słowa:

„Kie pudziemy z tela, to nos bedzie skoda

Po górach, dolinach płakać bedzie woda”.

Głęboko odczuwam stratę tego Kapłana, który był człowiekiem Kościoła, zawsze zatroskanym o to, by w obronie prawdy nie stracić z oczu człowieka, którego Bóg wybrał, umiłował i odkupił, i który oczekuje zbawienia. Był obdarzony niezwykłym talentem obserwacji świata i życia. A wszystko, co dostrzegał, odnosił do Boga, który jest miłością. W tej perspektywie tworzył podwaliny do realizacji idei dialogu ze wszystkimi ludźmi dobrej woli, również z tymi, którzy nie zaznali łaski wiary. Filozof i teolog, który był otwarty na człowieka, a równocześnie nigdy nie zapominał o Bogu. Stworzył duchowe podstawy etyki solidarności, która dziś nadaje kierunek trudnym zmaganiom narodu polskiego o taki kształt demokracji, w której byłaby respektowana godność każdej osoby ludzkiej.

Wspominam nasze ostatnie spotkanie na Wawelu, podczas mojej pielgrzymki do Polski. Był już wtedy głęboko dotknięty cierpieniem. Wiem, że znosił je z pełną świadomością i pogodą ducha, która wypływała z wiary w nieskończone miłosierdzie Boże i ze zjednoczenia z cierpiącym Chrystusem. Do końca starał się tworzyć, a perspektywa rychłego spotkania z Panem nadawała jego twórczości szczególny wymiar świadectwa.

Proszę Boga, aby przyjął ofiarę jego owocnego życia i długotrwałego cierpienia, i by wprowadził go do swojej chwały. W ten sposób łączę się w modlitwie za duszę drogiego Księdza Józefa z jego Rodziną i ze wszystkimi Uczestnikami uroczystości pogrzebowej w Krakowie i w Łopusznej. Wszystkim też z serca błogosławię: W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”.


Na podstawie:

http://tischner.pl/

http://www.tygodnik.com.pl/ludzie/tischner/index.html

Wojciech Bonowicz, Nie sobie żyjemy, nie sobie umieramy, 2000 Tygodnik Powszechny, http://www.tygodnik.com.pl/ludzie/tischner/bonowicz.html

Zbigniew Stawrowski, O pewnej fundamentalnej iluzji. Polemiczny komentarz do myślenia politycznego Józefa Tischnera, tekst referatu wygłoszonego w Krakowie 6 maja 2004 r. na konferencji naukowej „Józefa Tischnera refleksja nad życiem publicznym”, http://www.tischner.org.pl/artykulym.php?pid=21


Leszek Biernacki

Dodaj komentarz