Tadeusz Kowalik, Próba kompromisu


Relacja o pracy zespołu ekspertów w czasie strajku w sierpniu 1980 r. w Stoczni Gdańskiej.

Tadeusz Kowalik, Próba kompromisu, „Zeszyty Literackie”, Biblioteka Tygodnika Wojennego, Warszawa 1983.


Apel o kompromis

Dramatyczne nawoływanie do jak najszybszego rozpoczęcia rozmów i wejścia na drogę porozumienia – taki był sens „Apelu Sześćdziesięciu Czterech” z 20 sierpnia 1980. Chociaż nikt z autorów i organizatorów tego apelu nie myślał o tym nieprzewidzianym skutku, stał się on swoistą deklaracją intencji grupy inteligentów, którzy parę dni później znaleźli się w Stoczni Gdańskiej i zostali mianowani „komisją ekspertów MKS”.

Twierdząc, że miejsce „całej postępowej inteligencji” jest po stronie strajkujących robotników walczących o lepsze życie dla wszystkich, Apel kładł jednocześnie nacisk na konieczność współdziałania z władzą w szukaniu dróg wyjścia z kryzysu i na potrzebę umiaru i rozwagi ze strony społeczeństwa. Od rządzących domagał się niezbędnych reform politycznych, od społeczeństwa – gotowości wzięcia pod uwagę trudnej sytuacji kraju. Do obu też stron kierował wezwanie do rezygnacji z wzajemnego oczerniania: „W obecnym położeniu wstrzymać się należy od jątrzenia i dzielenia społeczeństwa przy pomocy nieprzemyślanych słów i obelżywych kwalifikacji. Dość już było za naszej pamięci zniesławiających kampanii nienawiści. Nauczmy się wszyscy wzajemnie szanować swą godność”.

Potrzebę natychmiastowego rozpoczęcia rozmów komisji rządowej z przedstawicielstwem strajkujących robotników Wybrzeża uzasadnialiśmy narodową racją stanu. Było bowiem już wtedy jasne, że na Wybrzeżu znajdował się decydujący front walki. Wskazywały na to postulaty polityczne wysunięte na czoło listy żądań strajkujących. Świadczyły one o głębszym niż dotychczas rozumieniu przyczyn kryzysów, lecz zarazem ich polityczny charakter stwarzał sytuację, w której tylko kompromis dawał szansę powodzenia.

Myśląc o potencjalnych sygnatariuszach, zakreśliliśmy pewne granice. Z jednej strony nie zamierzaliśmy się zwracać do ludzi bezpośrednio związanych z establishmentem. Nie spodziewaliśmy się bowiem, by w tej fazie byli gotowi uznać za stronę kompromisu Międzyzakładowe Komitety Strajkowe. Pominęliśmy z tych względów nawet „czerwoną kanapę”, jak żartobliwie określaliśmy grupę dawnych działaczy partyjnych i państwowych, myślących o reformach podpowiadanych „górze”. Wyjątek zrobiliśmy dla jednego z działaczy gospodarczych z kręgu PPS, ale i tu srodze się zawiedliśmy. Natomiast przyniesiony przez członków DiP podpis Romana Bratnego wywołał konsternację, a nawet pewne opory.

Z drugiej strony nie chcieliśmy mieć wśród sygnatariuszy członków ROPCiO i KPN z przyczyn pryncypialnych. Z KOR-em sprawa była znacznie bardziej skomplikowana. Po dyskusji postanowiliśmy nie zwracać się do jego członków, nawet do tych ze środowiska akademickiego. Argumentem rozstrzygającym był wzgląd czysto taktyczny, że ich obecność odstraszyłaby wielu z tych, których waga podpisu w opinii publicznej jest tym większa, im rzadziej skłonni są do gestów politycznych. Chociaż inne argumenty nie zostały chyba głośno wypowiedziane, była to tylko część prawdy. Autorom i organizatorom Apelu chodziło z pewnością również o to, by nie dawać łatwego argumentu przeciwnikom kompromisu wśród rządzących. Panował tam stereotyp KOR-u jato niemal mafijnej grupy politycznej. Gdyby wśród sygnatariuszy były nazwiska członków KOR-u, to starano by się pokazać, że cała impreza jest przez KOR sterowana.

Nie umiem powiedzieć, jaką rolę odgrywały względy pryncypialne w tym pominięciu KOR-u u innych autorów i organizatorów Apelu. Dla mnie miały one znaczenie istotne. Moje rozumowanie było następujące: KOR powstał jako reakcja na postępowanie władzy zaprzeczające warunkom dialogu i porozumienia. Powstał jako 0dpowiedź na falę represji wobec robotników protestujących przeciwko niekonsultowanej podwyżce cen, jako forma samoobrony przed władzą. Z natury rzeczy skupił więc ludzi, których wiara w możliwość kompromisu z władzą komunistyczną była mocno nadwątlona lub żadna. KOR miał wielką zasługę w nawiązaniu współpracy inteligencji z robotnikami, w odzyskaniu wiary w możliwość samopomocy i samoobrony. Ale KOR nie nastawiał się na zreformowanie systemu. Przeciwnie, w środowisku KORu przeważały opinie o totalitarnym charakterze systemu, którego niereformowalność bądź przyjmował za oczywistą, bądź uzasadniano ją teoretycznie. Jeśli więc – sądziłem – dojdzie do kompromisu, który będzie czymś więcej niż chwilowym zawieszeniem broni, to stanie się to wbrew dotychczasowej linii KOR-u. Nie wykluczałem oczywiście zmiany stanowiska poszczególnych osób, nie spodziewałem się jednak, że może to dotyczyć większości członków KOR-u, a zwłaszcza jego zaplecza młodzieżowego. Czasem mogło to prowadzić do krzywdzących uprzedzeń. Na przykład, miałem wyraźnie uproszczony stereotyp mecenasa Jana Olszewskiego, dlatego podjąłem próbę przekonania go, by jako „korowiec” nie pogarszał konta strajkujących i nie dołączał do grona „osób wspomagających”. Tymczasem Olszewski miał się potem okazać jednym z najbardziej umiarkowanych doradców Solidarności, jak mało kto, pod każdym względem (psychicznie, praktycznie i teoretycznie) świetnie przygotowanym do działania na rzecz porozumienia.

Mając taki pogląd (podobnie pewnie myśleli inni), uważałem, że Apel o kompromis powinien być sygnowany głównie przez tych, którzy o kompromis, o reformy społeczne, o porozumienie co do warunków współdziałania już dawniej walczyli. Że w tej sprawie znacznie bardziej wiarygodne jest wezwanie byłych posłów i działaczy katolickiego „Znaku”, uczestników konwersatorium „Doświadczenie i Przyszłość”, niż członków KOR.


Wyjazd do Gdańska

Wbrew przewidywaniom autorów Apelu, spodziewających się najwyżej dwudziestu kilku podpisów, sygnowało go w ciągu zaledwie dwu dni ponad sześćdziesiąt osób, a według naszego rozeznania nie byłoby trudno zebrać nawet kilkaset nazwisk, z reguły znaczących w kulturze i nauce. Apel trafił więc w sedno nastrojów środowiska inteligencji. Tylko tym mogliśmy zresztą tłumaczyć gotowość wspólnego wystąpienia grup dotychczas działających oddzielnie i odrębność swą podkreślających. Przyłączyli się ponadto w pokaźnej ilości intelektualiści, którzy po raz pierwszy od wielu lat, a nawet niekiedy w życiu, odważyli się na zbiorowy gest polityczny. Czy podobne były nastroje robotników, nie mieliśmy pojęcia. Zachęceni powodzeniem we własnym getcie, postanowiliśmy przekonać się sami, co myślą na temat kompromisu strajkujący.

Bezpośrednim impulsem podjęcia naszej próby działania na rzecz porozumienia były niepokojące wieści z Gdańska, wskazujące, że zagrożenie dla kompromisu może przyjść nie tylko ze strony władzy. Redaktorka „Robotnika” dostrzegła w postawie niektórych przywódców strajku niebezpieczeństwo awanturnictwa i przekazała nam tę opinię. Od niej właśnie usłyszałem wówczas po raz pierwszy o umiarkowanym Wałęsie, przeciwstawianym radykałom z Prezydium MKS. Jej obawy pobudziły mnie do myślenia na temat możliwości mediacji ze strony sygnatariuszy Apelu. Początkowo myślałem nie o kandydatach do grupy roboczej, lecz o najwybitniejszych sygnatariuszach Apelu (jak Bieńkowski, Gieysztor, Mazowiecki), których rola polegałaby na doprowadzeniu do rozmów.

Następny etap krystalizacji pomysłu dyskutowany był w gronie trzech osób: Geremka, Mazowieckiego i mnie. Szybko dałem się przekonać, że mediatorami powinni być ludzie, którzy już kiedyś ze sobą współpracowali, a więc grupa bardziej jednorodna środowiskowo, przede wszystkimi z punktu widzenia postaw i poglądów.

Pierwsze rozmowy miały miejsce we czwartek rano 21 VIII. Mogliśmy jednak powrócić do nich dopiero wieczorem, po rewizjach w mieszkaniach Geremka i moim. Myślę zresztą, że nasza wieczorna dyskusja, już w nieco większym gronie, nie była zbyt konkretna i praktyczna, ze względu na psychiczne skutki rewizji. Rozstaliśmy się z myślą, że dla powzięcia ostatecznej decyzji spotkamy się następnego dnia w południe, przy czym Andrzej Kijowski najtrafniej ujął wątpliwości, jakie mieliśmy. Powiedział, że wtrącając się do tego wielkiego konfliktu podobni bylibyśmy do żaby, która podstawia nogę, gdzie konia kują. W piątek 22 VIII przyszedł, by oznajmić, że nam nie odradza, sam jednak wyjechać nie zamierza, gdyż byłoby to wbrew jego zasadom (w kilka dni później wyjechał do Szczecina w tym samym charakterze). Z przeciwnym zdaniem przyszedł Geremek. Powiedział, że wyzbył się wczorajszych wątpliwości. Ja byłem przekonany o celowości wyjazdu, nie mogłem jednak opuścić chorych na anginę żony i syna. Pojechali więc Mazowiecki i Geremek. Stanęło na tym, że jadą by dostarczyć strajkującym nasz apel i wyrazić im sympatię. Niektórzy z nas podkreślali jednak, że należy być przygotowanym na ofertę współdziałania.

Oczywiście, nadal nie myśleliśmy o roli ekspertów. Bo też ekspertami w ścisłym tego słowa znaczeniu nie byliśmy. Nie byliśmy „komisją ekspertów” – jak nas nazwano, lecz raczej grupą doradców pomagających w sformułowaniu Porozumienia Gdańskiego. Byliśmy, jak ktoś napisał, doradcami w sytuacji, gdy nie ma mądrych. Mam wrażenie, że na wybór określenia „eksperci” miał pewien wpływ mit nie tyle samej wiedzy, co kompetentnej i fachowej ekspertyzy, powszechny wśród strajkujących, a przede wszystkim cechujący Wałęsę. W tym też duchu został sformułowany Komunikat MKS z 24 sierpnia o powołaniu i składzie komisji ekspertów oraz o posiedzeniu Prezydium z ich udziałem. Wymieniając specjalności reprezentowane przez siedmioosobowy zespół, pominięto historię i filozofię (Geremek i Cywiński), wyeksponowano natomiast prawo. Było to o tyle prawdziwe, że co najmniej dwu (Mazowiecki i ja), a może trzech (Wielowieyski?) ukończyło studia prawnicze. Żaden z nas jednak od długiego czasu nie był prawnikiem praktykującym. Na wyrost też napisano, że komisja pozostaje „w stałym kontakcie z innymi specjalistami w całym kraju”, choć trzeba przyznać, że sympatie do strajkujących stoczniowców były w całym kraju tak wielkie, że każde życzenie MKS, a nawet jego zespołu ekspertów spotkałoby się w wielu środowiskach specjalistów z pozytywną odpowiedzią. Zresztą, nie przyjechaliśmy do Gdańska z pustymi rękami. Na wieść o naszym wyjeździe otrzymaliśmy od kilku osób coś w rodzaju krótkich ekspertyz (przygotowanych w nocy z soboty na niedzielę) o samorządzie, rekompensacie za skutki inflacji, cenzurze i związkach zawodowych. (Wszystkie te osoby pracowały później dla Solidarności).

Do znanych faktów o powołaniu komisji dorzucę parę innych. W sobotę po południu (23 VIII) dzwonił do mnie parokrotnie z gabinetu dyrektora Gniecha (inne telefony były wyłączone) Bronisław Geremek informując, że na zamówienie Wałęsy i MKS tworzy się komisja ekspertów. W imieniu swoim i Mazowieckiego zaproponował do udziału w niej Cywińskiego, Kuczyńskiego, Staniszkis, Wielowieyskiego, Kowalika oraz „jakiegoś dobrego prawnika”. Natychmiast zgodził się na moją propozycję docenta Leszka Kubickiego z Instytutu Prawa PAN.

Wszyscy, choć nie bez wahań, zgodzili się na wyjazd. Główna moja trudność polegała nie tyle na przekonywaniu o celowości takiej inicjatywy, co o prawdziwości moich informacji (Cywiński do mnie w pierwszej chwili: ‘Tadeusz, jesteś pijany, prześpij się i potem zadzwoń do mnie”). Nie rozmawiałem tylko ze Staniszkis, która, jak się okazało, już wcześniej pojechała do Gdańska, namówiona przez kogoś ze Stoczni.

Mieliśmy wyjechać następnego dnia o 9-tej rano. Geremek powiedział mi, że wojewoda Kołodziejski przyrzekł MKS-owi sześć miejsc w samolocie zarezerwowanych na moje nazwisko. Gdy udaliśmy się na lotnisko Okęcie, okazało się, że ani kasa, ani kierownictwo nic o tym nie wie. Od razu zauważyliśmy też zwiększoną liczbę funkcjonariuszy MO oraz służby bezpieczeństwa. Uważaliśmy, że jest to związane z ogólną sytuacją w kraju. Gdy jednak po wykupieniu biletów zaczęliśmy przechodzić przez kontrolę, każdego z nas zrewidowano i pojedynczo odprowadzono do jednego z pokojów, gdzie przesiedzieliśmy pod nadzorem dobrodusznego sierżanta MO około dwóch godzin. Sytuacja zmieniła się, gdy przyszedł pułkownik MSW (tak się przedstawił). Przeprosił nas za przetrzymanie, które miało być jakoby wynikiem nieporozumienia i życząc nam pożytecznej pracy dla dobra „państwa socjalistycznego”, powiedział, że jesteśmy wolni. Przez nieufność nie skorzystaliśmy z jego rady, by udać się do Gdańska dodatkowym samolotem (myśleliśmy błędnie, że byłby to samolot specjalny i odlecieliśmy samolotem przewidzianym w rozkładzie na 12-tą, czyli o godzinę później.

Na lotnisku w Gdańsku uderzyła nas całkowicie odmienna atmosfera spokoju i pogodnej życzliwości. Pracownice lotniska pomogły nam dodzwonić się do MKS, skąd przysłano dwie „strajkowe” taksówki. Kilkadziesiąt metrów przed Stocznią czekał na nas Geremek, radząc, żebyśmy do stoczni weszli pieszo, by nas nie wzięto za przedstawicieli władzy.

Po paru godzinach rozmów w komisji o naszych zadaniach Leszek Kubicki, który już wcześniej wyrażał zasadnicze wątpliwości na temat naszego statusu, oświadczył, że przyjechał w przekonaniu, iż będzie rzeczoznawcą obu stron – zarówno strajkujących, jak i strony rządowej, a ponieważ jest inaczej, nie przyjmuje udziału w komisji i wyjeżdża.

Odnotujmy tu jeszcze inne osoby czynne w Stoczni w podobnym charakterze. Chyba następnego dnia po powołaniu komisji ekspertów dołączyli do niej: socjolog, autor znanych esejów o humanizmie socjalistycznym Jan Strzelecki oraz profesor prawa Uniwersytetu Warszawskiego Jerzy Stembrowicz (obaj, podobnie jak Wielowieyski, członkowie konwersatorium DiP). Ponieważ Mazowiecki nie chciał robić precedensu kooptacji, obaj funkcjonowali jako konsultanci komisji. Stembrowicz brał żywy udział w opracowaniu punktu trzeciego (cenzura). Jego pomysłu i redakcji była, przyjęta ostatecznie w Porozumieniu Gdańskim, zasada jawności decyzji i dokumentów urzędów państwowych.

Prezydium MKS korzystało też z pomocy dwu miejscowych prawnikow: Lecha Kaczyńskiego oraz Jacka Taylora (przygotowali materiały pomocnicze do postu1atu czwartego). Pod koniec tygodnia przybyli do stoczni dwaj prawnicy warszawscy: znany obrońca Jan Olszewski i profesor prawa Uniwersytetu Warszawskiego Andrzej Stelmachowski.


Praca nad postulatem pierwszym

W chwili podjęcia pracy wiedzieliśmy, że żądanie wolnych związków zawodowych jest postulatem kluczowym. Nie sądziliśmy jednak, że aż tak bardzo usunie ono w cień wszystkie pozostałe, nie mówiąc już o tym, że w chwili przyjazdu ja z całą pewnością, a prawie wszyscy członkowie komisji wysoce prawdopodobnie, nie wierzyli w realność tego żądania. Gdy podniosłem tę sprawę wobec Geremka i Mazowieckiego, pierwszy poradził byśmy rozmawiali ze strajkującymi robotnikami i na tej podstawie wyrobili sobie pogląd, a drugi podkreślił, że rola ekspertów nie może polegać na dążeniu do zmiany treści żądań strajkujących.

Istotnie, rozmowy z robotnikami, a także uczestnictwo w obradach Prezydium MKS w niedzielę wieczorem uprzytomniło nam, że determinacja robotników w tej sprawie jest tak wielka, iż wyklucza zasadnicze ustępstwa. Należałem jednak do tych, którzy uważali, iż eksperci muszą być przygotowani na mniej przychylny rozwój sytuacji i mieć w zanadrzu łagodniejsze warianty tego postulatu. Zorganizowane dyskretnie w środę w jednym z odleglejszych budynków stoczni (w starej, opuszczonej stołówce) zebranie większości członków Prezydium i ekspertów było poświęcone właśnie tej kwestii – czy MKS dopuszcza myśl poprzestania na radykalnej przebudowie starych związków zawodowych. Dyskutowano przygotowany przez nas krótki tekst. Został on kategorycznie odrzucony przez wszystkich zabierających głos delegatów. Dodam, że w ciągu całego tygodnia rokowań nie spotkałem ani jednego strajkującego lub delegata, który byłby skłonny do ustępstw w tej sprawie.

Chociaż i wcześniej dyskutowaliśmy treść przyszłego porozumienia, a nawet przygotowywaliśmy pewne wstępne teksty, do właściwej pracy przystąpiliśmy dopiero we wtorek 26 VIII, kiedy to na zakończenie spotkania z komisją rządową powołano tak zwaną grupę roboczą dla przygotowywania podstawy do dalszych negocjacji.

Początkowo nasz udział wzbudził pewną nieufność strony rządowej, choć wiedzieliśmy, że wojewoda Kołodziejski przyrzekł ułatwienia w naszej podróży do Gdańska. Wyrazem tej nieufności był spór o naszą obecność na sali podczas negocjacji. Podczas rozmów przygotowawczych wicepremier Jagielski (który znał mnie dobrze sprzed ćwierć wieku) miał powiedzieć do naszych przedstawicieli (chodziło zdaje się o Lisa i Bądkowskiego), że ponieważ wśród ekspertów są osoby związane z KOR-em, nawet nasza bierna obecność przy negocjacjach stawiałaby go w trudnej sytuacji. Gdy to zakomunikowano Wałęsie, powiedział on, że eksperci muszą być na sali. My byliśmy skłonni do ustępstwa i ostatecznie Mazowiecki zaproponował, żeby tylko nas dwu (on i ja) było na sali, a reszta ekspertów znajdowałaby się w innych pomieszczeniach. Tak też zaczęliśmy, ale atmosfera poprawiała się szybko i później już tego nie przestrzegaliśmy. (Jeszcze przed rozpoczęciem obrad przedstawiciel wojewody p. Bruski przyszedł do Mazowieckiego, by wyrazić zgodę na obecność p. Staniszkis; później weszli także pozostali).

Po wejściu delegacji na salę i powitaniach Jagielski powiedział głośno: „Widzę tu obecnych panów ekspertów to i ja poproszę swoich. Proszę poprosić w moim imieniu profesorów Pajestkę i Rajkiewicza”. Zjawili się oni po kilkunastu minutach wraz z profesorem prawa pracy z Uniwersytetu Gdańskiego, Czesławem Jackowiakiem.

Pod koniec obrad Jagielski rzucił propozycję, przyjętą przez Wałęsę, utworzenia grupy w składzie po trzech członków komisji rządowej i Prezydium MKS oraz po trzech ekspertów każdej ze stron.

Nie pamiętam, czy było to jakoś sformalizowane, ale za przewodniczącego grupy ze strony rządowej uchodził wojewoda Kołodziejski, a naszej strony, Andrzej Gwiazda. Pozostałymi delegatami MKS byli Bogdan Lis oraz Zdzisław Kobyliński. Mazowiecki wyznaczył do grupy roboczej siebie, mnie oraz chyba proponował to Geremkowi. W tym jednak momencie zażądała włączenia do grupy roboczej Jadwiga Staniszkis powołując się na swoje socjologiczne zainteresowania oraz kompetencje. Sytuacja była kłopotliwa, bo Mazowiecki przystał na to zdaje się dopiero wówczas, gdy Geremek zaproponował, by Staniszkis weszła na jego miejsce. Nie przypuszczam, żeby Mazowiecki kierował się niechęcią do Staniszkis. Sam jednak raczej powolny i milczący, starał się dobierać do tej grupy takim współpracowników, którzy potrafią milczeć gdy trzeba.

Pierwsze posiedzenie grupy roboczej odbyło się jeszcze tego samego dnia (we wtorek). Miało ono na celu wstępną wymianę poglądów o zasadniczym zestawieniu problemów, które powinny być zawarte w porozumieniu.

W dyskusji ujawnił się następujący podział. Przedstawiciele MKS i ich eksperci kładli nacisk na powołanie wolnych związków zawodowych (już wówczas zaczęliśmy używać raczej przymiotnika „niezależne” by nie stwarzać wrażenia pokrewieństwa z Wolnymi Związkami Zawodowymi na Zachodzie, które powstały po wojnie z rozłamu przypominającego czasy zimnej wojny i były przedstawiane przez oficjalną propagandę jako antykomunistyczne). To jedyny sposób rozwiązania kryzysu – stwierdzali. Po tej decyzji, powziętej podczas strajku, przyszłyby później prawne dopasowania.

Strona rządowa natomiast próbowała nas przekonać, że strajk powinien się zakończyć publicznym zobowiązaniem stron do demokratyzacji wyboru delegatów na kongres związkowców oraz dyskusji nad kształtem przyszłych związków zawodowych, o czym wiążące decyzje podejmie Kongres.

Podczas dyskusji odnosiłem wrażenie, że przedstawiciele strony rządowej sami nie bardzo wierzyli w realność swych propozycji. Raczej wydawało mi się, że przedstawiali stanowisko „góry” z obowiązku. Przy okazji natomiast chcieli poznać poglądy strony przeciwnej. Wydawało mi się też, że szybko nam uwierzyli, iż stanowisko robotników w sprawie stworzenia nowych związków zawodowych jest kategoryczne i nie ma się co łudzić, że półśrodki zostaną zaakceptowane.

W tej pierwszej dyskusji czynni byli głównie eksperci obu stron. Częściowo mogło to wynikać stąd, że pochodzili w większości z tego samego środowiska stołecznej inteligencji, znali się więc osobiście, lub o sobie słyszeli, a częściowo stąd, że punkt ciężkości dyskusji przeniósł się na sprawy prawne, czasem proceduralne. Przodował w tym zwłaszcza profesor Jackowiak, który wydawał się mnożyć trudności proceduralne wokół postulatu MKS. Było w tym zapewne mniej taktyki, niż skrzywienia profesjonalnego. Prawnikowi na pewno musiało się wydawać, że poprawienie starych związków jest łatwiejsze niż stworzenie nowych.

Po wtorkowym odprężeniu, środa 27 VIII była dniem kryzysowym. Nie doszło do spodziewanej kolejnej rundy negocjacji. Zamiast tego wicepremier Jagielski starał się doprowadzić do spotkania w siedzibie wojewody z paroma przedstawicielami MKS (oczywiście bez ekspertów). Wałęsa i Prezydium odrzuciło tę propozycję. Po paru godzinach dochodzi więc – jak gdyby w zastępstwie – do kolejnego potkania grupy roboczej w Stoczni. Dyskusja z miejsca przybrała charakter polityczny i toczyła się w znacznie mniej pogodnej, chwilami wręcz nieprzyjemnej atmosferze.

Pierwszym i głównym mówcą był wojewoda Kołodziejski. Powiedział na wstępie, że przed południem nie doszło do spotkania, gdyż delegacja rządowa chciała wyjaśnić pewne kwestie w wąskim gronie. Następnie przedstawił dezyderaty strony rządowej. Przypominając o rozbiciu ruchu zawodowego w świecie, czyli istnieniu różnych central związkowych, domagał się jednolitej reprezentacji polskich związkowców za granicą. Innym dezyderatem było wyraźne ograniczenie terenu nowych związków zawodowych do Wybrzeża. Przede wszystkim jednak skupił uwagę na konieczności jasnej i jednoznacznej deklaracji politycznej MKS o „nienaruszalności ustroju oraz kierowniczej roli partii”, a także konieczności określenia ideowego charakteru przyszłych związków zawodowych. Kołodziejski twierdził, że deklaracja tego typu jest warunkiem uzyskania „centralnej akceptacji” i że „musimy się wylegitymować jakąś formułą wobec układu zewnętrznego”.

Wszyscy obecni członkowie delegacji rządowej oraz jej eksperci argumentowali na różne sposoby na rzecz owej deklaracji politycznej. Rajkiewicz dowodził, iż taka deklaracja przeciwdziałałaby propagandzie zagranicznej, która przedstawia strajk jako próbę zasadniczej zmiany ustroju. Pajestka zauważył, że „wszystko, co idzie od nas na Zachód powraca następnie do nas ze Wschodu”. Przestrzegał, że jeśli się chce od razu za dużo połknąć, to można się udławić.

Rzeczywistymi partnerami dyskusji w sprawie deklaracji politycznej byli tym razem delegaci strajkujących, zwłaszcza Gwiazda i Kobyliński. Wprawdzie żaden z nich nie kwestionował możliwości umieszczenia deklaracji w porozumieniu, obaj jednak przekonywająco mówili o kryjących się za nią pułapkach.

Gwiazda mówił, że kierownicza rola partii oznacza w praktyce monopol na decyzje gospodarcze, które są wyjęte spod krytyki. Dlatego dużo jest szkodliwej „kampanijności”: „Jak kombinaty, to wszyscy za kombinatami, jak fabryki domów, to wszyscy za fabrykami domów”. U źródeł tej „kampanijności” leży, jego zdaniem, nomenklatura wykluczająca jakąkolwiek krytykę polityki centrum. Ten sam temat poruszył Kobyliński. „Nic chcemy ataku na partię, ani ingerowania w jej sprawy wewnętrzne” – mówił. „Chodzi jednak o to, żeby przynajmniej na niskim szczeblu kandydaci na stanowiska kierownicze nie byli przywożeni w teczce, lecz żeby o nominacji decydowała fachowość i uczciwość”. Zapewniał też, że po zakończeniu strajku i załatwieniu spraw, które go wywołały, ludzie chętnie wrócą do pracy.

W tym miejscu wojewoda Kołodziejski powiedział, że ludzi pracy to on się nie obawia, bo ich dobrze zna. Zabrzmiało to jak próba przeciwstawienia robotników inteligentom, a konkretniej strajkujących – „osobom wspomagającym” (głównie ekspertom).

W trójce ekspertów MKS nastąpiło podczas tej debaty, początkowo przez nas niedostrzeżone lub zlekceważone, rozbicie. Mazowiecki i ja raczej milczeliśmy, uważając, że powinniśmy dać zdecydowane pierwszeństwo rzeczywistym przedstawicielom robotników, zwłaszcza w tego typu sprawach. Jedynie Jadwiga Staniszkis zabierała glos parokrotnie, negując potrzebę zawarcia deklaracji politycznej w porozumieniu. Nie przywiązywaliśmy do tego większej wagi. Nie zwróciłem też uwagi na jej wcześniejsze wyjście z posiedzenia. Pryncypialny charakter tych jej zachowań uświadomiłem sobie dopiero później, gdy zobaczyłem ją na dziedzińcu Stoczni, kiedy oświadczała dziennikarzom, iż opuściła grupę roboczą i nie ma zamiaru brać udziału w pracach komisji ekspertów na znak protestu przeciwko zgodzie na znaną formułę o kierowniczej roli partii. Jeszcze tego wieczoru odbyło się zebranie Prezydium MKS z ekspertami, na którym zreferowaliśmy przebieg spotkania grupy roboczej, a zwłaszcza dezyderaty komisji rządowej przedstawione przez wojewodę Kołodziejskiego. Głównym referentem był Mazowiecki. Pamiętam, i znajduje to odbicie w notatkach, że, ku memu zaskoczeniu, sprawa główna, tj. treść projektu porozumienia na temat postulatu pierwszego, nie wzbudziła u zebranych żywszego zainteresowania. Znacznie większe ożywienie i różnice zdań wywołała inna, drobna stosunkowo kwestia poruszona również przez Mazowieckiego; kwestia felietonu w najnowszym „Biuletynie” strajkujących, krytykującego sposób negocjacji przez Jagieiskiego (o czym niżej).

Niezależnie jednak od przebiegu dyskusji, wyszliśmy w przekonaniu, iż Prezydium zleciło nam opracowanie tekstu deklaracji politycznej, możliwej do zaakceptowania przez obie strony.

Tekst ten powstał w gronie ekspertów MKS. Głównym autorem był Mazowiecki. Jego zasługą był pomysł symetrycznej formuły politycznej, nakładającej zobowiązania na obie układające się strony. Po zobowiązaniu MKS, że nowy związek zawodowy będzie przestrzegać konstytucji, uzna zasadę społecznej własności za podstawę ustrojową oraz nie będzie kwestionował kierowniczej roli partii w państwie i sojuszów międzynarodowych, następowała seria zobowiązań ze strony władzy: zagwarantowanie pełnej niezależności i samorządności nowego związku oraz warunków umożliwiających pełnienie jego podstawowych funkcji, a także odpowiedniej zmiany ustawodawstwa.

W czwartek rano odbyło się kolejne zebranie Prezydium z udziałem ekspertów poświęcone proponowanemu przez nas sformułowaniu pierwszego postulatu. Projekt nasz, który zebranym pokazał Mazowiecki, nieznacznie tylko odbiegał od ostatecznego porozumienia. Używaliśmy już wówczas dwuprzymiotnikowej nazwy związku („niezależne” i „samorządne” – pierwszy termin pochodził, jak mi się wydaje, od Mazowieckiego, a drugi ode mnie), chociaż posługiwaliśmy się też mniej zobowiązującym określeniem „nowe” i nie przestrzegaliśmy kolejności, by nie traktowano jeszcze tego jako wiążącej propozycji nazwy. Z większych zmian, które później wprowadzono, było zaproponowane przez jednego z ekspertów rządowych (Pajestkę) zobowiązanie, że związek nie będzie odgrywał roli partii politycznej.

I znów powtórzyła się sytuacja z przedednia. Tekst nie wywołał opozycji ze strony Prezydium. Jedyną merytoryczną zmianę zaproponował Florian Wiśniewski, by zrezygnować z Wybrzeża jako terenu działania nowych związków zawodowych i wprowadzić słowa „w całym kraju”. Pamiętam, że na tę propozycję zareagowałem zbyt ostro, za co Wiśniewskiego natychmiast przeprosiłem. Nikt inny jednak nie poparł Wiśniewskiego i wniosek upadł.

Nieco żywiej dyskutowano propozycję Wałęsy, aby teraz odczytać projekt na sali plenum MKS. Mazowiecki odradził, gdyż jeśli tekst „pójdzie w świat” przez licznych korespondentów zagranicznych, utrudni to rozmowy z delegacją rządową. Wałęsa zgodził się z tą uwagą, tak też rozumiałem milczenie pozostałych członków Prezydium. Być może jednak owa zgoda była pozorna, gdyż sprawa powracała jeszcze niejednokrotnie.

Zresztą już tego poranka mieliśmy przedsmak niepokojów wywoływanych niedosytem informacji. Wracając z Mazowieckim i Cywińskim do Stoczni (po nocy przespanej u Pallotynów), zaczęliśmy rozmowę z pewnym starszym stoczniowcem, uczestnikiem demonstracji w grudniu 1970. Powiedział on nam, że ludzie są zaniepokojeni nikłością informacji, dlatego stają się podatni ni najróżniejsze plotki. Zgadzaliśmy się, oczywiście, z nim. Ale byliśmy w trudnej sytuacji. Można było nie zgodzić się na początku na pracę w grupach roboczych. Należało bowiem przypuszczać, że będą one, w pewnych przynajmniej ramach, używane jako substytut rozmów odbywających się pod kontrolą publiczną. Jeżeli się jednak zgodzono, należało respektować niewiążący charakter prac w grupach roboczych, przygotowujących tylko projekty. Właśnie dlatego, że toczyły się w małym gronie, bez udziału dziennikarzy, można było bardziej liczyć na merytoryczną dyskusję. Inaczej mówiono by „do mikrofonu”. Nawet eksperci przemawialiby jak politycy, bardziej zwracając uwagę na efekt publiczny, niż na meritum sprawy.

Postawiliśmy jednak z Cywińskim choć trochę przyczynić się do lepszego informowania. Zaraz po tej rozmowie napisaliśmy komunikat o środowym spotkaniu grupy roboczej, wymieniając omawiane sprawy. Ale punkt najważniejszy, który później zaczął budzić wiele namiętności, został streszczony w następującym okólniku: „stosunek nowych związków zawodowych do założeń ustrojowych”. Tyle wiedzieli wszyscy, gdyż była o tym mowa, właśnie w formie ogólnej podczas wtorkowych negocjacji plenarnych.

Podchwyciliśmy też projekt stoczniowca, „żeby strajkujących jakoś zająć, na przykład odpowiedziami na ankietę”. Szybko opracowaliśmy projekt ankiety na temat kształtu przyszłych związków zawodowych (jaką proponują nazwę, czym by się głównie zajmowały, jaką miałyby strukturę organizacyjną). Mazowiecki jednak kategorycznie nam to odradził. Nie pamiętam jego głównego argumentu. Myślę jednak, iż chodziło mu głównie o możliwość podrzucenia nam sfałszowanych odpowiedzi. Nie mogliśmy odmówić mu racji. Prawie na oczach ginęły nam różne teksty, dlatego niektórzy z nas podczas pracy trzymali pod stopą niepotrzebne w danej chwili dokumenty.


Prawo do strajku, cenzura

Na posiedzeniu Prezydium z udziałem ekspertów, które odbyło się w czwartek rano przed zapowiedzianymi negocjacjami, ustalono, że negocjacje plenarne będą dotyczyły dalszych postulatów (we wtorek skupiono się na pierwszym), natomiast grupa robocza będzie nadal pracowała nad postulatami pierwszym i drugim (nowy związek i prawo do strajku).

Grupa robocza (ze strony rządowej: wojewoda Kołodziejski, jego współpracownik Bruski, Jackowiak, docent prawa uniwersytetu Gdańskiego – Leszek Starosta i jeszcze jedna osoba; Gwiazda, Lis. Kobyliński, Mazowiecki, Geremek i ja ze strony MKS) zebrała się o godz. 4-tej po południu. Prawie nie wracano do postulatu pierwszego, dyskutowano natomiast nad prawem do strajku i cenzurą.

Odnotowałem stanowisko w sprawie strajku przedstawione na piśmie przez stronę rządową: „Prawo do strajku powinno zostać zagwarantowane w przygotowywanej ustawie o związkach zawodowych. Ustawa powinna określić warunki proklamowania i organizowania strajku, metody rozstrzygania spornych spraw i odpowiedzialności za naruszanie prawa”. Szybko się zgodzono na stwierdzenie, że w stosunku do uczestników strajku nie mogą mieć zastosowania nadużywane dotychczas artykuły 52, 64 i 65 obowiązującego kodeksu pracy. Spór dotyczył natomiast dwu rzeczy: gwarancji dla „osób wspomagających” oraz okresu przejściowego między podpisaniem porozumienia i wejściem w życie przyszłej ustawy. Kompromis polegał na dodaniu jednego zdania rozstrzygającego obie sprawy: „Do czasu zaś uchwalenia ustawy Rząd gwarantuje strajkującym i osobom wspomagającym bezpieczeństwo osobiste i utrzymanie dotychczasowych warunków pracy”. Nie zgodziliśmy się natomiast na dodanie, iż wyjątek stanowią czyny naruszające przepisy prawa. (Gwiazda i Lis kwestionowali charakter niektórych przepisów, a zwłaszcza ich dowolną, ich zdaniem często naciąganą interpretację).

Ani notatki, ani pamięć nie pozwalają mi odtworzyć okoliczności, w których, wbrew pierwotnym ustaleniom, przeszliśmy w dalszej części spotkania do dyskusji nad postulatem trzecim (cenzura). Być może strona rządowa nalegała już w tej fazie na przyspieszenie prac, albo też wcześniejsze ustalenia zostały zmodyfikowane pod koniec negocjacji plenarnych. Nie potrafię też odtworzyć jak to się stało, że sprawy cenzury znalazły się na warsztacie grupy roboczej, która została powołana do opracowania propozycji porozumienia w sprawie postulatu pierwszego (i może, w domyśle, ściśle z nim związanego postulatu drugiego – prawa do strajku). Przypuszczalnie wcześniejszy podział zadań został zmieniony automatycznie. Wzięto pod uwagę doświadczenie dotychczasowej pracy grupy roboczej i uznano, że zmiana składu nie ułatwiłaby, lecz utrudniła dalszą pracę.

Zmiany w składzie grupy roboczej były niewielkie. Pajestka i Rajkiewicz zatrzymani zostali w Warszawie, zdaje się zajęci rozmowami na temat negocjacji. Wprowadzono więc jeszcze jednego prawnika (Leszka Starostę). Po naszej stronie coraz mniej był aktywny (i później chyba się wyłączył z pracy tej grupy) Kobyliński. Wyłączali się też sporo Gwiazda i Lis. Pojawili się natomiast główny referent z ramienia Prezydium podczas negocjacji plenarnych w sprawie cenzury, pisarz Lech Bądkowski oraz Jerzy Stembrowicz.

Strona rządowa zaskoczyła nas bo tym razem przygotowała na piśmie propozycje obu postulatów (drugiego i trzeciego).

Ujęcie spraw cenzury było wybitnie niezadowalające (prawdopodobnie dzieło nie zorientowanego jeszcze, nowego członka grupy roboczej, Starosty). Uderzała przede wszystkim próba ustawowego utrwalenia poglądu, że cenzura powołana jest do zakazu publikacji „treści wrogich socjalizmowi”. Wystarczyła ironiczna uwaga jednego z ekspertów, że teraz trzeba tylko określić, kto będzie orzekał, że dane poglądy są wrogie, by strona rządowa odstąpiła od swego projektu. W wyniku dyskusji na tym i następnym posiedzeniu wstępna propozycja rozrosła się z jednego do czterech punktów. Na wniosek przedstawicieli MKS i jego doradców sprecyzowano zadania cenzury oraz dodano: termin trzech miesięcy na wniesienie projektu ustawy przez rząd do Sejmu, zaskarżalność cenzury do sądu administracyjnego, zobowiązanie rządu do transmisji mszy, punkt o pluralizmie poglądów dopuszczonych w środkach masowego przekazu i poddaniu ich społecznej kontroli oraz zasadę jawności dokumentów publicznych.

W świetle późniejszych doświadczeń pracy nad projektem ustawy o cenzurze uważam, że w jednym punkcie nie zdaliśmy egzaminu. Zachowanie przez cenzurę przywileju strzeżenia „ważnych interesów międzynarodowych państwa” było niebezpieczne. Dawało mianowicie władzom prawo do arbitralnego decydowania, co jest interesem międzynarodowym. Autorzy i obrońcy tak zwanego społecznego projektu o cenzurze słusznie wskazywali, że w przeszłości nie wolno było krytykować szacha Iranu, ponieważ rząd Polski utrzymywał z nim dobre stosunki.


Znów postulat pierwszy

W piątek 29 VIII odżyła niespodziewanie dyskusja nad postulatem pierwszym. Powtórzyła się sytuacja ze środy. Nie przybyła mianowicie delegacja rządowa na przewidziane na 12-tą rozmowy plenarne zawiadamiając nas, że nie jest do nich jeszcze przygotowana. W zamian zaproponowała spotkanie grupy roboczej. Komentarz Bogdana Lisa na dużej sali MKS: „Komisja Rządowa robi nas w konia”. Podobnie mówił o tym Gwiazda. Gdy zaś doszło o godz. 13 do posiedzenia grupy roboczej, wojewoda Kołodziejski z miejsca narzucił przedmiot debaty, mówiąc, że pozostały jeszcze do wyjaśnienia pewne sprawy związane z postulatem pierwszym. Zaproponował, by omówił je profesor Rajkiewicz. Można więc z tego wnosić, że w długim i bardzo osobistym przemówieniu Rajkiewicza znalazły się punkty uzgodnione wcześniej przez Komisję Rządową, lub jej część. Myślę, że trzy sprawy należały do tej kategorii:

1) Załagodzenie negatywnej oceny dotychczasowych związków zawodowych. Ostrzejsze słowa o ich kompromitacji zostały zastane twierdzeniem, że ich działalność „nie spełniła nadziei i oczekiwań pracowników”.

2) Próba zastąpienia dychotomicznego wyboru między starymi i nowymi związkami zawodowymi przez stworzenie wielu możliwości. Dlatego w czwartym punkcie pierwszego postulatu (niezbyt zresztą w zgodzie z duchem pierwszych trzech punktów) mówi się o przekształcenia komitetów strajkowych „w zakładowe organa reprezentacji pracowniczych, takie jak komitety robotnicze, komitety pracownicze, rady robotnicze bądź Komitety Założycielskie nowych samorządnych związków zawodowych”. Pozostawiono też do wyboru, czy komitet założycielski zechce stworzyć jeden związek, czy też nowe zrzeszenie, ograniczone jednak do Wybrzeża.

3) Sposób rejestracji nowych związków zawodowych (Rajkiewicz przywiózł wtedy z Warszawy wstępną zgodę na rejestrację w sądzie). Nasza strona zabiegała początkowo, by to był sąd administracyjny, którego praktyk (jako do nowej instytucji) były wśród strajkujących mniejsze zastrzeżenia. Zgodziliśmy się jednak ostatecznie na sąd powszechny.

Ogólnie odnosiło się wrażenie, że jest blisko do zgody władz na nowe związki zawodowe. Troską Komisji Rządowej było teraz tylko zmniejszenie wrażenia zwycięstwa strajkujących. Chodziło zwłaszcza o zaakceptowanie poglądu, że przygotowane porozumienie jest triumfem polityki, w której nie ma zwycięzców i pokonanych (wtedy właśnie pada po raz pierwszy to określenie).


Inne postulaty

Sobota 30 VIII była ostatnim dniem pracy grupy roboczej. Pracowaliśmy zarówno przed południem jaki po południu nad czterema pierwszymi postulatami o charakterze politycznym. Nie pamiętam niestety, ani też nie mam w notatkach dyskusji w sprawie więźniów politycznych i represji (wciągnęło mnie chyba hardziej to, co się działo na ogólnej sali i na terenie stoczni, niż w grupie roboczej). Odnotowałem tylko, że po południu zjawił się po stronie rządowej poseł prof. Adam Łopatka, który wcześniej brał udział w rokowaniach szczecińskich. Pamiętam też moment powołania (chyba w sobotę rano) nowej grupy roboczej, dla opracowania postulatów socjalno-ekonomicznych. Spośród członków Prezydium MKS najbardziej czynni byli w niej Florian Wiśniewski i Alina Pieńkowśka. Zdaje się, że przeszedł do niej również Zdzisław Kobyliński. Spośród zaś naszych doradców najbardziej czynni byli w tej grupie Waldemar Kuczyński oraz Andrzej Wielowieyski, którzy zresztą już wcześniej opracowywali pierwsze projekty porozumienia w sprawach gospodarczych.

Głównym autorem tekstu w sprawie wyjścia z kryzysu gospodarczego i reformy gospodarczej (postulat szósty) był Waldemar Kuczyński. Postulaty zwiększenia zakresu dostępnej informacji oraz stworzenia możliwości szerokiego uczestnictwa w publicznej dyskusji nad reformą, a także postulaty w sprawie rolnictwa (trwałe perspektywy dla rolnictwa indywidualnego, zrównanie sektorów państwowego, spółdzielczego i indywidualnego w dostępie do środków produkcji, odrodzenie samorządu wiejskiego) nie budziły sporów i przyjęto je jako podsumowanie często wypowiadanych opinii.

Inaczej miała się sprawa z postulatem samorządu robotniczego. Większość doradców z grupy Mazowieckiego składała się ze zwolenników reformy gospodarczej opartej na decentralizacji i samorządzie, a obaj główni doradcy rządowi – Pajestka i Rajkiewicz mieli, może nie równie daleko idące, ale zbliżone poglądy. Ich zainteresowanie samorządem miało chyba swe główne źródło w wielkim rozczarowaniu do biurokracji gospodarczej, od lat obserwowanej przez obu z bliska. W niej też widzieli oni główną przeszkodę na drodze do reformy. Szukali więc oparcia u robotników, pragnąc ich pozyskać dla sprawy reformy opartej na samorządzie. Strajkujący pracownicy i ich przedstawiciele nie przejawiali jednak skłonności do rozwijania samorządu. Spowodowała to totalna kompromitacja dotychczas istniejących, a właściwie wegetujących Konferencji Samorządu Robotniczego, z którymi ludzie na ogół utożsamiali samo pojęcie samorządu robotniczego. Była też inna przyczyna, może jeszcze głębsza: często spotykana u robotników niechęć do wszelkich instytucji oficjalnych, do polityki i do współdziałania z władzami na każdym, także najniższym szczeblu. Nawet dyrektora przedsiębiorstwa uważano powszechnie za reprezentanta władzy państwowej.

Jeśli więc ostatecznie w porozumieniu znalazł się ustęp o żądaniu reformy gospodarczej opartej na zwiększonej samodzielności przedsiębiorstw i rzeczywistym uczestnictwie samorządu robotniczego w zarządzaniu, to przez delegatów strajkujących uważane to było za ustępstwo dla strony rządowej, lub za daninę na rzecz własnych doradców.


Huśtawka nastrojów

Piątek 29 VIII był dniem pod wieloma względami krytycznym, co odnotowują reporterzy: „Zarówno w gmachu K(omitetu) W(ojewódzkiego) jak i na terenie stoczni od rana atmosfera impasu. Nikt nie wie, kiedy zostaną wznowione rokowania, ani czego się po nich można spodziewać. Ogólna niepewność i dezorientacja” (W. Giełżyński, „Gdańsk, sierpień 1980”, Warszawa 1981, s. 164-165).

W stoczni frustracja. Znów kwestia informacji. Wielu strajkujących wie, że projekt porozumienia w sprawie związków zawodowych jest w zasadzie opracowany, że posiadają go obie strony. Komisja rządowa otrzymała go w czwartek, ale nie była gotowa do publicznej na ten temat debaty. Najwidoczniej postanowiono najpierw przekonsultować tekst w Warszawie, i dopiero po uzyskaniu akceptacji w kwestiach zasadniczych uczynić go przedmiotem rokowań. Ale to oznaczało ponowną zwłokę w podaniu tekstu do wiadomości publicznej.

Jedynym miejscem, gdzie się pracuje, jest pokój ekspertów. Skupia to na nich uwagę. Także niechęć. Reporterzy zauważają: „Czemu coraz więcej rozmów odbywa się w grupach i podkomisjach? Czyżby chciano w y k o l e g o w a ć prezydium? Gwiazda wyjaśnia, że na małej sali obrad, bez transmisji, można pertraktować bez skrępowania i bez obaw, że każde słowo o polskich sprawach wewnętrznych natychmiast rozejdzie się po świecie. Nie wszystkich to przekonuje (tamże, s. 167). Jest to nader delikatne przedstawienie narastającej frustracji wśród strajkujących.

Sprawa niedostatku informacji jest zresztą pochodną tego, że praktycznie spędza się długie godziny w przeświadczeniu, że nic się nie dzieje i że główna batalia o wolne związki zawodowe została przeniesiona na szczyty władzy. Podstawową przyczyną frustracji jest wielka niepewność co do ostatecznych wyników rokowań. Dodać do tego trzeba coraz to nowe ataki prasy krajowej i sąsiadów na siły antysocjalistyczne oraz mnóstwo alarmujących plotek o przygotowywanym desancie na Stocznię, o zaciskającym się pierścieniu wojska i służb specjalnych wokół Gdańska.

Nie tylko plotki. Są także niepokojące informacje. Zwłaszcza te o powiększającej się liczbie aresztowanych, przede wszystkim z KOR-u i redakcji „Robotnika”, czyli w środowisku związanym ze strajkującymi. Rozszerzające się aresztowania musiały stwarzać wrażenie nieszczerości władz w czasie rokowań. Zresztą wielu uczestników strajku (zwłaszcza jego przywódcy) miało prawo się obawiać, że przy najbliższej okazji oni sami staną się ofiarami represji.

Część frustracji strajkujących kierowała się nie tylko przeciw ekspertom, lecz również przeciw członkom Prezydium, przeciw Wałęsie. Również oni ulegali zmiennym nastrojom. Co wczoraj wydawało im się słuszne, dzisiaj budziło wątpliwości. W szczególności zaczęła wzbudzać zastrzeżenia formuła o kierowniczej roli partii. Sensowność dokonanego ustępstwa zaczęły podważać właśnie aresztowania, gdyż postępowanie władzy burzyło symetrię obustronnych zobowiązań Z jednej strony władza oświadczała, że pragnie rozwiązywać konflikty w drodze rokowań za pomocą środków politycznych i w ramach praworządności, a z drugiej samowolnie łamała prawo. Nie tylko więc poczucie solidarności z zatrzymanymi powoduje, że coraz częściej rozlegają się głosy, by nie pertraktować z władzą, póki nie uwolni aresztowanych. Tym bardziej – nie podpisywać porozumienia przed ich wypuszczeniem.

Co więcej, rodzą się tendencje, by „z własnego nadania brać prawa”, czyli zakładać nowy związek zawodowy nie czekając na zgodę władzy. Z „osób wspomagających” mniej zaufania budzą teraz ci, którzy postawili na rokowania, niż ci, którzy od początku głosili nieufność wobec władzy.


Spór o taktykę

Jeden z konfliktów umknął uwadze obserwatorów i autorów wspomnień. Zaczął się on od sporu o artykuł redakcyjny: „Z kim rozmawiamy” „Biuletynu Strajkowego Solidarność”. Tekst ten atakował bezpośrednio wicepremiera Jagielskiego za sposób prowadzenia wtorkowych rokowań; jego sens zawarty jest w zdaniu: „im częściej Premier powtarza o swojej szczerości, tym bardziej szczery śmiech ogarnia zebranych na sali obrad”. Redaktorzy utrzymywali, iż całe dotychczasowe doświadczenie robotników wskazuje, że podstawowym celem władzy jest ich oszukanie. Tak też jest teraz, podczas rokowań.

Artykuł ten podsunięto Jagielskiemu, sugerując, że powstał on z inspiracji Tadeusza Mazowieckiego. Tak też przedstawiono tę sprawę na początku spotkania grupy roboczej w środę 27 VIII po południu. W czwartek Jagielski dwukrotnie wracał do tej sprawy. Witając się z Mazowieckim rzucił: „czytam tu właśnie o mnie różne rzeczy”, a podczas rokowań, zauważył, że pisze się o nim, że uprawia dyplomację. „Jaki ja tam dyplomata” – powiedział.

Ponieważ status „Biuletynu” był nieokreślony – w opinii publicznej uchodził on za organ Prezydium – Mazowiecki podniósł tę sprawę na środowym zebraniu Prezydium. Władza jest partnerem rokowań – stwierdził – i należy o niej pisać jak o partnerze, a nie posługiwać się językiem, który przekreśla wszelki sens dążenia do porozumienia. Wyrażona została przy tej okazji obawa, że przyszły związek może odziedziczyć język niektórych pism niezależnych, co oznaczałoby, że język małej grupy, w pewnym sensie sekty, stałby się językiem ruchu masowego. Członkom Prezydium felieton się raczej podobał, a w dyskusji, która przy tej okazji się rozwinęła, wszyscy wypowiadający się stanęli na stanowisku niezależności „Biuletynu” od MKS.

W dwa dni później, w piątek, spór przybrał znacznie bardziej zasadniczy charakter. Zauważyliśmy nagle, że Prezydium jest jak gdyby podzielone na dwie części. Jedna współpracuje z ekspertami grupy Mazowieckiego, stawiając nadal na porozumienie z rządem. Druga obraduje wespół z prawnikami w innym budynku nad statutem nowego Związku i nad niezwłocznym przystąpieniem do tworzenia związku, co miało postawić władze przed faktem dokonanym. Co więcej, wśród strajkujących zaczęły krążyć pierwsze listy członków-założycieli.

Wydawało nam się wówczas, że tego typu akcja może poderwać zaufanie do MKS jako do partnera rokowań, gdyż przygotowywane porozumienie było oparte na zachowaniu pewnych ram legalności. Skoro władza akcentuje wolę rozwiązywania konfliktów w drodze porozumienia, należy najpierw starać się wyczerpać te możliwości i dopiero kiedy ta droga zawiedzie, przejść do polityki faktów dokonanych. Zapewne i my nie odżegnalibyśmy się od podjęcia pewnych kroków przygotowawczych na wypadek, gdyby polityka negocjacji zawiodła. Dziwiło nas jednak, że nic nam o tym nie powiedziano.

Gdy doprowadziliśmy wreszcie (późno wieczorem w piątek 29 VIII) do spotkania obu tych ośrodków, rolę otwartych oponentów negocjacji wzięły na siebie „osoby wspomagające” z grona redaktorów „Biuletynu” (uczestniczący członkowie Prezydium raczej milczeli). Jedna z tych osób powiedziała, że dotąd ograniczała się do służby informacyjnej dla strajkujących. Ponieważ jednak widzi, że rokowania nie przynoszą rezultatów, postanowiła przejść do działania, by nie powstała sytuacja, w której strajkujący opuszczą stocznię z pustymi rękami. Atakując bezpośrednio Mazowieckiego i jego współpracowników, powiedziała, że uprawiamy politykę „zakulisowo-gabinetową”, zastępując masy. Ona zaś opowiada się za polityką ruchu społecznego, polityką działania rewolucyjnego.

Pamiętam swoje kontrargumenty. Rokowania w Stoczni, gdzie tylko MKS może podjąć wiążące decyzje, gdzie plenarne rokowania są jawne, a Prezydium wespół z ekspertami przygotowuje tylko podstawę do ostatecznych decyzji, nie mogą być uznane za „gabinetowe”. Właśnie rokowania otwierają szanse dla ruchu masowego, podczas gdy metoda faktów dokonanych może dać początek wąskiego nurtu związkowego, gdyż do związku tak powstającego trafić mogą tysiące zamiast milionów.

Przedłużeniem nocnego sporu było poranne zebranie Prezydium z udziałem dwu ekspertów (Cywińskiego i moim), podczas którego winę za dotychczasowe niepowodzenia w rokowaniach (brak wyników) zwalono na ekspertów. Znacząco milczeli ci członkowie Prezydium, którzy pracowali z nami w grupie roboczej. Cywiński się wówczas zdenerwował i powiedział: „W takim razie nie pozostaje nam nic innego, jak złożyć krótkie oświadczenie i natychmiast wyjechać”. Nie doszło jednak do tego, gdyż szczęśliwie w chwilę potem zaczęto rozpowszechniać poufną wiadomość, że „Warszawa zaakceptowała” tekst porozumienia w sprawie pierwszego postulatu. Przyniosło to odprężenie, na razie tylko wśród wybranych. Wystarczyło jednak, by atmosfera wokół ekspertów radykalnie się poprawiła.


Kierownicza rola partii

Odprężenie nie trwało długo. Byłem zaskoczony, jak szybko w ciągu tego sobotniego dnia odpłynęła fala zadowolenia (że jednak rokowania przynoszą porozumienie) i na jej miejsce przypłynęła wzbierająca fala niezadowolenia (że porozumienie to za mało daje, czy też, że MKS poszedł na zbyt duży kompromis). Chodziło przede wszystkim o pułapki kryjące się w omawianej deklaracji politycznej.

Zarówno wówczas jak i później stwierdzaliśmy z zaskoczeniem., że sens naszej formuły nie został zrozumiany. Użyliśmy w niej zwrotu o kierowniczej roli partii w p a ń s t w i e, co w naszym przekonaniu chroniło organizacje niepaństwowe, społeczne przed ingerencją partii. Państwo było synonimem władzy państwowej i do tego tylko chcieliśmy ograniczyć dominację partii komunistycznej. Uważaliśmy, że formuła zawarta w konstytucji idzie znacznie dalej, gdyż mówi o przodującej roli partii w budowie socjalizmu, w co zaangażowane jest całe społeczeństwo. Myśmy natomiast chcieli powiedzieć tyle: nie będziemy kwestionować dominacji komunistów we władzy politycznej i to niezależnie od tego jakim poparciem będzie się partia cieszyła w społeczeństwie. W zamian za to partia zobowiąże się do niewykraczania w swych uprawnieniach w życiu społecznym poza swe rzeczywiste wpływy zdobyte wiarygodnością jej postępowania. W odniesieniu do nowych związków oznaczałoby to, że aparat partyjny nie będzie miał wobec nich żadnych uprawnień.

Z perspektywy czasu sądzę, że starając się w połowie zdania zawrzeć ów podstawowy problem, popełniliśmy błąd. Trzeba było wyraźnie oddzielić owe dwie zupełnie różne sprawy, sprawę uprzywilejowania komunistów w aparacie władzy od sprawy komenderowania organizacjami społecznymi. Akceptując pierwsze, należało wyraźnie zastrzec samodzielność i niezależność nowego związku zawodowego. Był to błąd również dlatego, że polityczni ekstremiści, którzy musieli się przecież wcześniej czy później ujawnić w związku, zyskali możliwość wykorzystywania naturalnej i całkowicie zrozumiałej obawy wielu uczciwych i skłonnych do rozsądnego kompromisu robotników, że formuła o kierowniczej roli partii będzie interpretowana jako prawo do podporządkowania nowego związku partii.

Przedsmak tego, co w znacznie większej skali miało nastąpić później, mieliśmy już wtedy. W sobotę w południe, gdy w zmniejszonej grupie roboczej pracowaliśmy nad punktami trzecim i czwartym (cenzura i więźniowie polityczni), do pokoju (był to mały długi pokój zaraz na lewo od wejścia do budynku BHP prowadzącego przez kontrolę przepustek) wtargnęła młoda, wyglądająca na inteligentkę kobieta i zwymyślała nas (było to wyraźnie skierowane przeciwko ekspertom MKS) za zdradę robotników, wykrzykując coś o judaszowych rękach. Znajdowałem się blisko drzwi i przez chwilę miałem wrażenie, że kobieta rzuci się na nas. Choć zdarzenie to utkwiło mi mocno w pamięci, słów nie zapamiętałem. Chodziło jednak wyraźnie o potępienie kompromisu dotyczącego kierowniczej roli partii. Jak się później dowiedziałem, była to dziennikarka z kręgu KPN. Pamiętam, że odesłaliśmy ją do Wałęsy.

Pod silnym wrażeniem tego wypadku, starałem się od tej pory jak najczęściej bywać na dużej sali (plenum MKS), by znać nastroje i widzieć co się dzieje. Starałem się też wychodzić na teren stoczni, by porównywać nastroje sali i załogi oraz słuchać jak przyjmowany jest Wałęsa, gdy pojawia się przed publicznością stoczni, gromadzącą się przy bramie nr 2.

Widziałem jak na sali plenum robi się coraz tłoczniej i coraz goręcej. Liczba obecnych sięgnęła tysiąca lub więcej. Rozluźnione rygory przy wejściu wykorzystywało wielu przybyszów z miasta, dotąd nie biorących udziału w strajku – głównie miejscowych inteligentów. Lepiej poinformowany dziennikarz mówi mi, te na sali znaleźli się wszyscy tutejsi współpracownicy KOR-u, „Robotnika”, Ruchu Młodej Polski, Konfederacji Polski Niepodległej.

Mało znającemu warunki miejscowe trudno powiedzieć, która grupa nadaje ton atmosferze. Łatwo jednak spostrzec jej charakter. Nie tylko kontestowana jest kompromisowa formuła polityczna, nie tylko coraz głośniej powtarza się żądanie zwolnienia zatrzymanych, ale pretensje są coraz wyraźniej adresowane personalnie. Do Prezydium, że za miękkie, że izoluje się od delegatów i strajkujących; do Wałęsy, że manipuluje, ukrywa, a nawet zdradza; do ekspertów za zakulisowe pertraktacje, za „konszachty” z władzą. Daje się też zauważyć rozdźwięk w Prezydium. Niektórzy z jego członków akcentują swój związek z salą „z masami”, dystansując się od tych, którzy prowadzą rokowania.

Wałęsa, Gwiazda, Wiśniewski usiłują perswadować, uspokajać. Idzie im coraz trudniej. Nawet Wałęsa jest w coraz większych opałach. Tylko chwile spędzone przed tłumem gromadzącym się przy bramie dają mu poczucie nadal trwającego entuzjastycznego poparcia.

Ody na krótko przed mającą się odbyć ceremonią uroczystego podpisania porozumienia przedzieram się przez salę, po raz pierwszy w ciągu tego wielkiego tygodnia czuję zapach alkoholu. Widzę też krzykliwą grupkę potencjalnych awanturników. Małe to pocieszenie, że na twarzach większości siedzących delegatów (była różnica w nastroju siedzących i stojących) widać ogromne znużenie – jak gdyby wiadomość o osiągniętej zgodzie zdemobilizowała wolę pogodnego trwania.

Pełen złych przeczuć – także pod wpływem wtargnięcia owej młodej dziennikarki, którą potem kilkakrotnie widziałem żywo perrorującą do delegatów – gwałtownie zastanawiam się, co robić. W pokoju grupy roboczej zauważam zdesperowanego Wałęsę, który mówi do paru obecnych tu osób: sala buzuje, trzeba coś zrobić, żeby rozładować nastrój. Mówię z przekonaniem: dziś to beznadziejne. Nie możemy nawet wziąć odpowiedzialności za bezpieczeństwo delegacji rządowej. Trzeba odłożyć podpisanie do jutra. Wałęsa z miejsca się zgadza, poleca dzwonić do Jagielskiego i Kołodziejskiego mówiąc, że do podpisania nie jesteśmy jeszcze gotowi. Po drugiej stronie telefonu zaskoczenie i niezadowolenie, bo porozumienie szczecińskie jest już od wielu godzin podpisane.

Wałęsa dodaje: na sali zebrało się sporo dziwnych typów. Trzeba zmienić przepustki i wzmocnić kontrolę wejścia. Wyznacza nawet kogoś z Prezydium: „Ty musisz stanąć przy wejściu”.


Spór o więźniów politycznych

Również niedziela 31 VIII była dniem huśtawki nastrojów. Wprawdzie surowa kontrola wchodzących zrobiła swoje: manifestacje radykalnych postaw stały się spokojniejsze, ale spory trwały nadal. Ich przedmiotem była, jak poprzedniego dnia, sprawa kierowniczej roli partii, a przede wszystkim sprawa nadal trwających zatrzymań ludzi ze środowisk opozycyjnych. Rozdźwięk w Prezydium stał się wyraźniejszy. Nie ustawały, a może nawet wzmagały się ataki na Wałęsę ze strony bliskich współpracowników. Zarzucano mu, że stał się obojętny na losy ludzi, którzy wcześniej pomagali strajkującym.

Jeśli odrzucić normalną w takich przypadkach przesadę oskarżeń, przedmiot sporu był następujący: Wałęsa był za podpisaniem porozumienia już teraz, w niedzielę, niezależnie od tego, czy ostatnio aresztowani zostaną wypuszczeni przed tym aktem, czy też strajkujący otrzymają tylko publiczne zapewnienie strony rządowej, że zwolnienie nastąpi w ściśle określonym czasie po zawarciu umowy. Również eksperci z grupy Mazowieckiego byli tego zdania. Tak też radzili Prezydium.

Z jednej strony – odtwarzam teraz nasze ówczesne racje – braliśmy pod uwagę ową huśtawkę nastrojów, która w stosunku do tego, co obserwowaliśmy na początku tygodnia (spokojna, a nawet pogodna determinacja) była czymś nowym i chyba świadczącym o szybkim narastaniu zmęczenia i nerwowego wyczerpania. Przeciąganie negocjacji tylko ze względu na aresztowanych wydawało się wysoce niebezpieczne.

Z drugiej strony, w przygotowanym porozumieniu widzieliśmy akt o tak wielkim znaczeniu historycznym, że wydawało się prawie pewne, iż przynajmniej w najbliższym czasie będzie on determinował atmosferę polityczną w kraju. Wydawało się nam więc, że dalsze przetrzymywanie aresztowanych, których władza w chwili wielkiego napięcia chciała izolować od strajkujących, będzie niemożliwe.

Oczywiście, i my zabiegaliśmy o natychmiastowe zwolnienie aresztowanych. Niektórzy z nas mieli kontakt z Warszawą i współdziałali w sporządzaniu listy ostatnio zatrzymanych. Uważaliśmy, że postępowanie władzy jest nierozsądne. Widzieliśmy jednak w jej zachowaniu więcej niekonsekwencji, niż przemyślanej gry. Nie uważaliśmy, że musi to być odbiciem jej nieszczerości. Doszukiwaliśmy się raczej zróżnicowania postaw w aparacie władzy. Zakładaliśmy, że sektor policyjno-represyjny jest znacznie bardziej konserwatywny, niż sygnatariusze porozumienia. Odnosiliśmy zwłaszcza wrażenie, że Jagielski uznał za punkt swego honoru doprowadzenie do porozumienia i że zawarta umowa stanie się w rękach jego i tych, którzy z nim współdziałają ważnym argumentem przeciwko siłom konserwatywnym na szczytach władzy. Było oczywiste, że w najbliższym czasie sytuacja polityczna będzie płynna i to, czym okaże się porozumienie w praktyce będzie zależało od kierunku zmian w układzie sił. Porozumienie będzie jednak po1itycznym czynnikiem zmiany tego układu. Od tego więc jak sami będziemy zawartą umowę traktowali, zależeć będzie jej siła oddziaływania jako katalizatora przyszłych zmian i reform.

Myśl, że nie tylko ja, ale wszyscy eksperci z grupy Mazowieckiego obawiali się „samospełniającej się prognozy”. Wyniesiona z przeszłości nieufność do władzy była tak wielka, że sama w sobie wystarczała do wytworzenia przekonania, iż porozumienie jest niczym więcej, jak kolejnym aktem obłudy ze strony rządzących. Czujność była czymś naturalnym i pożądanym. Ale nie taki stopień nieufności, który przekreśla sam sens zawierania porozumienia lub też odmawia treści kompromisu jakiejkolwiek wagi.

Było też dla nas jasne, że owa nieufność wystąpi najsilniej u tych, którzy od władzy najwięcej ucierpieli. W filmie Wajdy „Człowiek z żelaza” jeden z przedstawicieli policji powiada w chwili podpisywania porozumienia, że to i tak bezwartościowy świstek papieru. Ujęcie to, prawdziwe, gdyż takie postawy na pewno były, zarazem jest jednostronne. W tym sensie, że pomija istnienie takich samych poglądów po drugiej stronie. Osobiście usłyszałem dokładnie takie samo określenie, i to właśnie w związku ze sprawą aresztowanych, z ust jednego z naszych radykałów. „Dostajemy do rąk świstek papieru, a nie mamy żadnej sprawy rzeczywiście załatwionej” – tłumaczył ów młodzian robotnikom, na co jak najkategoryczniej zareagowałem. Wytykałem mu zacietrzewienie i brak wyobraźni politycznej. Dlatego posłużyłem się argumentem ad personam. Mówiłem: „Jaka szkoda, że Michnik i Kuroń są aresztowani, bo oni by wagę tego dokumentu z pewnością zrozumieli”. Moja zbyt ostra i demagogiczna reakcja wynikała z przekonania, że nastawienie strajkujących będzie jednym z czynników określających czym rzeczywiście ta umowa społeczna się stanie.

Spór o aresztowanych zakończył się, jak wiadomo, przyrzeczeniem Jagielskiego i wypuszczeniem aresztowanych następnego dnia po podpisaniu umowy gdańskiej. Ujawniła się przy tym mistrzowska ręka Wałęsy jako polityka.

W sobotę i niedzielę było parę krytycznych momentów zagrażających zerwaniem negocjacji przez strajkujących; szczególnie jeden utkwił mi w pamięci. Gdy Wałęsa prowadził zebranie MKS, wpłynął z sali wniosek o zawieszenie negocjacji do czasu wypuszczenia aresztowanych. Chociaż Wałęsa był przeciwny takiemu ultimatum, poddał wniosek pod głosowanie i ogromną większością głosów ultimatum zostało zaakceptowane. Po chwili Wałęsa odczytał z wielkim aplauzem przyjęty przez zebranych list dziękczynny do Papieża, zaczynający się od słów: „W dniu zakończenia strajku ślemy Ci, Ojcze Święty”. Po tym liście Wałęsa nie miał już trudności w przegłosowaniu wniosku milcząco dezawuującego poprzednio przyjęte ultimatum; podpiszemy porozumienie tylko wówczas, gdy Jagielski zobowiąże się (zdaje się, że chodziło o formę pisemną) do uwolnienia aresztowanych w ściśle określonym czasie. Któż bowiem chciałby zawieść Papieża?


Dodaj komentarz