Jadwiga Staniszkis, „Ewolucja form robotniczego protestu” (XI 1980)


Lata siedemdziesiąte w Polsce to okres, w którym dominowały dwa procesy:

– wzrost gospodarczy cechujący się największym przyspieszeniem, a następnie najdramatyczniejszym załamanie w historii PRL,

– ewolucja form wyrażania interesów społeczeństwa, i towarzysząca jej ewolucja technik stosowanych przez władzę w sytuacjach kryzysowych.

Celem tego artykułu jest przedstawieni kilku socjologicznych refleksji wokół drugiego z wymienionych wyżej procesów.

Najlepszą ilustracją kierunku mechanizmów przemian w zakresie artykulacji interesów społeczeństwa jest zmiana form robotniczego protestu: od formy populistycznej, bazującej na jednym przedsiębiorstwie (Grudzień 1970), przez korporacyjny (wyspecjalizowany, obronny, prowadzący do podziału społeczeństwa) typ reprezentacji interesów – lata 1976-1980, do klasowej formy artykulacji interesów (MKS-y w Gdańsku i Szczecinie, sierpień 1980, a następnie zalegalizowane przez władzę: Niezależne Związki Zawodowe – wrzesień 1980).

W innym miejscu[1] szczegółowo analizowałam charakterystyczne momenty populistycznej formy protestu robotniczego (np. strukturalne milczenie robotników, związane z trudnościami formułowania żądań na narzuconej im przez władzę abstrakcyjnej płaszczyźnie dialogu – patrz stenogramy ze spotkania stoczniowców z Gierkiem w 1970 r.). Zwracałam też uwagę na charakterystyczny „wstyd języka”, polegający na unikaniu przez robotników pojęć skompromitowanych i wyzutych ze znaczeń ze względu na ich nadużywanie w fasadowej mowie propagandy. Nawet słowo „samorząd” traktowano przede wszystkim jako znak identyfikacji z reżimową „mową – trawą” i unikano posługiwania się przy formułowaniu postulatów. Prowadziło to do charakterystycznego przeekonomizowania postulatów – tylko żądanie typu finansowego wydawały się bowiem czyste, nieskażone przez reżim i jednoznacznie.

Inną charakterystyczną cechą sytuacji protestu lat 1970-1971 było zastosowanie przez władzę techniki „odwrócenia statusów” jako metody obniżania napięć. Wizyta Gierka w Stoczni z jej akcentami swoistego partnerstwa robotnikami („pomożecie ?”), ponad głowami lokalnego aparatu partyjnego i dyrekcji jest jednym z najbardziej typowych przykładów. Powyższa metoda chwilowego obniżania napięć w środowisku robotniczym spowodowała wzrost frustracji i napięć średniego aparatu władzy („partia w Stoczni jest w podziemiu, nikt się z nią nie liczy – robotnicy chcą rozmawiać tylko z Warszawą…” powiedział mi działacz partyjny w Stoczni Gdańskiej po wydarzeniach grudniowych).

W połowie lat siedemdziesiątych, szczegó1nie po 1976 roku nastąpiła wyraźna ewolucja ku nowej formie artykulacji interesów. Formę tą proponuję określić mianem korporacyjnej. Korporacyjny typ uczestnictwa w życiu politycznym charakteryzuje się przede wszystkim tym, iż jego punktem wyjścia jest funkcjonalna, a nie klasowa bądź horyzontalna struktura interesów. „Organiczne” grupy np. Kościół, niektóre stowarzyszenia profesjonalne czy kluby o charakterze środowiskowym – jak KIK czy DIP zostały w tym okresie gwałtownie spolityzowane. Bezpośrednie kontakty ekipy Gierka z załogami 140 największych zakładów pracy (tzw. konsultacje) oraz przetargi prowadzone w poszczególnych branżach i grupach zawodowych (o wyjątkowe traktowanie i przywileje w zamian za spokój) również były typowym przykładem korporacyjnej formy artykulacji interesów. Żądania wszystkich wymienionych grup były zazwyczaj wysoce wyspecjalizowane i najczęściej miały charakter obrony z tym, że pod koniec lat 1970-tych Kościół i ugrupowania inteligenckie mogły formułować stanowiska dotyczące ładu społecznego w skali kraju. Zasadniczo jednak korporacyjny typ artykulacji interesów prowadził nie tylko do segmentacji problemów ale i segmentacji rozwiązań. W efekcie pogłębił się jeszcze semifeudalny charakter systemu, funkcjonującego na zasadzie kupowania poparcia w zamian za przywileje, i odmienne reguły gry stosowane wobec poszczególnych grup społecznych. Przykładowo – pod koniec lat 1970-tych około 15% społeczeństwa miało dostęp do specjalnej sieci dystrybucji deficytowych dóbr. Były to oczywiście grupy strategiczne z punktu widzenia stabilizacji systemu politycznego. Korporacyjna sieć reprezentacji interesów w coraz większym stopniu stawała się rutynowym elementem procesu politycznego, wciąż jednak z powodu breku legalizacji – miała „oficjalno-nieoficjalny” charakter. Tak więc na przykład – negocjacje, ze strajkującymi załogami były oficjalne, chociaż sam strajk był wciąż nielegalny. Powyższy typ uczestnictwa w polityce, pozbawiony oparcia w rozwiązaniach instytucjonalnych i sprowadzający się do polityzacji organizacji mających w założeniu służyć innym celom, wydawał się formą mało trwałą i chimeryczną, bo zależną od stylu konkretnej ekipy rządzącej. Co więcej, wysoce wyspecjalizowany charakter tej formy artykulacji interesów utrudniał formułowanie i dyskutowanie z władzą bardziej zasadniczych i ponadśrodowiskowych problemów społecznych. Korporacyjna forma artykulacji interesów posiadała szereg zalet z punktu widzenie grupy rządzącej. Przede wszystkim – ułatwiała segmentację społeczeństwa, a równocześnie – stabilizację władzy przy pomocy ciągu decyzji obniżających napięcia w strategicznych punktach systemu. Ów ciąg decyzji cechował się przy tym niespójnością, co pogłębiało jeszcze panującą w kraju mimo hipercentralizacji anarchię. Grupie rządzącej łatwiej było jednak manipulować głęboko zróżnicowanym i sfeudalizowanym społeczeństwem, czy to przy pomocy wygrywania jednej części przeciwko drugiej, czy to przez selektywne stosowanie nagród i sankcji. Charakterystyczny dla tego okresu model „represyjnej tolerancji”, polegający na liberalizacji na pokaz, gdy sankcje stosowane wobec opozycyjnych działaczy na stołecznej scenie były niewspółmiernie niższe od sankcji wobec anonimowych, jednorazowych bohaterów na prowincji, przyczyniał się nie tylko do izolacji wysp wolności, ale stworzył na Zachodzie fałszywy wizerunek Polski jako kraju kwitnących swobód obywatelskich.

Korporacyjna forma reprezentowania interesów przyczyniała, się dodatkowo do wzmocnienia legitymizacji społecznej o b u stron uwikłanych w negocjacje: przykładowo – Kościół, ze względu na podejmowane próby interwencyjnych działań obronnych, zdobywał dodatkowy prestiż w społeczeństwie, ale i partia (z którą prowadzono przetargi) czuła, iż wreszcie została uznaną przez autentyczne siły społeczne za rzeczywisty ośrodek władzy.

Należy wreszcie podkreślić, że przy stosowaniu korporacyjnej formy reprezentacji interesów i odpowiadających tej formie technik obniżania napięć frustracje średniego aparatu władzy były znacznie mniejsze niż przy formie populistycznej. Główną ceną jaką aparat ten płacił obecnie za stabilizację systemu (mimo nie rozwiązanych problemów) był wzrost niepewności i ryzyka w codziennym działaniu ze względu na brak jasnych i sformalizowanych zasad działania, oraz odmienne reguły postępowania nie tylko na poszczególnych piętrach systemu ale nawet w różnych regionach kraju. Poprzednio – jak pamiętamy – średni aparat władzy płacił za stabilizację władzy centralnej wzrostem napięć statusowych i kryzysem swego autorytetu w oczach załóg robotniczych.

Korporacyjny model nie okazał się jednak trwały: w sierpniu byliśmy świadkami jego gwałtownej transformacji. Robotnicy Gdańska i Szczecina po raz pierwszy w historii PRL uformowali reprezentację interesów o charakterze klasowym (MKS), która – co więcej – otwarcie przeciwstawiała się zinstytucjonalizowanej, oficjalnej reprezentacji owych interesów, czyli PZPR. W efekcie długich negocjacji nowa, bardziej niezależna (choć w końcu uznająca kierowniczą rolę partii) forma reprezentacji interesów została nie tylko oficjalnie uznana przez władzę (porozumieniem z dnia 31 sierpnia) ale zalegalizowana decyzją Rady Państwa z 13 września, określającą zasady rejestracji, nowych, Niezależnych Związków Zawodowych. (Warto tu zaznaczyć, że uchwała ta formułuje również warunki cofnięcia rejestracji).

Ta nowa struktura reprezentowania interesów ma wyraźnie klasowy, nie zaś korporacyjny charakter. Równocześnie dnia 15 września powstało Porozumienie Towarzystw Naukowych i Stowarzyszeń Twórczych. Jest to także wyraźne novum w stosunku do poprzednich, korporacyjnych form artykulacji interesów tych środowisk.

Wewnętrzna dynamika i wewnętrzne dylematy powyższej transformacji ujawniły się z całą wyrazistością w czasie ostatnich wydarzeń na Wybrzeżu. Moje refleksje z tym związane pisane są z pozycji bezpośredniego obserwatora: na, zaproszenie MKSu przebywałam bowiem przez 9 dni w Stoczni. Gdańskiej w charakterze eksperta biorącego udział w negocjacjach po stronie robotników.

W lipcu – sierpniu 1980 można było zaobserwować wystąpienie dwóch różnych modeli robotniczego protestu. Pierwszy z nich pojawił się w czasie inicjującej fali strajków (Lublin, Łódź, Warszawa) i przyjął opisaną wyżej formę korporacyjną. W poszczególnych fabrykach powstały odrębne i nie koordynujące swej działalności komitety strajkowe. Formułowano szczegółowe żądania (głównie płacowe) i uzyskiwano cząstkowe i segmentujące społeczeństwo ustępstwa (prawo podejmowania decyzji płacowych i cenowych przekazano bowiem kierownikom poszczególnych branż i wojewodom). Powyższy model protestu zdeterminował również charakter negocjacji które – w porównaniu z populistycznym modelem 1970 roku – uwikłany był stosunkowo niski szczebel władzy. Taka zdecentralizowana metoda absorpcji protestu poważnie zredukowała napięcia lokalnych władz administracyjnych i aparatu partyjnego. Z drugiej jednak strony zdecentralizowana formuła wye1iminowała również moment „odwrócenia statusów” tak charakterystyczny dla formuły populistycznej. Zmniejszyła się znacznie możliwość użycia przez władzę czysto symbolicznych zabiegów i manipulacji. Wszystko to prowadziło do przewagi ekonomicznych żądań i ustępstw. Odmienna forma robotniczego protestu pojawiła się w czasie drugiej fali strajków, która rozpoczęła się w Gdańsku i Gdyni w połowie sierpnia i w ciągu paru dni rozlała się po całym kraju. Wybrzeże było terenem gdzie na początku lat siedemdziesiątych miał miejsce populistyczny wariant sytuacji protestu i gdzie – jak się okazało – władzom nie udało się narzucić preferowanego przez siebie modelu korporacyjnego. Powodów było kilka: jednym z nich była niechęć tych, którzy raz zasmakowali w magii chwilowego odwrócenia statusów do rozmawiania z przedstawicielami relatywnie niskiego szczebla władzy. Co więcej, doświadczenie robotników Wybrzeża skumulowane w ciągu dziesięciu lat, które upłynę1y od Grudnia wskazywały jasno, iż czysto ekonomiczne żądania i ustępstwa władz nie wystarczają dla trwałego poprawienia sytuacji – zaś niski szczebel administracji nie posiadał uprawnień do negocjowania innych żądań. Niewykluczone również, że robotnicy Wybrzeża nie mogli zatrzeć w pamięci palącego wspomnienia „strukturalnego milczenia” i bezsilności spowodowanej trudnością artykulacji nawet gdy wolno było mówić (w Grudniu 1970 roku), i teraz chcieli rozmówcy z równie wysokiego szczebla zademonstrować swoją dojrzałość, także w sferze formułowania żądań. Warto w tym miejscu podkreślić, że jednym z głównych źródeł owej dojrzałości semantycznej był wpływ lektur pism „Robotnik” i „Robotnik Wybrzeża”. Wpływ ten – ze względu na interwencyjny charakter pisma – podpisywanego również przez niektórych członków Prezydium, wyraził się nie tyle i nie przede wszystkim w przekazywaniu określonych treści programowych, ile w przywróceniu treści słowom skompromitowanym przez ich wieloletnie nadużywanie w mowie fasadowej. W tekstach „Robotnika”, a więc w nowym kontekście, słowa takie jak związki zawodowe czy samorząd odzyskiwały na nowo utracony sens.

Międzyzakładowy Komitet Strajkowy, utworzony na Wybrzeżu 15 sierpnia, przeszedł przez dwie fazy, różniące się charakterem stosowanej taktyki. Wybór pierwszej z nich był kompromisem między populistyczną a korporacyjną formą protestu. Każdy ze zrzeszonych w MKS-ie komitetów strajkowych mógł negocjować oddzielnie swoje lokalne żądania, przetarg dotyczący wspólnych 21 postulatów pozostawiony był MKS-owi. W razie pomyślnego ukończenia lokalnych zanim skończyłyby się te, które prowadzi MKS, robotnicy mieli strajkować dalej dla zademonstrowania swojej solidarności. Po kilku dniach MKS zdecydował jednak, że taka zdecentralizowana, bliska korporacyjnej, forma prowadzenia negocjacji nie przyniesie sukcesu ze względu na brak doświadczenia robotników z małych fabryk, które przedtem nigdy nie strajkowały, oraz coraz częstsze próby organizowania przez dyrekcję konkurencyjnych i od początku kontrolowanych komitetów strajkowych. Co więcej, robotnicy pamiętali z doświadczeń grudniowych, że porozumienia zawarte w jednym zakładzie nie posiadają żadnych gwarancji i często bywały łamane.

Powyższa opinia potwierdziła się już w pierwszych dniach rokowań poszczególnych komitetów strajkowych z branżowymi podkomisjami Komisji Rządowej kierowanej przez wicepremiera Pykę (15-20 sierpnia). W tym czasie MKS już istniał, ale jego główną funkcją było koordynowanie pracy poszczególnych komitetów, nie zaś występowanie w ich imieniu. Wszystkie prawie zawarte w tym okresie porozumienia były prawie natychmiast łamane przez stronę rządową. Na przykład gwarancja istnienia i niezależnego działania komitetów strajkowych (przekształconych w komisje robotniczej do czasu zmian w przepisach o związkach zawodowych została arbitralnie zmieniona – „w czasie prac redakcyjnych” – na sformułowanie mówiące, iż komitety winny zostać dokooptowane do istniejących (i skompromitowanych) Rad Zakładowych. W tej sytuacji wszystkie zrzeszone w MKS-ie komitety strajkowe w ówczesnej chwili już ponad 200, zdecydowały, że MKS ze swoim osiemnastoosobowym Prezydium, kierowanym przez Lecha Wałęsę będzie wyłącznym reprezentantem wszystkich załóg i że osobne negocjacje w poszczególnych zakładach zostaną zerwane.

Był to pierwszy zwrotny punkt opisywanych wydarzeń; leninowska „awangarda” klasy robotniczej otrzymała wyzwanie od z o r g a n i z o w a n e j r e p r e z e n t a c j i tejże samej klasy. Sytuacja powyższa nie tylko stanowiła poważny problem polityczny, lecz także p r e c e d e n s i d e o l o g i c z n y. W tych warunkach nie tylko wybór formy negocjacji, ale samo ich podjęcie stało się poważnym wyborem politycznym. Różnice zdań na ten temat podzieliły Biuro Polityczne na dwie części: tych, którzy preferowali formę korporacyjną i czysto ekonomiczne rozwiązania (wśród nich Gierek) i tych, którzy rozumieli, że powstałej sytuacji alternatywą zgody na rozmowy z klasową reprezentacją robotników jest tylko rozlew krwi i zdławienie protestu robotniczego siłą. Z drugiej strony jednak negocjacje typu korporacyjnego wydawały się jedyną formą nie wymagającą głębokich przewartościowań w systemie politycznym a więc jedyną nie doprowadzającą kraju niebezpiecznie blisko sytuacji Czechosłowacji w 1968 roku.

Sprawa podjęcia rokowań ważyła się przez przeszło tydzień. Zanim przejdę do ich opisu chciałabym w tym miejscu podkreślić, że jednym z najważniejszych problemów społecznych w Polsce jest problem g o d n o ś c i i nie można zrozumieć form robotniczego protestu bez przeanalizowania jej także i w tym wymiarze. Głęboka przepaść między egalitarnymi sloganami a rzeczywistością pełną piętrzących się hierarchii i coraz bardziej zamkniętą i opartą na przywilejach struktura społeczna spowodowały, iż problematyka władzy stała się problematyką centralną. Również tak charakterystyczna dla autorytarnych systemów niesłychana wrażliwość ludzi na problematykę przemocy we wszystkich jej wymiarach (także tej symbolicznej) sprawiła, iż główne zagrożenie godności postrzegano w sferze władzy, zaś zachowanie tej godności stało się jednym z podstawowych, choć często podświadomych, motorów zachowań ludzkich. Stąd też głęboko antyhierarchiczny i antyinstytucjonalny charakter ruchu na Wybrzeżu.

W przeszłości mogliśmy obserwować bardzo różne formy przełamywania hierarchii i najróżniejsze kombinacje klęsk i sukcesów w tej materii.

Dekompozycja statusów pierwszej połowy lat 50-tych kiedy „dobre” pochodzenie klasowe zastępowało często formalne wykształcenie, wraz z masowym awansem nie wystarczyły aby równoważyć codzienne naruszenia godności, będące regułą działania systemu totalitarnego. Inne klasy nie miały nawet rekompensaty w postaci awansu.

Gwałtowny odwet na symbolach władzy w czasie Października 1956 (palące się komitety, akty agresji przeciwko funkcjonariuszom), były nie tylko wyrazem rozpaczliwego i nieskutecznego wysiłku przywrócenia godności.

Na początku lat 70-tych elementy chwilowego wyrównywania i odwracania statusów były podstawą populistycznych technik radzenia sobie z robotniczym protestem.

W roku 1976 władze podjęły próbę złamania godności robotników poprzez inscenizację publicznych przeprosin w TV oraz serię sankcji przerywających nić rodzącej się solidarności. Próby te częściowo powiodły się i dlatego robotnicy, mimo że wygrali – podwyżka cen mięsa została cofnięta – uważają rok 1976 za rok swojej k1ęski.

Również obecnie, w sierpniu 1980, prawie wszystkie techniki zastosowane przez władzę dla rozbicia klasowej reprezentacji interesów robotników Wybrzeża były równocześnie zamachem na robotniczą godność, w której wymiar solidarności jest wymiarem podstawowym. Na owe techniki składała się mieszanina obietnic i prób przekupstwa oraz presji i prób zastraszenia. Tylko 17, z 300 już w tym czasie komitetów strajkowych należących do MKS-u, zdecydowało się na osobne rokowania. Zostały one jednak przerwaną, gdy władze przedstawiły jako warunek ewentualnych ustępstw ze swej strony zerwanie wszelkich kontaktów z MKS-em. Solidarność wygrała.

Stworzenie nowej komisji z wicepremierem Jagielskim i podjęcie rokowań – sierpień 23 – było drugim zwrotnym punktem opisywanej sytuacji. W tym momencie MKS reprezentował już ponad 370 komitetów strajkowych i około 400 000 robotników.

Decyzja podjęcia rozmów została prawdopodobnie przyspieszona przez dalsze rozszerzanie się fali strajków. 260 intelektualistów wysłało do władz petycję domagającą się natychmiastowego podjęcia rozmów. Otwarte listy do władz pochodzące do PTS-u i PTNP również formułowały żądania uznania MKS-u i podjęcia rozmów. Co więcej, Prezydium MKS-u kontrolowało już praktycznie życie w Trójmieście: ono decydowało, które przedsiębiorstwa mają pracować (z wywieszonymi transparentami: „Strajkujemy – pracując, aby ludziom było lżej”), na te telefoniczne polecenia Wałęsy, który pełnił rolę zbliżoną do wojskowego komendanta miasta zaopatrywano z magazynów sklepy. Wewnętrzna organizacja życia strajkujących załóg była coraz lepsza. W niektórych zakładach – np. Stoczni im. Komuny Paryskiej przypominała ona wręcz organizację paramilitarną, z wielkim naciskiem na dyscyp1inę i wewnętrzne bezpieczeństwo. Zorganizowano służby aprowizacyjne i informacyjne. Te ostatnie wydawały ulotki i ponad 30 000 egzemplarzy Biuletynu „Solidarność” dziennie. Wszystko to wskazywało, iż strajkujące załogi gotowe są czekać.

Oficjalne negocjacje między Prezydium MKS i Komisją Rządową rozpoczęły się 23 sierpnia i trwały tydzień. Tekst porozumienia został podpisany dnia 31 sierpnia. Uczestniczenie w tych negocjacjach w charakterze ekspertów MKS-u (wraz z Mazowieckim, B. Cywińskim, A. Wielowieyskim, B. Geremkiem, W. Kuczyńskim, T. Kowalikiem oraz J. Strzelecką, J. Stembrowiczem) pozwoliło mi nie tylko na obserwowanie wewnętrznej dynamiki przetargu, lecz i transformacji samego ruchu. Ta ostatnia była moim zdaniem związana częściowo z pojawieniem się grupy ekspertów oraz przedstawicieli opozycyjnych i semi opozycyjnych grup i – w rezultacie – swoistym przeartykułowaniem ruchu. Towarzyszyło mu częściowo wyparcie radykalnej, antybiurokratycznej i antyhierarchicznej semantyki, bliskiej Saint-Simonowskiej koncepcji kontroli czy nawet dyktatu pracujących nad pasożytami przez język politycznego liberalizmu, podkreślającego problematykę swobód obywatelskich, ale zdecydowanie mniej radykalnego. Tak więc na przykład początkowe radykalne stanowisko MKS-u, iż członkowie partii nie mogą być równocześnie członkami niezależnych związków, zostało zmodyfikowane i przekształcone w regułę statutową, mówiącą że osoby zajmujące stanowiska kierownicze, gdzie indziej nie mogą pełnić takich funkcji w nowych związkach. Argument łagodzący pierwotny radykalizm był przy tym zaczerpnięty z repertuaru liberalnego: „to byłaby dyskryminacja”. Ten typ argumentacji byłby prawdopodobnie odrzucony w pierwszej, rewolucyjnej fazie strajku. Wydaje się również, iż do żarliwej ale niesłychanie skromnej, ludowej religijności strajkujących doszły pod koniec strajku elementy ostentacyjnego demonstrowania związków z hierarchią kościelną. Był to jak myślę początek procesu konstruowania wokół ruchu systemu znaków. Miał on służyć do interpretowania kierunku identyfikacji tego ruchu, co z kolei mogło by stanowić atut przetargu politycznego np. środowiska świeckich katolików. Proces ten i związane z nim konflikty znacznie nasilił się później, w toku organizowania nowych związków. Paradoksalnie – walka dotyczyła najczęściej nie tyle zasad działania owych związków, ile właśnie znaków interpretacyjnych np. obecności takich a nie innych osób. To swoiste przeinterpretowanie ruchu i narzucenie mu gorsetu znaczeń nie zawsze respektujących jego rzeczywisty charakter i wymowę jest nie tylko wyrazem swoistej arogancji w stosunku do robotników, ale – moim zdaniem – zmniejsza też szansę jego przetrwania.

Co więcej. Owo przeinterpretowanie ruchu robotników, polegające na próbach przedwczesnego powiązania go z programami a raczej taktycznymi projektami, zaciera jego głęboko anarchistyczny charakter, w ramach którego jedynymi uznawanymi wartościami są mobilizacja i solidarność. Argumentem wskazującym na taki właśnie charakter owego ruchu jest chociażby stanowisko wobec przyszłych form działania (to w każdym razie, które rysuje się na Wybrzeżu). Wyraźnie wykrystalizowała się tam bowiem tendencja do rozszerzania modelu działania strajkowego na całą przyszłą działalność (formuła „stawiać żądania i protestować”) i niechęć do włączenia się w jakiekolwiek obecne rutyny decyzyjne. Owa odraza do w c h o d z e n i a w s y s t. e m jest nie tylko wyrazem odrzucenia go tout court, ale też głębokiej niewiary we wszelkie jego instytucje.

Sygnalizowane wyżej przeinterpretowanie ruchu i jego ewolucja w sferze werbalnej w kierunku liberalizującym łączyła się – paradoksalnie – z nasileniem autorytarnego stylu dzielenia i znacznym ograniczeniem cechującej go na początku bezpośredniej formuły demokracji. Dotyczyło to szczególnie relacji między Lechem Wałęsą, Prezydium i 600 delegatami – członkami MKS-u. Coraz mniej informacji przepływało z Prezydium do delegatów (ze względu na „dobro rokawań”, jak sformułował to jeden z ekspertów) nie kontynuowano również poprzedniej praktyki dwóch dziennie zebrań Prezydium wspólnie z całym MKS-em. Mniej było głosowań w Prezydium i żadnych w MKS-ie (z wyjątkiem jednego, na początku rokowań, dotyczącego kontynuowania rozmów w sytuacji trwającej blokady telefonów). Sytuacja powyższa była sprzeczna z przyjętymi uprzednio zasadami postępowania, w myśl których wszystkie sprawy kontrowersyjne winny być głosowane przy wszystkich delegatach MKS. Byłam też świadkiem dyskusji o potrzebie wprowadzenia cenzury nad pismem „Solidarność”, nie w pełni kontrolowanym przez MKS. Po burzliwej dyskusji zdecydowano się tylko na wprowadzenie dwóch członków Prezydium do redakcji. Ostatnim akordem owych procesów, tak charakterystycznych dla wszystkich rewolucji (nawet tych w miniaturze) i łączących się z powstaniem nowej hierarchii i odchodzeniem od bezpośredniej demokracji były próby wyeliminowania z sali potencjalnych przeciwników w okresie finalizowania porozumienia. W tym celu wymieniono przepustki. Wyrazem przekształcania ruchu było także nieprzedyskutowanie z delegatami sprawy tak ważnej, jak polityczna formuła nowych związków.

W świetle opisanych wyżej faktów bardzo trudno jest odpowiedzieć na pytanie jaki był właściwie charakter opisywanego ruchu – demokratyczny czy autorytarny?

Z jednej strony mogliśmy bowiem zaobserwować w Gdańsku zasygnalizowany wyżej paradoks równoległego nasilania się oligarchizacji ruchu w działaniu i liberalizacji w warstwie semantycznej. Moja teza o swoistym przeartykułowaniu (w kierunku liberalnym) ruchu wokół MKS-u gdańskiego wydaje się znajdować potwierdzenie w porównaniu z sytuacją w Szczecinie, gdzie nie istniały prawie kontakty strajkujących ze światem zewnętrznym. Jak pokazywał w swoim wystąpieniu prof. Tymowski (PTS, 8 wrzesień), robotnicy Szczecina nie poparli jego propozycji wprowadzenia do postulatów żądania jawności wszystkich przyszłych prac dotyczących minimum socjalnego. Uważali oni, że posiadanie własnej, niezależnej, choć może nawet oligarchicznej organizacji jest wystarczającą rękojmią reprezentacji ich interesów, zaś zaufanie do liderów ruchu ważniejsze niż instytucjonalne ich kontrolowanie. Przekonanie to stanowi jedna z najbardziej typowych cech ruchów rewolucyjnych o charakterze autorytarnym. Z drugiej strony jednak sama obserwowałam w Gdańsku jak po niefortunnej (i jednoosobowej) decyzji Wałęsy dotyczącej pkt. 8 porozumienia (podwyżki w ramach taryfikatorów, nieegalitarne i prowadzone trybem branżowym, poza kontrolą MKS) jeden z delegatów powiedział: „daliśmy Leszkowi za dużo władzy…” Duży nacisk na jedność ruchu z charakterystycznym komentarzem Wałęsy: „Miała być demokracja, a tu ktoś nie zgadza się i ma odrębne zdanie…” również wskazywałaby na ciążenie ruchu w kierunku autorytarnym raczej niż demokratycznym. Równocześnie jednak tendencja ta była wyraźnie stępiana przez autorytarny charakter systemu, w którym działa ruch i przeciwko któremu formułował swe żądania. Prowadziło to do formułowania i upierania się przy takich żądaniach jak chociażby zniesienie cenzury. Również głęboko egalitarny charakter ruchu i cechująca go podejrzliwość wobec wszelkich hierarchii, prowadząca do silnego akcentowania zasady rotacji, osłabiała jego potencjalny autorytaryzm.

Nie ma sensu opisywanie dzień po dniu przebiegu negocjacji. W niniejszym tekście chciałabym zająć się tylko jednym momentem przetargu – a mianowicie wprowadzeniem do punktu pierwszego (niezależne związki) formuły politycznej. Celem mojej analizy będzie pokazanie na tym przykładzie dwóch zjawisk:

– samoświadomości uczestników ruchu;

– roli ekspertów w gdańskich negocjacjach.

Po drugim spotkaniu z Komisją Rządową pod przewodnictwem wicepremiera Jagielskiego stworzono grupę roboczą do prac nad 1 punktem żądań. W pracach tej grupy brał udział po stronie rządowej minister przemysłu maszynowego Jedynak, wiceminister i wojewoda gdański Kołodziejski oraz – jako ekspert – prof. Pajestka, prof. Rajkiewicz oraz prof. Jackowiak, po stronie zaś robotników: B. Lis, A. Gwiazda i S. Kobyliński oraz – jako eksperci – T. Mazowiecki, T. Kowalik i ja.

Pierwsze spotkanie miało charakter przede wszystkim techniczny: dyskutowano zmiany w przepisach szczegółowych, które należałoby wprowadzić, gdyby doszło do utworzenia niezależnych związków. Robotnicy uczestniczący w rozmowach podkreślali swoją determinację utworzenia niezależnych związków: „będziemy istnieć (w oparciu o konwencję nr 87) i strajkować, nawet gdy dodatkowe zmiany legislacyjne (podział majątku, udział w instytucjach zakładowych) nie zostaną wprowadzone”. Różnice poglądów między stronami dotyczyły problemu rejestracji związku oraz zasięgu ewentualnej decyzji o ich powołaniu. Strona rządowa odrzuciła propozycję sformułowania mówiącego o możliwości tworzenia związków także i tam gdzie nie było strajków (prawdopodobnie w obawie, iż będzie to wyglądało jako zachęta i będzie mogło być użyte przeciwko aktualnej ekipie – jak przeciwko Dubczekowi w 1968 roku). Między wierszami sugerowano, iż – z dwojga złego – wolą wymuszenie: był to jeden z powodów przedłużania się fali strajków także i po podpisaniu porozumienia gdańskiego.

W czasie pierwszego spotkania dominowała surrealistyczna, nieco półironiczna atmosfera (szczególnie w relacjach ekspertów obu stron). W pewnym sensie byliśmy członkami tego samego establishmentu: oni jako krytyczni ale jeszcze akceptowani specjaliści; my – ze względu na fasadową liberalizację okresu gierkowskiego. Ułatwiło to wykształcenie się swoistej wewnętrznej lojalności przetargu: właśnie ze względu na nią robotnicy nie byli później informowani o przebiegu dyskusji i szczegółach rokowań.

Brak informacji o przebiegu rokowań, plotki o milicyjnej blokadzie niektórych zakładów (np. Spółdzielni „Postępowiec” w Gdyni/, kłopotach aprowizacyjnych strajkujących zakładów na prowincji, a także rozprowadzane po stoczni ulotki „będziecie mieli związki własne ale biedne” przyczyniały się do wyraźnie obserwowanego w tym okresie pogorszenia nastrojów strajkujących robotników. Co więcej, dyrekcja odmówiła wypłacenia pełnego ekwiwalentu za przepracowane w sierpniu dwa tygodnie (płacono jedynie 40%). Pamiętam z tego okresu obraz milczących twarzy, godzinami przylepionych do szyb sali, gdzie wstęp mieli tylko delegaci, eksperci i dziennikarze. To cierpliwe, milczące czekanie długo w noc, białe twarze rozpływające się w zapadającym mroku – były dla mnie jak najgłośniejszy krzyk. I dlatego tak się upieram, iż należało i należy szanować prawdziwe (jakkolwiek by były „niedojrzałe”) intencje i marzenia tego ruchu, i wszelkie – nawet najbardziej szlachetne w intencjach próby nadania mu symbolicznej wymowy płynące spoza ruchu są niedopuszczalne.

Informacje płynące ze świata zewnętrznego – w Stoczni czuliśmy się jak na wyspie – były niepokojące: wystąpienie Wojny w TV, plotki o decyzji wprowadzenia stanu wyjątkowego gdyby szybko nie doszło do podpisania porozumienia, przekazywane przez korespondentów zachodnich sygnały o wrogich („kontrrewolucja”) komentarzach prasy radzieckiej, czechosłowackiej i NRD-owskiej.

W związku z powyższym nie byliśmy zaskoczeni, gdy na początku kolejnego zebrania grupy roboczej (27 sierpnia) oświadczono nam, że „postulat stworzenia niezależnych związków traktowany jest jako problem przede wszystkim i d e o 1 o g i c z n y i że w związku z powyższym konieczne jest opracowanie formuły jasno wskazującej na stosunek nowych związków do takich problemów jak jedność ruchu robotniczego, kierownicza rola partii i do zasad socjalizmu.

Był to moment, w którym prawdopodobnie wszyscy obecni (może z wyjątkiem robotników, nie zdających sobie jeszcze sprawy, iż jest to trzeci punkt zwrotny gdańskich wydarzeń) poczuli jak niski jest pułap możliwych reform systemu. Strona rządowa przekazała nam powyższe stanowisko z kamiennymi twarzami – surrealizm poprzedniej rozmowy zniknął, znowu byliśmy wyraźnie po dwóch stronach. My eksperci rozumieliśmy, że strona rządowa chce od nas wprowadzenia formuły, która podporządkowałaby jednoznacznie spontaniczną reprezentację robotników PZPR i w ten sposób zlikwidowała powstały w Gdańsku ideologiczny precedens. Strona rządowa nie mogła przy tym skierować takiego żądania w p r o s t do robotników. Ci ostatni nie dostrzegli bowiem całej sytuacji w kategoriach precedensu ideologicznego. Tłumacząc im sytuację w takich kategoriach – co byłoby niezbędne zanim by zrozumieli powagę żądania i ewentualnie ustąpili – pokazano by robotnikom – niedostrzegany przez nich samych wymiar ich siły. Paradoksalnie – różnica radykalizmu między robotnikami i ekspertami była przede wszystkim różnicą w y o b r a ź n i. Wskazywała na to wyraźnie reakcja robotników obecnych w czasie formułowania powyższego żądania: „To przecież dotrze się w czasie działania” i „my przecież nie chcemy działać jako organizacja polityczna”. Dla nich MKS nie był żadnym precedensem ideologicznym a wyłącznie instytucją powołaną dla praktycznych ce1ów, takich jak koordynacja poczynań i bezpieczeństwo mniejszych zakładów. Członkowie Prezydium, mimo iż faktycznie reprezentowali interes klasowy, nie myśleli w klasowych kategoriach. Paradoksalnie, w Grudniu 197O roku, kiedy czuli się słabi i niedoświadczeni, bo działali w jednym zakładzie świadomie i m i t o w a l i żargon marksistowski, który traktowali jako swoistą protezę. Obecnie – gdy byli silni – odrzucili ten typ autoidentyfikacji ruchu jako już nie potrzebny (mimo iż teraz właśnie stworzyli ruch typu klasowego).

Nasza (ekspertów) wyobraźnia była jednak bliska wyobraźni drugiej strony i to z r o z u m i e n i e było rodzajem skorumpowania. Wiedzieliśmy też, że strona, rzdowa nie chce – nie może wytłumaczyć robotnikom przesłanek swojego żądania. My, ze swoim rozumieniem sytuacji w pół słowa, a równocześnie cieszący się zaufaniem robotników, mieliśmy odegrać rolę swoistego pomostu. Prawdopodobnie, gdyby robotnicy by1i w rokowaniach sami albo w ogóle odrzuciliby propozycję dodatkowej formuły (konwencja numer 87 wymaga jedynie oświadczenia, iż nie będzie się pełniło funkcji partii politycznej), bądź upiera1iby się przy pozainstytucjonalnej formie socjalizmu (1udowłedztwo i społeczna własność środków produkcji), bądź – najgorszym razie – w końcu zaakceptowaliby (tak jak w Szczecinie) formułę minimalną władz, powołującą się tylko na Konwencję. Byłoby to jednak wyraźnie narzucone z zewnątrz, nie zaś – jak obecnie – jako ich i ekspertów wykładnia robotniczych żądań. Idea niezależnych związków nie zostałaby uwikłana w kompromisowe formuły polityczne. Z drugiej strony jasne było, że bez ekspertów szansa s z y b k i e g o kompromisu była nikła. Argumenty przy pomocy, których eksperci przekonali Prezydium (w swej większości milczące) o konieczności podjęcia prac nad dodatkową formułą, były różne, między innymi – kuriozalne moim zdaniem w ustach tzw. intelektualistów – „to przecież nic nie znaczy” i „użyjmy zrozumiałej dla nich (strony rządowej) „mowy-trawy”. Grupa „redakcyjna” została stworzona: ja – ze względu na swoje poglądy, a także przekonanie, iż winien to być wybór s a m y c h robotników, nie uczestniczyłam w jej pracach.

Później wydarzenia potoczyły się szybko i formuła została zaakceptowana przez stronę rządową i w sobotę, 30 sierpnia doszło do podpisania porozumienia w trzech pierwszych punktach (niezależne związki, prawo do strajku i gwarancje bezpieczeństwa dla uczestników obecnego strajku i osób wspomagających wraz z przywróceniem do pracy osób szykanowanych w 1970 i 1976 roku). Po podpisaniu porozumienia wicepremier Jagie1ski podkreślił w swoim wystąpieniu, iż orientacja ideologiczna nowego ruchu związkowego jest jasna i że stoi ona na gruncie sojuszy i kierowniczej roli partii. Dopiero to wypunktowanie politycznej wymowy porozumienia, a nie zaś – bardziej zawoalowany tekst, stanowiło swoisty szok dla wielu delegatów (przemówienie było transmitowane). Po opuszczeniu sali przez stronę rządową Prezydium zostało zaatakowane za akceptację politycznej formuły porozumienia (w tym również przez osoby spoza środowiska robotniczego). Wałęsa odpowiedział na owe ataki w sposób charakterystyczny i odwlekający niejako problem: „Mamy jeszcze szansę, że KC tego nie zatwierdzi” (Jagielski udał się do Warszawy). Potem w przemówieniu do wszystkich delegatów – próbując stworzyć wrażenie zwycięstwa i siły (a może aby odreagować zawarty kompromis i wytestować swoją pozycję lidera) Wałęsa zaproponował ultimatum w sprawie więźniów politycznych, z którego – po jednogłośnej akceptacji – wycofał się i zdecydował na formułę „gwarancji na piśmie”.

Następnego dnia pozostałe punkty zostały podpisane: co charakterystyczne – po doświadczeniach z punktem 1 członkowie Prezydium raz jeszcze (już bez ekspertów) przeprowadzili rozmowy z rządową częścią grupy roboczej. Do uzgodnienia pozostały dwa punkty, w których nie „osiągnięto kompromisu: forma wynagradzania za okres strajku i pkt. 8 (podwyżki). O tym drugim już pisałam – Wałęsa jednoosobowo zdecydował, że propozycja władz (przetargi w grupach branżowych i przeszeregowywania a nie „dodatek drożyźniany”) ma zostać przyjęta. Jest to – jak już wskazywałam – rozwiązanie nieegalitarne (wyższe grupy dostają więcej) i dające większą swobodę manewru władzom (rokowania prowadzone są w strukturze branżowej, poza kontrolą MKS-u i dają możliwość przekupywania pewnych grup zawodowych i zakładów). To ostatnie zresztą już nastąpiło na Wybrzeżu, gdzie w poszczególnych zakładach stosuje się odrębne zasady przeszeregowań. Drugi punkt, w którym nie osiągnięto zgody w grupie roboczej dotyczył trybu wypłat za okres strajku: strona rządowa proponowała, wypłaty według grup zaszeregowania, zaś robotnicy – tak jak za urlop. W tym punkcie wygrali robotnicy, strona rządowa wprowadziła jednak sentencję o „wypracowaniu nadwyżek”.

Po podpisaniu porozumienia robotnicy rozchodzili się w ciszy, niepewni czy traktować je jako sukces czy klęskę. Jeśli chodzi o stronę finansową dostali znacznie mniej niż zagwarantowano im w zawartych wcześniej, a potem zerwanych na polecenie MKS-u, porozumieniach branżowych. Niezależność związków (po wprowadzeniu formuły politycznej) była dla wielu problematyczna. Ktoś przy mnie płakał, co powiem swoim kolegom? Musimy bowiem pamiętać, że tylko Stocznia gdańska, gdzie odbywały się rokowania, przypominała gigantyczny festyn z kamerami TV, dziennikarzami, a pod koniec – promenadą prominentnych figur warszawskiego salonu – w Gdańsku wypadało się pokazać. W innych fabrykach nie było przepustek na miasto – często brakowało jedzenia i informacji ze świata. Dominowała nuda, niepewność i oczekiwanie. Nie słyszało się wielkich słów, tylko czasem – jak opowiadał A. Kijowski po swoim pobycie w stoczni szczecińskiej – ktoś z tych, którzy przynieśli kwiaty i pieniądze „z miasta” – nagle wybuchał płaczem. I wtedy – przez moment – ludzie czuli, że uczestniczą w czymś bardzo ważnym.

W tej chwili (trzy tygodnie po zakończeniu strajków) jest jeszcze za wcześnie by oceniać sens wydarzeń na Wybrzeżu. W całym kraju organizują się niezależne związki. Ludzie, którzy przez lata milczeli – teraz zaczęli wysuwać postulaty. Na zebraniach partyjnych szeregowi członkowie partii odmawiali podejmowania, uchwał zobowiązujących ich do głosowania przeciwko niezależnym związkom. Żąda się nowego zjazdu partii. ZSL zaczęło dopominać się nowego porozumienia, regulującego stosunki międzypartyjne. Na posiedzeniu Sejmu w dniu 5 grudnia mówiono o potrzebie kontrolowania i rozliczania rządu,. NIK stał się na powrót organem podporządkowanym Sejmowi. Rozpoczęły się dyskusje o reformie gospodarczej. 17 września odbyło się w Gdańsku posiedzenie przedstawicieli MKS-ów z całego kraju, które postanowiły wspó1nie się zarejestrować i wybrały komitet koordynujący działalność (ale bez uprawnień władczych). Równocześnie jednak wokół nowych związków nasiliła się walka o ich symboliczną wymowę i kierunek identyfikacji.

Robotnicy wywalczyli dla niezależnych związków zawodowych możliwość istnienia i działania, ale grożą im także pewne niebezpieczeństwa; nie trzeba ich przeceniać ale też – bagatelizować. W niektórych zakładach (znów selektywnie) nie dotrzymano podpisanych porozumień, a raczej – powołując się na zdanie o odpracowywaniu – wypłacono za okres strajków dużo mniej niż oczekiwali robotnicy. Podwyżki przeprowadzane według przesuwania o jedną grupę w tabeli zaszeregowań dają więcej tym, którzy już mieli więcej. W niektórych zakładach (a czasem tylko wydziałach) próbowano w związku z tym strajkować – często bez porozumienia z MKS-em przekształconym w Komitet Założycielski nowych związków, czasem nawet wbrew jego sugestiom. Jednocześnie pojawiły się ulotki (np. na Śląsku i w Gdańsku) z hasłem: „Wasze nowe związki już są nowymi bossami”. Tymczasem w projektach statutów sformułowano niepokojąco odległą granicę czasową przeprowadzenia wyborów do władz związków, a zatem rozwiązania Komitetów Założycielskich 2 miesiące, w zakładach 5 (a nawet więcej) – w okręgach.

Lokalne próby niedotrzymania porozumienia i podkopywanie zaufania do nowych związków mogą tylko zradykalizować robotników i doprowadzić do sytuacji, kiedy nie ufając już nikomu, ani własnym działaczom, ani ekspertom, znów, jak w Grudniu 1970, zrozpaczeni wyjdą na ulicę. Nie można dopuścić do tego by ich własny ruch stał się dla nich obcy.

Problemem wartym osobnego rozważenia jest działalność nowych związków zawodowych i szansa przeprowadzenia koniecznej reformy gospodarczej. Dotychczas władze mimo okresowych zapowiedzi, nie przeprowadziły reformy, a za nieefektywność gospodarki płaciło i nadal płaci społeczeństwo. Robotnicy Wybrzeża pokazali w swoich wystąpieniach, że rozumieją potrzebę autentycznej reformy i żądali ogólnonarodowej nad nią dyskusji. Prawdopodobnie nie zaakceptują jednak konkretnych rozwiązań dopóki nie zarekomenduje ich organ, któremu mogą ufać: ich własna Centralna Komisja Robotnicza lub Sejm wybrany w warunkach gruntownie zmienionej, zdemokratyzowanej ordynacji wyborczej.


Źródło

Nielegalne pismo „Głos” listopad – grudzień 1980, nr 10, s. 38-48.



[1] Moja nieopublikowana praca pt. Dialektyka społeczeństwa socjalistycznego, Warszawa 1979.

Dodaj komentarz