Bogdan Borusewicz o strajku w sierpniu 1980 r.


Dzień jedności, z Bogdanem Borusewiczem rozmawiał Jarosław Kurski,  „Gazeta Wyborcza” 19-20.08.2000, nr 193.


Jarosław Kurski: Dlaczego Sierpień ‘80 zaczął się w Gdańsku, w Stoczni?

Bogdan Borusewicz: Na Stocznię oddziaływaliśmy od roku 1977 poprzez „Robotnika”, pismo kolportowane przez Wolne Związki Zawodowe Wybrzeża. W samym roku 1980 co dwa tygodnie w Stoczni rozchodził się tysiąc egzemplarzy tej gazetki. Zakładałem, że jeden egzemplarz „Robotnika” czytały trzy osoby. To dawało dość duży potencjał ludzi uświadomionych. Ponadto pamięć Grudnia ‘70 była na Wybrzeżu bardzo silna. To miało olbrzymie znaczenie.

– Ale przedsierpniowa opozycja była bardzo nieliczna, a jej wpływy marginalne.

– Tak było przez wiele lat. W 1980 r. nastąpił przełom. W lutym odbyły się wybory do Sejmu PRL. W Gdańsku Wolne Związki wezwały do ich bojkotu. Rozkolportowaliśmy 30 tys. ulotek. Frekwencja, wedle oficjalnych komunikatów, wynosiła 92,24 proc. To był szok. W PRL frekwencja sięgała zwykle ponad 98 proc. To był pierwszy sygnał, że mamy wpływ na społeczeństwo. Dotąd działalność opozycji była nieefektywna. Przez lata nie było większego odzewu. Owszem, zgłaszali się pojedynczy ludzie, małe grupy. Wtedy po raz pierwszy nasze działania przyniosły efekt na skalę masową.

– Kto zdecydował, że w Stoczni ma być strajk?

– To była moja decyzja. Od 1 sierpnia mieszkałem poza domem i przygotowywałem ten strajk. Począwszy od spraw technicznych, po psychologiczne nastawienie grupy inicjującej. To były trzy osoby z Wolnych Związków: Bogdan Felski, Ludwik Prądziński i Jerzy Borowczak, bardzo młodzi stoczniowcy.

– Jak Pan ich przekonywał?

– W czasie jednego ze spotkań doszło do sytuacji, która ułatwiła mi pracę instruktażową. Prądziński powiedział: słyszałem na statku, że dziś miał być strajk, ale żadnego strajku nie było.

– Kiedy to było?

– Na samym początku sierpnia. Na to Felski: tak, to ja dziś rano powiedziałem na swoim statku, że będzie strajk. Zorientowałem się, że to, co powiedział Felski na jednym ze statków, obiegło całą Stocznię i trafiło do Prądzińskiego, który pracował w zupełnie innym miejscu. To oznaczało, że jest atmosfera strajkowa. „No dobrze, chłopaki”, przekonywałem „ ale jeśli mówicie, że jest strajk, to go zróbcie, bo za was nikt go nie zrobi. Zacząć trzeba nie na statku, gdy już wszyscy pracują, ale w szatni, przed rozpoczęciem pracy. Musicie wyjść z transparentami, uformować pochód, przejść po innych wydziałach, tak żeby wszyscy widzieli, co się dzieje. Gadaniem się strajku nie zrobi”. Spotkałem się z nimi kilkakrotnie u Felskiego przy ul. Ojcowskiej 73. Wcześniej rozmawiałem z każdym z osobna. Zastanawiałem się, czy będą w stanie udźwignąć ciężar tego strajku. W końcu im powiedziałem, co było chyba decydującym argumentem: „Nie mam złudzeń, że po wyrzuceniu z pracy Anny Walentynowicz jesteście następni w kolejce. Tym strajkiem bronicie też własnej skóry”.

– Jak wyglądały przygotowania? Co było najważniejsze?

– Wszystko było ważne. Po pierwsze: ulotki. Ulotka była tak zredagowana, że ewentualna wpadka podczas druku nie dekonspirowała przygotowań do strajku.

– Ulotka nie wzywała do strajku?

– Nie. Opisywała tylko sprawę zwolnienia z pracy Anny Walentynowicz. Do strajku mieli wezwać Felski, Borowczak i Prądziński. Obliczyłem, że każdy stoczniowiec powinien otrzymać ulotkę do ręki. Uważałem, że ci trzej nie będą w stanie powiedzieć 12 tys. ludzi, o co chodzi. Ulotek wydrukowano 12 tys. Drukował Piotr Kapczyński w Nowym Porcie w mieszkaniu Józefa Przybylskiego oraz ja na powielaczu spirytusowym przy ul. Matejki w mieszkaniu Ligii Kilińskiej.

– Powołałem cztery grupy ulotkowe. Trzy z nich miały rozrzucić ulotki w kolejkach dojazdowych Szybkiej Kolei Miejskiej od strony Sopotu, jedna od strony Pruszcza Gdańskiego. Grupami ulotkowymi od strony Sopotu dowodził Tomasz Wojdakowski (po stanie wojennym na emigracji w USA). W grupach ulotkowych wyróżniali się młodzi stoczniowcy wyrzuceni ze Stoczni Północnej: Andrzej Karandziej, Mieczysław Klamrowski oraz Runowski  imienia już nie pamiętam (dwaj ostatni na emigracji w Niemczech). Grupą działającą od strony Pruszcza Gdańskiego dowodził Lech Wałęsa.

– Kto i kiedy miał dać sygnał do strajku?

– Ustaliłem z wymienioną trójką, że do strajku trzeba wezwać przed podjęciem pracy, gdy ludzie zgromadzą się w szatniach. Jedynym elementem, który mógł spowodować dekonspirację, były trzy transparenty zrobione przez braci Petryckich z Wyższej Szkoły Plastycznej. Wypisano na nich żądanie przywrócenia Anny Walentynowicz do pracy i podwyżki płac. Zostały wykonane tuż przed akcją. To wszystko wymagało koordynacji. Pierwszą datę wyznaczyłem na 12 sierpnia.

– Dlaczego właśnie wtedy?

– To był wtorek. Uważałem, że strajk trzeba rozpocząć na początku tygodnia, bo jeśli strajk się przeciągnie, ludzie na weekend będą chcieli iść do domu. Niestety, nie ze wszystkim zdążyliśmy. 10 sierpnia w mieszkaniu Piotra Dyka i jego żony przy ul. Sienkiewicza, niedaleko miejsca, gdzie się ukrywałem, gdańska opozycja świętowała zwolnienie Dariusza Kobzdeja i Tadeusza Szczudłowskiego aresztowanych po manifestacji 3 maja. Wtedy wywołałem na podwórze całą trójkę i Wałęsę. Wówczas Wałęsa dowiedział się o strajku. Powiedziałem im, że przesuwam strajk na 14 sierpnia, gdyż mam za mało czasu, by wszystko dograć i sprawdzić. To był ostatni termin z możliwych. Powiedziałem, że na teren Stoczni wchodzi także Wałęsa.

– Jak zareagował?

– Nie mówił „nie”, ale entuzjazmu nie wykazał. Rozumiałem to, bo cała akcja wyglądała na straceńczą. Dla mnie nie było istotne, czy Wałęsa wejdzie, czy nie. Liczyło się, że ci młodzi chłopcy będą mieli świadomość, że on wejdzie, że będą mieli wsparcie. Ważne było, żeby rozpoczęli. Obawiałem się, że jeśli oni nie będą mieli poczucia, że ktoś starszy ich wspiera, to mogą się załamać. Wałęsa miał wejść do Stoczni po rozdaniu ulotek na trasie z Pruszcza.

– W jaki sposób miał się przedostać na teren Stoczni?

– To były szczegóły, których już nie omawialiśmy. Każdy miał własne sposoby i musiał sobie radzić sam. Ustaliłem, co młodzi mają robić i kto idzie do jakiej szatni. Na dwa dni znowu się schowałem. Teraz o strajku wiedziało pięć osób. Tym piątym był Wałęsa.

– Nadchodzi 14 sierpnia, piąta rano. Gdzie Pan jest i co robi?

– Nadzoruję pracę trzech grup ulotkowych od strony Sopotu. Okazuje się, że szef jednej z grup zaspał. Potrzebna była improwizacja. Biorę te ulotki i razem z jego ludźmi rozdajemy je w pociągach. Spotykam też inną grupę ulotkową, która zapędza się na nasz teren. Poza tym wszystko idzie bez zarzutu.

– Potem przedostaje się Pan do Stoczni?

– Nie. Pozostaję na zewnątrz. Alina Pieńkowska, pielęgniarka ze stoczniowej przychodni, członkini Wolnych Związków, widzi, że w Stoczni zaczyna się strajk. Dzwoni do Jacka Kuronia. Ten dzwoni do Radia Wolna Europa. Już około godz. 10 rano informacja powraca drogą radiową do Polski. Telefony stoczniowe zostają odcięte, ale przychodnia stoczniowa ma jeszcze łączność. I to połączenie w pewnej chwili zostanie zerwane. Ale informacja już poszła w świat.

– Co Pan wówczas robi?

– Wchodzę do gdyńskiej Stoczni im. Komuny Paryskiej, gdzie jest samotny Andrzej Kołodziej, wyrzucony w styczniu 1980 r. ze Stoczni Gdańskiej za kolportowanie „Robotnika”. Wówczas zaleciłem mu zerwanie kontaktów z Wolnymi Związkami na trzy miesiące i zatrudnienie się w stoczni gdyńskiej. Kołodziej rozpoczyna pracę 14 sierpnia. Nie wie, że będzie strajk. Po pracy idzie do Stoczni Gdańskiej. Widzi, że strajk trwa, że jest komitet strajkowy i 15 sierpnia sam rozpoczyna strajk w Gdyni.

– Przecież nie zna nikogo w tej stoczni.

– Nie zna nikogo, nikt jego nie zna. Nie orientuje się nawet w topografii stoczni, porusza się po omacku. Piętnastego wieczorem wchodzę do Stoczni im. Komuny Paryskiej, podobnie jak inni ludzie z gdańskiej opozycji, którzy przenikają do strajkujących stoczni. Andrzej przejmuje radiowęzeł, zawiązuje komitet strajkowy. Wspieram go i w Stoczni Gdańskiej zjawiam się następnego dnia, w sobotę koło południa.

– Co się tam wówczas dzieje?

– Trafiam na końcówkę rozmów dyrekcji z przedstawicielami załogi. Komitet strajkowy popełnił błąd, godząc się na poszerzenie grupy negocjującej z dyrekcją o tzw. przedstawicieli załogi, którzy stanowili większość podczas tych rozmów. Annę Walentynowicz przywrócono do pracy, dyrekcja obiecała podwyżkę 1500 zł, Wałęsa chce kończyć strajk. I wtedy wpada zrozpaczona Henryka Krzywonos i woła do Wałęsy: „Zdradziłeś! Zatrzymałam tramwaje, rozpoczęłam strajk, teraz wyduszą nas jak pluskwy!”. Strasznie krzyczała. Dyrekcja wyłącza mikrofony. Radiowęzeł trąbi o porozumieniu.

– Nie przejęliście w Stoczni Gdańskiej radiowęzła?

– To był kolejny błąd. Radiowęzeł do 31 sierpnia był w rękach dyrekcji. Potem nie chcieliśmy wchodzić tam siłą. Natomiast klucze od drukarni dyrektor przekazał nam dopiero dziesiątego dnia strajku. Po podpisaniu porozumienia ludzie zaczynają się rozchodzić do domów.

– To był najbardziej dramatyczny moment. W Stoczni pozostała mniejszość – około tysiąca osób zatrzymanych przez Ewę Osowską, Annę Walentynowicz i Alinę Pieńkowską. Trzy kobiety stanęły na bramach i nawoływały, by nie opuszczać Stoczni. Gdyby władza wówczas zdecydowała się na pacyfikację, nie byłoby Sierpnia…

– Zapewne. Wystarczyłyby niewielkie siły. Ale było coś, o czym nie wiedzieliśmy. We władzach nie było komu podjąć decyzji. Edward Gierek przebywał na wczasach na Krymie. Nie wiedziałem o tym, planując strajk. Mieliśmy szczęście.

– To Pan wówczas de facto kierował strajkiem.

– Sytuacja wymagała podejmowania decyzji na bieżąco. Siedzieliśmy w Stoczni, podczas gdy na Wybrzeżu rozlała się fala strajków solidarnościowych. Trzeba było wymyślić Międzyzakładowy Komitet Strajkowy – rezydującą w Stoczni reprezentację wszystkich strajkujących zakładów. Stale trzeba było uważać, by nie wchodzili tam ludzie nikomu nie znani, by bezpieka nie przejęła kontroli nad komitetem.

Ad hoc trzeba było rozstrzygać, kogo wpuszczamy, a kogo nie. Pojawił się problem, czy wpuszczamy dziennikarzy. Uważałem, że strajk powinien być otwarty, nie mamy nic do ukrycia. Postanowiłem otworzyć bramy dla wszystkich dziennikarzy – nie tylko zagranicznych, ale i reżimowych. Innych zresztą nie było. Dziennikarze byli wówczas naszymi sprzymierzeńcami.

– Nawet jeśli pisali kłamstwa?

– Tak, bo siłą rzeczy informowali o strajku.

– Jak powstawała lista postulatów?

– Spontanicznie, w łonie komitetu strajkowego i Wolnych Związków. Postulaty to miała być ta chorągiew – jak buńczuk, wokół którego gromadziło się wojsko tatarskie. I to wojsko mówiło: popieramy 21 postulatów.

W niedzielę rano wziąłem postulaty. Pogrupowałem je. Ich kolejność zapowiadała taktykę. Pierwsze dotyczyły niezależnych związków, zniesienia cenzury, bezpieczeństwa dla strajkujących. Skreśliłem wolne wybory, które dopisał Tadeusz Szczudłowski. Skreśliłem żądanie zniesienia cenzury – w zamian napisałem „ograniczenie cenzury” i dodałem mszę w radiu. Wiedziałem, że w NRD są msze w radiu, a zatem był to postulat realny. Ten postulat obliczony był także na uzyskanie wsparcia Kościoła. Bałem się, że Kościół może się dystansować do strajku.

– Sobota to najbardziej krytyczny dzień. W perspektywie niedziela, garstka strajkujących.

– Postanowiłem, że trzeba zorganizować msze, żeby wesprzeć tych, którzy strajkują, i żeby ściągnąć ludzi z miasta.

– To Pan posłał po księdza Henryka Jankowskiego?

– Nie, ja organizowałem mszę w Gdyni. Odsyłano mnie z kwitkiem od jednego kościoła do drugiego. Trafiłem w końcu do prałata Hilarego Jastaka, który natychmiast zgodził się odprawić mszę. Wiem, że w Gdańsku chodziła Walentynowicz. Sprawa oparła się o biskupa. Ten powiedział, że musi być zgoda wojewody. Wojewoda konsultował się z pierwszym sekretarzem. W końcu się zgodził.

– Wojewoda dał zgodę na mszę na terenie państwowego zakładu?

– Oczywiście. I tylko dlatego biskup się zgodził. I wtedy przyjechał ks. Jankowski. Po sobotnim kryzysie było dla mnie jasne, że w niedzielę musimy mieć wzmocnienie z miasta. Jeśli miasto wesprze strajk, to będzie można go kontynuować.

– Czy już wówczas ludzie przychodzili pod bramę?

– Do soboty niewielu. W niedzielę masowo, bo przyszli na mszę. Wiedziałem, że w poniedziałek przyjdą ludzie, którzy w sobotę wyszli ze Stoczni. Nie wiedziałem tylko, czy jako łamistrajki, czy jako strajkujący. W komitecie wywiązała się dyskusja: wpuszczać – nie wpuszczać. Kazałem wpuszczać wszystkich. Około siódmej rano poszedłem pod bramę i zobaczyłem, że duże grupy ludzi stoją w odległości 50-100 m od bramy. Okazało się, że to stoczniowcy. Pytam tych stojących na bramie: „Dlaczego ich nie wpuszczacie?”. Odpowiadają: „Wpuszczamy, ale oni nie chcą wchodzić”. Wówczas sam szeroko otwarłem bramę, a Wałęsa zapraszał ich do środka. Do godziny dziewiątej nie wiadomo było, jak się to wszystko skończy. Dyrektor przez radiowęzeł wzywał do pracy, powoływał się na podpisane porozumienie. Ale atmosfera w mieście, audycje Wolnej Europy, niedzielna msza – wszystko to przesądziło, że ci stoczniowcy przyłączyli się do strajku.

– A inne ciężkie momenty?

– Inicjatywa wicepremiera Tadeusza Pyki. Pyka przeciągnął na swoją stronę sporo zakładów zrzeszonych w MKS. Charakterystyczne, że w tych zakładach nie było nikogo z opozycji. Stocznie Gdańska i Gdynia nie podjęły rozmów, ale obawialiśmy się, że kierownictwo całego ruchu strajkowego wymknie nam się z rąk, że powstanie drugi MKS złożony z gremium do rozmów z Pyką. Na szczęście w imię jedności i solidarności udało się te rozmowy zablokować [20 sierpnia – red. GW].

– Następnego dnia do Gdańska przybywa delegacja rządowa z wicepremierem Mieczysławem Jagielskim. Kiedy uświadomił Pan sobie skalę wydarzeń? Kiedy Pan doszedł do wniosku, że tu już nie chodzi o Walentynowicz, że stawka jest o wiele wyższa?

– Po rozmowach z Pyką zdałem sobie sprawę, że przeciągający się strajk na Wybrzeżu może zaowocować strajkiem generalnym w całym kraju. Jednocześnie żadne poważne rozmowy jeszcze się nie zaczęły. Bałem się też Rosjan. Z chwilą zablokowania węzłów kolejowych i zakładów zbrojeniowych armia sowiecka stacjonująca w NRD mogła poczuć się zagrożona. Gdy strajk zaczął rozlewać się poza Trójmiasto, było oczywiste, że to nie jest gra tylko z Warszawą, ale także z Moskwą. To był wyścig z czasem. Chodziło o to, żeby podpisać porozumienie z rządem, zanim Polskę ogarnie strajk powszechny. Taki strajk mógł spowodować interwencję Rosjan. Dlatego starałem się nie dopuszczać do jakichkolwiek antysowieckich wystąpień i publikacji, które sam zresztą przywoziłem wcześniej z Warszawy. Kazałem zdjąć koronę z orła wiszącego na murze. Żeby nie prowokować. No i najważniejsze: skreśliłem postulat wolnych wyborów. Oczywiście stawką były też osobiste losy moje i współpracowników. W razie porażki organizatorzy strajku poszliby do więzień na długie lata.

– Czy miał Pan jakieś informacje o zamiarach władz wobec strajkujących?

– Miałem informacje pochodzące z podsłuchu. W telekomunikacji w Gdyni Janusz Jachnicki, pracownik centrali telefonicznej, samorzutnie rozpoczął podsłuch rozmów pomiędzy Komitetem Miejskim a Komitetem Wojewódzkim PZPR. Rozmowy nagrywał. Stąd mieliśmy przemówienie Tadeusza opublikowane przez naszą drukarnię. Fiszbach jako pierwszy przedstawiciel władzy na zamkniętym spotkaniu powiedział, że to jest „słuszny robotniczy bunt”. Stąd też otrzymałem informację, że wojska sowieckie w Polsce zostały postawione w stan gotowości. Następnego dnia w Częstochowie prymas Wyszyński wygłosił kazanie, w którym zachęcał do pracy. I ja to rozumiałem. On musiał mieć te same informacje, zapewne od pierwszego sekretarza PZPR.

– Jakie były podczas strajku Pana relacje z Wałęsą?

– Bardzo dobre. Kontaktowaliśmy się cały czas i współdziałaliśmy. W komitecie strajkowym byli przecież sami moi ludzie. Oni czekali na pomysły i na decyzje, a te musiały być szybkie, dobre, trafione.

– A kiedy Wałęsa sam zaczął podejmować decyzje?

– Od samego początku. Nie było tak, że wszystko konsultował. Nieraz podejmowaliśmy decyzje niezależnie od siebie, ale one się wzajemnie wspierały. Wałęsa przede wszystkim wiecował, szedł na bramę, podnosił nastroje. Jak się coś złego działo, wstawał i śpiewał „Jeszcze Polska”.

– A jaka była pozycja doradców – Tadeusza Mazowieckiego, Bronisława Geremka?

– Gdy przyjechali z poparciem od warszawskiej inteligencji, nie za bardzo wiedziałem, co zrobić. Był problem, czy dołączyć ich do komitetu strajkowego. Znałem Mazowieckiego jako redaktora naczelnego „Więzi”, słyszałem o Geremku. Uważałem, że konieczne jest jakieś zamanifestowanie jedności inteligencko-robotniczej i stąd wziął się pomysł, by sformować z nich zespół doradców. Wiedziałem, że propaganda będzie próbowała poróżnić robotników i inteligencję. To było podkreślenie, że strajkujący doceniają inteligencję. A wejście doradców do rozmów to była już osobista, zresztą bardzo trafna, decyzja Wałęsy. Oni mieli dobrą technikę negocjacyjną, a przede wszystkim nie byli zmęczeni tak jak my.

– Ostatni trudny moment był chyba wówczas, gdy Szczecin zakończył strajk.

– Marian Jurczyk podpisał porozumienie dzień wcześniej, nie informując nas o tym. To był moment groźny, bo strona rządowa mogła nas zignorować, mogła powiedzieć: podpisaliśmy już porozumienie w Szczecinie i na tym koniec. Mogli też utwardzić się w sprawie pierwszego postulatu – zgody na utworzenie Wolnych Związków.

Rozpoczęcie rozmów z Jagielskim to był duży sukces, ale jednocześnie nastąpiła demobilizacja. Wszyscy już byli zmęczeni. Jak długo jeszcze można było prowadzić ten strajk? Sądziłem, że dwa-trzy dni.

– Jednak mimo wszystko władza przystała na powstanie niezależnego związku zawodowego.

– Fundamentalną sprawą było zachowanie ciągłości między Międzyzakładowym Komitetem Strajkowym a Międzyzakładowym Komitetem Założycielskim. Stąd pomysł, by MKS przekształcił się automatycznie w MKZ. Gdybyśmy to choć na chwilę wypuścili z rąk, mogłaby się powtórzyć historia z roku 1970. Wtedy komitety strajkowe stoczni Gdańskiej i Szczecińskiej po pozornym zwycięstwie zostały zinfiltrowane przez SB, kompletnie rozbite i przejęte.

– I ostatnia sprawa: władza nie godziła się na wypuszczenie aresztowanych członków KOR. Bałem się też wyłapania ludzi opozycji zaraz po strajku. Przecież dwa tygodnie po zakończeniu strajku nikt by nie poderwał ludzi do kolejnego protestu w imię solidarności z jakimiś kilkoma działaczami. A to byłoby wbicie klina między robotników a organizującą cały ruch inteligencję.

– Władza od początku prowadziła grę na podział. Najpierw izolowali tych, którzy robili strajk w Stoczni Gdańskiej, jako „elementy antysocjalistyczne”. Gdy nie dało się izolować ludzi, którzy się podpisywali pod dokumentami strajkowymi, próbowano izolować działaczy opozycji, którzy w istocie kierowali i doradzali – czyli np. całe środowisko warszawskiego KOR czy mnie. Gdyby to się powiodło, to byłaby poważna porażka.

– Jak Pan dziś, z perspektywy 20 lat, patrzy na ten sierpniowy fenomen?

– To był wielki przełom. Nie było przecież Gorbaczowa, był Breżniew i jego doktryna, Układ Warszawski, wojska sowieckie w Polsce i atmosfera gierkowskiej beznadziejności. Ja naprawdę nie wiem, jak ten Sierpień się udał. Oczywiście można było planować w jakiejś perspektywie, ale ten strajk miał trwać jeden dzień, dwa. Potem była improwizacja. Trzeba było wymyślać cele, postulaty i każda decyzja musiała być najlepsza.

– Dlaczego Sierpień się udał?

– Bo były elity, atmosfera i wsparcie w masach. To się złożyło w całość. Sprawdziła się bolszewicka teoria rewolucji. Marksizm i leninizm pokonane zostały własną bronią – mitem klasy robotniczej, odwołaniem do robotniczego przywódcy i dzięki nielicznej grupie, która wskazywała cele i potrafiła odczytywać nastroje społeczne.  Z tą różnicą, że bolszewicy zbudowali państwo totalitarne, a my demokrację. Oni wyrzucali z partii członków „Solidarności”, a my przyjmowaliśmy do „Solidarności” członków PZPR.

– Rozmawiamy w 20. rocznicę tamtych wydarzeń. Jaki jest Pana zdaniem sens świętowania kolejnej rocznicy Sierpnia w czasach, gdy wszyscy mają poczucie przesytu od natłoku kombatanckich rocznic?

– Akurat tej rocznicy bym nie bagatelizował. Po pierwsze, nie chodzi tu o zwykłą pedagogikę, ale jednak o to, byśmy w pogoni za dobrobytem mieli też jakąś inną perspektywę. Po wtóre, Sierpień ‘80 to coś więcej niż powstanie związku zawodowego. To było wydarzenie ogólnonarodowe. Sierpień zmienił Polskę. Po podpisaniu porozumień gdańskich obudziliśmy się w innym kraju. Rozluźniono więzy cenzury, poszerzyła się sfera swobód obywatelskich, wypuszczono więźniów politycznych, pojawiła się msza św. w radiu. Ludzie przestali się bać. Ujawniły się różne prądy polityczne. Wiele dzisiejszych partii politycznych i ruchów społecznych ma swe korzenie w Sierpniu. Sierpień rozpoczął też zmiany w samej PZPR, powstały struktury poziome. Zmieniło się całe ówczesne państwo. To już nie był ten sam PRL.

– A niedługo potem wybuchł stan wojenny. Nastąpiła recydywa PRL w najgorszym wydaniu.

– Jednak kierunek zmian został wytyczony. Co jeszcze było ważne? Tak podczas strajku, jak i w czasie karnawału „Solidarności” szukaliśmy tego, co nas łączy. Choć dzieliło nas bardzo wiele – pochodzenie, poglądy, tradycje historyczne. Tak jak dziś dzieli nas wiele. Ale wówczas nie odrzucaliśmy innych. Nie mówiliśmy, że członek PZPR nie może być w „Solidarności”. Nie odrzucaliśmy ludzi z tamtej strony. Taka postawa była niewygodna dla władz PRL. Nieważne było, kto skąd przychodzi. Organizowaliśmy się wokół tego, co jednoczy, a w ludziach ujawniało się to, co najlepsze. To było święto jedności. Dlatego prawo do tej rocznicy mają wszyscy Polacy – nie tylko ci, którzy dziś płacą składki na NSZZ „Solidarność”.

– Dlaczego wszyscy? Także ówcześni działacze partyjni, funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa?

– Każdy obywatel Polski.

– Ale co z tego konkretnie wynika?

– To, że Sierpień powinien pozostać własnością wszystkich, że tej rocznicy nie można ograniczać do uroczystości jednej organizacji czy do uroczystości kościelnej. To powinno być święto organizowane przez władze państwowe. Ja rozumiem, że tu jest pewna wyborcza okazja, która sama wciska się w ręce, żeby na tym Sierpniu pojechać jak na łysej kobyle. Ta rocznica i tak rok w rok jest zawłaszczana przez ugrupowania polityczne. Pora to zmienić.

– W tym roku będzie to szczególnie trudne. Zbliżają się wybory prezydenckie.

– Są przynajmniej dwa zwalczające się obozy, które powołują się na tradycję Sierpnia: Mariana Krzaklewskiego i Lecha Wałęsy. Ale to nie jest tylko problem obu liderów. Jeśli ta rocznica znów zostanie rozszarpana, to wszyscy będziemy współodpowiedzialni. Postarajmy się, by tym razem było inaczej.

Z ubolewaniem dowiaduję się, że rada miasta Gdańska chce obchodzić tylko dwudziestolecie związku „Solidarność”. Uważam, że trzeba obchodzić dwudziestolecie Sierpnia. „Solidarność” to tylko jedna z organizacji, która powstała na fali tamtych strajków. NSZZ „Solidarność” jest dziś jednym ze spadkobierców Sierpnia, ale nie jedynym.

– Czy jest Pan członkiem „Solidarności”?

– Nie. Dziś nie jestem członkiem związku. I nie zamierzam bić się o znaczek „S”. Ma go związek zawodowy, choć uważam, że ruch polityczny, który przejmuje ten znaczek, to nadużycie.

– Dlaczego?

– Bo, jak powiedziałem, z tradycji „Solidarności” wywodzi się wiele organizacji. Ograniczanie tej rocznicy do daty urodzin związku jest amputacją tej różnorodności. W rezultacie nie można przywrócić Sierpniowi odpowiedniej rangi w historii Europy i świata. Obchody „aksamitnej rewolucji” w Czechach mają wymiar europejski. Niemcy z obalenia muru berlińskiego zrobili światowy symbol upadku systemu komunistycznego. Dziś społeczeństwa zachodnie nie dostrzegają tego, że Sierpień ‘80 utorował drogę do upadku muru berlińskiego, że to w Sierpniu w Polsce rozpoczął się proces rozpadu bloku wschodniego. I to jest nasza – Polaków – wina, że nie potrafimy wykorzystać naszych historycznych atutów, bo każdy rwie we własną stronę.

– Jak Pan sobie wyobraża wspólne uroczystości Sierpnia ‘80?

– Tę rocznicę powinny organizować władze państwowe – także dlatego, by ją zdyskontować dla Polski w perspektywie międzynarodowej. Niestety, nie słyszałem o żadnej poważnej koncepcji wykorzystania tego święta do promocji Polski w świecie, a taka promocja jest nam bardzo potrzebna. Boleję nad tym.

– Czy prezydent jako głowa państwa powinien wziąć udział w uroczystościach 31 sierpnia pod bramą Stoczni Gdańskiej?

– Powinny być obecne wszystkie władze państwowe.

– Także prezydent?

– Oczywiście. Obchody powinni organizować wspólnie premier, prezydent oraz poprzedni i obecny przewodniczący NSZZ „Solidarność”. To wymaga wzniesienia się ponad dzisiejszą polityczną przeciętność i nieużywania Sierpnia jako elementu kampanii wyborczej. Jeśli się to nie uda, wszyscy będziemy odpowiedzialni. Po raz kolejny okaże się, że Sierpień nas przerasta.


Dodaj komentarz